Luang Prabang- tam, gdzie w Laosie warto chorować

Luang Prabang jest jednym z tych miast, których klimat wytworzył się trochę samoistnie. Nie ma tam żadnego podróżniczego „must see”: jest wodospad, ale nie za duży, są jaskinie z posągami Buddy, jest parę świątyń, jest nocny targ, jak też w wielu innych miastach Południowo- Wschodniej Azji. A jednak przyciąga rzesze turystów, oferując im wspaniały klimat i tych kilka pomniejszych atrakcji. Bywa nawet nazywany mekką podróżników; Po pobycie tam (przedłużonym o parę dni choroby) zdecydowanie dołączamy do fanów tego miasta. Luang Prabang ma świetną atmosferę, trochę ciekawych rzeczy do zaoferowania i niezbyt wysokie ceny. Nie jest to może najbardziej laotańskie z laotańskich miast, ale jest świetną od nich odskocznią z przyjemnym klimatem.

Nocny targ, który skradł nasze serca

Stamtąd właśnie przywieźliśmy worek pamiątek i prezentów. Dzielnie się trzymaliśmy przez całe Chiny, kupowaliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, ale wystarczyło kilka dni w Luang Prabang i świadomość, że wkrótce spotkamy się z Kasią i Kamilem, którzy nasze zakupowe grzeszki odkupią i zabiorą rzeczy do Polski.
Na targu w Luang Prabang można kupić ubrania, rękodzieło, zabawki, rzeczy codziennego użytku. Słowem- wszystko, piękne i w dobrych cenach. Co ciekawe, jest też parę stoisk, gdzie sprzedawane są metalowe pamiątki przetopione z bomb, które spadły na Laos podczas wojny domowej w latach ’50 ubiegłego wieku. Otwieracze do piwa, łyżeczki, pałeczki, breloczki i inne gadżety utożsamiające ideę „make love, not war”. I jedzenie- małe, kokosowe naleśniczki, sajgonki ze słodko- ostrą sałatką z papai, mnóstwo wersji smażonego ryżu i makaronu. Są też robione na europejską modłę kanapki i pyszne soki owocowe.
Jak później odkryliśmy, podobne targi można znaleźć w wielu miastach Azji Południowo- Wschodniej i ten w Luang Prabang nie wyróżniał się wśród nich, ani jakością i wyborem rzeczy, ani cenami. Jednak skradł nasze serca, bo był dla nas pierwszym takim targiem i wracam do niego z dużym sentymentem.

W Laosie łączenie macierzyństwa z pracą zawodową jest na porządku dziennym. A że przy okazji mały słodki bobas zdobywa serca turystów, to nawet lepiej
Stragan z rękodziełem wytworzonym z przetopionych części samolotów i bomb używanych podczas laotańskiej wojny domowej. I laotański maluch
Kto raz spróbuje mini naleśników z kokosa, nie będzie mógł się im oprzeć. Słowo

Wodospad Kuang Si

Około godzinę drogi od Luang Prabang (oczywiście uwzględniając laotańskie drogi i ich ograniczenia do 30 kilometrów na godzinę. Całkiem zresztą rozsądne, czasem wręcz zbyt optymistyczne) znajduje się wodospad Kuang Si. Jest o tyle ciekawą atrakcją, że można się wykąpać w jego wartkim nurcie. Temperatura wody, co prawda, jak w Bałtyku w sezonie, ale to miła odmiana dla gorącego, parnego powietrza. Nawet Staś kąpał się przez chwilę. Trochę dłuższą, niż powinien, sądząc po trzęsących się usteczkach, ale protestował zawzięcie na wcześniejsze wychodzenie z wody.
Poza tym, na terenie wodospadu jest mały rezerwat azjatyckich niedźwiedzi księżycowych. Przyjemnie usytuowany, sprawia że spacer do wodospadu nie dłuży się, a i niedźwiedzi nie ogląda się w nieskończoność.
Wszystkie te elementy składowe: sam wodospad, kąpiel i wizyta u niedźwiedzi, złożyły się na bardzo przyjemny, półdniowy wypad.

Groźny miś księżycowy na szczęście za ogrodzeniem
Widok na wodospad Kuang Si akurat w miejscu, gdzie nikt się akurat nie kąpał
-Ale tato, proszę. Wyjdziemy, jak tylko zrobi się chłodno!

Zachód słońca nad Mekongiem

Luang Prabang położone jest nad Mekongiem i jedną z atrakcji w mieście, jest podziwianie zachodzącego nad rzeką słońca. Z tego powodu przy nadbrzeżu pełno jest mniej lub bardziej urokliwych knajpek, w których można zamówić kawę albo piwo i oglądać to niesamowite, acz codzienne zjawisko. Zachodzące tam słońce wygląda naprawdę spektakularnie, sprawia, że kokosowe palmy na tle pomarańczowego nieba wyglądają jeszcze bardziej zachwycająco. Zdecydowanie warte przeżycia.

A do takiego widoku, pyszna kawa i coś słodkiego. I bobas, który akurat chce chodzić w zupełnie innej części knajpki.

Grota Pak Ou

Podobnie jak w chrześcijaństwie, w buddyzmie nie ma prostego sposobu na utylizację sztuki sakralnej, gdy przestanie nadawać się do użytku. W okolicy Luang Prabang wykorzystano więc groty Pak Ou do trzymania w nich nieprzydatnych już posągów Buddy. Są tam posągi Buddy leżącego, siedzącego, stojącego- bez rąk, nóg, głów, czasem porysowane, czasem zniszczone. Wszystkie koło siebie, ciasno poustawiane- jak kolekcja zabawek, z których się wyrosło. Widok to dość oryginalny, zwłaszcza, że w skład grot Pak Ou wchodzą dwie jaskinie i jedna z nich pogrążona jest w mroku- zwiedzać ją można tylko z latarką. Jednakowoż, dojazd do grot zajął nam skuterem ponad godzinę i była to dość męcząca przeprawa, co rozbudziło w nas wątpliwości, czy było warto. Alternatywą było płynięcie slow boat’em, czyli „wolną łódką”, bardzo popularnym środkiem transportu na Mekongu. Myślę, że samo przepłynięcie, doświadczenie życia na łodzi (dotarcie do grot zajmuje około godzinę, ale są trasy, które wymagają spędzenia na tych łódkach dwóch dni) i przepiękne, dziewicze brzegi Mekongu mogłyby być przyjemnym doświadczeniem i nadawałyby więcej sensu grotom Pak Ou. Slow boat na tej trasie płynie tylko raz dziennie z samego rana i to jest główny powód, dla którego my zdecydowaliśmy się na skuter, jednak gdybym miała możliwość, następnym razem zdecydowałabym się na wczesną pobudkę, żeby podróż do grot była sama w sobie ciekawym doświadczeniem.

By dotrzeć do grot Pak Ou przeprawiliśmy się przez Mekong, jednak całą trasę do rzeki pokonaliśmy skuterem. Alternatywą było płynięcie tzw. slow boatem aż z Luang Prabang. Myślę, że takie widoki nie znudziłyby się przez całą drogę.
Całe mnóstwo niechcianych posągów Buddy
Niechcianym posągom Buddy w grotach Pak Ou również oddawało się cześć. Stały tam również małe kapliczki

Poranne karmienie mnichów

Stara buddyjska tradycja mówi, że mnisi powinni jeść dwa posiłki w ciągu dnia- po wschodzie słońca i o dziesiątej rano. Powinni też zjeść tylko to, co zostanie im ofiarowane przez ludność.
Nie wiem, czy współcześni buddyjscy mnisi sumiennie przestrzegają obu tych zasad, jednakowoż widok mnicha ze specjalną miską na pasku przechadzającego się o poranku w Azji Południowo- Wschodniej nie jest widokiem niezwykłym. Widzieliśmy takich mnichów w miastach Tajlandii, Birmy i Laosu, jednak ci z Luang Prabang, byli szczególnie warci uwagi.
Trzeba było wstać przed wschodem słońca i wybrać się przed buddyjskie świątynie w centrum miasta- niesposób przegapić to miejsce, bo wzdłuż całej ulicy siedziała spora ilość mieszkańców Luang Prabang, gotowa karmić mnichów. Żeby nie przeszkadzać w tym rytuale, turyści powinni stanąć po drugiej stronie ulicy i ze sporej odległości, w ciszy zjawisko obserwować i robić zdjęcia. Mieszkańcy mieli ze sobą koszyczki z ugotowanym ryżem, słodkie napoje i słodycze. Mnisi pojawili się wraz z pierwszymi zapowiedziami promieni słonecznych- szli długimi kolumnami, jeden za drugim, a mieszkańcy wrzucali im jedzenie- oddzielając rękoma małe kulki ryżu lub wrzucając gotowe produkty. Zabawne, bo datków było znacznie więcej, niż mnisia miska mogła pomieścić, toteż co jakiś czas stały skrzynki, do których mnisi odrzucali nadmiar jedzenia, by móc dalej przyjmować dary. Cała rzecz trwała tak długo, aż wszyscy mnisi (których było sporo) przeszli wzdłuż wszystkich mieszkańców miasta (których również było sporo)- a zatem całkiem długo. W żadnym innym mieście poranne karmienie mnichów nie było aż tak ciekawą rzeczą do zobaczenia, dla której zdecydowanie warto było wstać przed wschodem słońca.

Mieszkanka Luang Prabang gotowa na rozpoczęcie porannej ceremonii
Pewnie jeszcze niedawno taki widok był zwyczajny w wielu miejscach w Azji Południowo- Wschodniej
Dziś to jedna z atrakcji turystycznych. Biura podróży organizują nawet uczestnictwo turystom w tej buddyjskiej tradycji i możliwość wręczenia osobiście porannej strawy mnichom.

Luang Prabang w pigułce

Dla nas Luang Prabang był pierwszym dużym, turystycznym miastem w Azji Południowo- Wschodniej, toteż wiele typowych dla tej strony świata atrakcji, tam nas urzekło. Dodatkowo, spędziliśmy w tym mieście więcej czasu, niż zamierzaliśmy, bo dopadła nas w nim choroba- jednak mieliśmy sporo szczęścia; jeśli gdzieś w Laosie musieliśmy zachorować, to najlepiej właśnie tam. Luang Prabang nie bez powodu szczyci się mianem „mekki podróżników”- jest tam przyjemnie, ładnie i niezbyt drogo. Jest kilka miejsc wartych odwiedzenia i ciekawy klimat i wreszcie: można tam prawdziwie odpocząć. Moim zdaniem, podróżując po Laosie, nie można przegapić wizyty w Luang Prabang.

Transport dzieci po azjatycku

Wspaniale kontrastujące ze sobą wielomilionowe metropolie i małe mieściny złożone z kilkunastu domostw położonych wzdłuż piaszczystej drogi, mają bodaj jedną cechę wspólną- ciężko przemieszczać się po nich z dziecięcym wózkiem. Te pierwsze z powodu rzeszy ludzi na każdym kroku, wśród której czasem ciężko się przemieścić i bez wózka, a drugie z prostej przyczyny braku chodników w ogóle albo fatalnego ich stanu. Oczywiście, będąc wystarczająco upartym, da się podróżować (i żyć) w Azji z wózkiem dziecięcym, jednak podpatrując życie lokalnych ludzi można z powodzeniem założyć, że nie jest to najwygodniejsza opcja. Oto mała fotorelacja, jak podróżują mali Azjaci.

Jeśli w Azji koniecznie wózek, to jaki?

W Chinach spędziliśmy miesiąc. I to miesiąc na przełomie chińskiego lata i jesieni. Przez cały ten czas zobaczyłam na ulicach miast tylko jeden głęboki wózek. A mój matczyny radar wyłapuje takie rzeczy dość dobrze. Spacerówek było już trochę więcej, było też trochę bardzo kompaktowych, trójnogich wózków, które składały się właściwie tylko z siedziska, nóżek i uchwytu dla rodzica. To dla bardziej stabilnych dzieci, ale za to po złożeniu prawie nie zajmowały miejsca i wyglądały na bardzo lekkie. Innym typem wózka, który nie sprawdzał się specjalnie jako wózek miejski, ale jednak widziałam kilka wózków tego rodzaju to wiklinowe krzesełko z kółkami. Kiedy zobaczyłam tą konstrukcję po raz pierwszy, byłam przekonana, że to wózek własnej roboty. Później odkryłam, że jest ich więcej. Zapewne wygrywał z ergonomicznymi, wygodnymi, miejskimi wózkami o ogromnych kołach i świetnym zawieszeniu, wózkami rynków zachodnich tym, że był zwyczajnie lekki. I zajmował stosunkowo mało miejsca, więc można się z nim było przecisnąć przez tłum ludzi.

Trójkołowe cudo, które jako jedno z niewielu wynalazków nadawało się na transport dziecka w wielomilionowej metropolii
Bardzo lekki, choć niezbyt kompaktowy i raczej nie należący do wygodnych miejski chiński wózek

A może nosić?

Największą popularnością w Chinach cieszyły się nosidełka ze specjalną grubą wkładką pod pupą dziecka (z ang. hip seat). W Polsce takich nie widziałam, ale tak jak dostępne u nas nosidełka, miały wiele wariantów noszenia- na plecach rodzica, na biodrze lub na brzuchu. Można było nosić dziecko poprawnie, czyli przodem do siebie, albo niepoprawnie- przodem do świata. Wygląda na to, że do Chińczyków świadomość o „poprawności” noszenia maluchów dociera powoli- widok dziecka noszonego przodem do świata był tam bardzo popularny. Na południu Chin częściej spotykaliśmy dzieci zamotane w chusty- a chusty te różniły się od naszych- były wielkości małego koca z długimi pasami do przewiązywania (nie wiem czy to rodzaj tak zwanego mei thai, czy jakiś jeszcze inny wymysł). Najczęściej widziałam je wiązane na plecach, ale można też było wiązać z przodu. Inny kształt chusty sprawiał, że motało się je zupełnie inaczej, niż popularne w Polsce chusty, choć generalna koncepcja była podobna. I tak, jak w przypadku nosideł, udało mi się wypatrzeć książkowo zamotane w te chińskie chusty maluchy, ale były też takie, których pozycja pozostawała wiele do życzenia. Jednak wydaje mi się, że w Chinach noszenie dzieci w chustach i używanie nosideł to bardziej sposób na wygodniejsze przemieszczanie, niż dbanie o właściwy transport malucha.

Sposób noszenia nierekomendowany przez szkoły noszenia, w Chinach bił rekordy popularności
Podobnie jak nosidła, które, co tu dużo mówić- można zawiązać lepiej lub gorzej
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że temu chińskiemu dziecku nie było najwygodniej

Praprzodek chusty

Jakież było moje zaskoczenie, gdy podczas trekkingu przez laotańską dżunglę, dotarłszy do wioski schowanej pośród dziczy i oddalonej od innych ludzkich siedzib, zobaczyłam dzieci noszone w chustach! Zdziwienie to było w zasadzie bezpodstawne, w końcu noszenie dzieci leży u podstaw naszej natury i jest dalece starszym konceptem, niż wózek na kółkach z dzieckiem w środku, jednak przyznaję, byłam zaskoczona. Chusty używane tam były znacznie krótsze od tych popularnych w Polsce, wystarczyły w zasadzie tylko na to, żeby obwiązać nią dziecko i siebie jednokrotnie i zawiązać węzeł. Właściwie, pewnie wcale nie były to chusty, tylko resztki starych koszul albo innej odzieży. Z całą pewnością nie miały też szeregu atestów i gwarancji, którymi mogą się poszczycić chusty wydawane na rynkach europejskich i nikt nie przejmował się splotem, gramaturą, gatunkiem czy domieszkami. Prawdopodobnie też chusty te dociągały się gorzej, od tych kupionych w specjalnych sklepach, ale tamtejszym rodzicom (i starszemu rodzeństwu, wszak nie tylko dorośli mieli tam zamotane maluchy) nie obce są założenia rodzicielstwa bliskości, choć pewnie gdyby ich o to spytać, nie mieliby pojęcia, o czym mowa.

Noszenie i karmienie w jednym. A jak mama się bardzo uprze, to jeszcze może dwiema rękami pracować
Maluch, który nosił malucha

Nie inaczej było w pozostałych krajach Azji Południowo- Wschodniej, które odwiedziliśmy: dominowało tam noszenie w (wyglądających na) własnoręcznie przygotowanych chustach i noszenie na rękach. Niejednokrotnie był to wybór nie tyle podyktowany chęcią bycia blisko z maluchem, co konieczność nie tylko służąca transportowi dziecka, ale też sposób na połączenie pracy z opieką nad dzieckiem. Dowiedzieliśmy się od jednej Tajki, że jeszcze kilkanaście lat temu w Tajlandii nie istniało coś takiego, jak urlop przysługujący kobiecie z racji urodzenia dziecka- ona sama wracała do pracy już w kilka dni po narodzinach swoich kolejnych dzieci. „Z ostatnim mogłam być aż trzy miesiące”, powiedziała z nieskrywaną dumą. Nic więc dziwnego, że maluchy w chustach spotykaliśmy zazwyczaj w miejscach pracy ich rodziców.

Rodzinny biznes w Laosie
Urlop macierzyński? W Tajlandii teraz są trzy miesiące urlopu macierzyńskiego. Wcześniej nie było czegoś takiego wcale. Nic więc dziwnego, że Tajki zabierają swoje dzieci do pracy

Transport dzieci po azjatycku

Paradoksalnie, noszenie dzieci w Azji jest tematem tyleż rozpowszechnionym, co mało znanym. Nosi tam prawie każdy rodzic, albo dlatego, że wózki są zwyczajnie za drogie, albo dlatego, że ciężko się z nimi przemieszczać, albo po prostu dlatego, że tylko w chuście rodzic może zabrać swoją pociechę do pracy. Jednak taki swego rodzaju przymus sprawia, że daleko tam jeszcze rodzicom do bezpiecznego i prawidłowego noszenia dzieci- i myślę, że jeszcze sporo wody w Mekongu upłynie, zanim ta kwestia stanie się im bliska.

Ja natomiast po powrocie do Polski, ukończyłam kurs na doradcę chustonoszenia, więc jeśli ktoś z Was albo Waszych znajomych chciałby się dowiedzieć, tu na miejscu, jak bezpiecznie i prawidłowo nosić malucha w chuście, służę pomocą.

W weekend dookoła świata

Jeśli nie jesteście przekonani czy można podróżować z niemowlakiem (lub starszymi dziećmi) albo bardzo byście chcieli, ale nie macie odwagi- bardzo polecam Wam Kolosy. Właściwie to polecam Wam je bez względu na to, czy macie dzieci i czy chcielibyście z nimi podróżować.

W jeden weekend dookoła świata

Kolosy to coroczny zjazd podróżników, alpinistów i żeglarzy, który przez jeden pełen weekend opowiadają o swoich niesamowitych podróżach. Odkąd mieszkam w Trójmieście, jestem na tym wydarzeniu rokrocznie i rokrocznie jestem oczarowana tym, co można tam zobaczyć i usłyszeć. Opowieści są naprawdę niesamowite, w niektóre aż ciężko uwierzyć, innych nie sposób zazdrościć- ale wszystkie (może z małymi wyjątkami) warto posłuchać.

Zwłaszcza dla młodych matek

W tym roku Kolosy miały dla mnie szczególne znaczenie. Z racji powiększenia się rodziny, trochę się wyciszyliśmy i uspokoiliśmy- i nie mam wcale na myśli podróżowania!- ono właściwie bardzo mało się zmieniło, odkąd pojawił się Staś, ale moja codzienność kręci się ostatnio wokół ogarniania domu, dziecka i codziennego spaceru po najbliższej okolicy. Wyprawa na drugi koniec miasta to już ogromny wyczyn. Czasem wieczorkiem uda nam się wyjść na basen albo na spacer, czasem u dziadków uda nam się wyskoczyć we dwójkę do kina, poskakać na trampolinach albo zwyczajnie wyjść na randkę, ale ogólnie rzecz ujmując, zmiana na tej płaszczyźnie dotknęła mnie najbardziej, toteż tym bardziej cieszyła mnie perspektywa możliwości przesiedzenia całych dni na prelekcjach o podróżach na wszystkie końce świata.

Przekonajcie się sami

I nie zawiodłam się- prelekcje były magiczne. Ale powód, dla którego zachęcałam Was do pojechania na Kolosy we wstępie jest bardziej prozaiczny. Jeśli chcecie pojechać gdzieś z dzieckiem, proponuję zacząć od Gdyni, bo w ten jeden weekend w roku w cenie biletu do Gdyni, można się wybrać w najodleglejsze zakątki globu i to wiele za jednym razem. Oczywiście, posłuchać o czymś, jeszcze nie znaczy przeżyć to, ale gwarantuję Wam, że na Kolosach mówią zazwyczaj tak niesamowici ludzie, że to co najmniej połowa „przeżyć”. Poza tym, w zeszłym roku zdarzyło się parę opowieści o podróżujących rodzinach z dziećmi- a to spory motywator do własnych podróży. I na sam koniec, najbardziej przyziemnie, na Kolosach można spotkać wiele rodzin z dziećmi, jest nawet specjalna dla nich strefa. Nie ma się więc poczucia, że jest się w niewłaściwym miejscu, że komuś obecność malucha może przeszkadzać (a jeśli maluch będzie potrzebował przerwy- można z nim spokojnie wyjść, żeby istotnie nie przeszkadzał). Staś obchodzący podczas Kolosów swoje półurodziny nie był wcale najmłodszy- widziałam rodziców nawet z noworodkami (i bardzo ich podziwiam; rodziców, nie noworodki, bo ja chyba bym się nie odważyła).

A podczas prelekcji, które nie wydają się aż tak ciekawe (albo jeśli zmęczy Was siedzenie cały dzień w jednym miejscu, bo nie ukrywam, że jest to męczące), możecie zrobić sobie wycieczki krajoznawcze po Trójmieście. Kolosy odbywają się w marcu, więc nad morzem jest już zazwyczaj całkiem ładnie. Wybaczcie, że ten wpis powstał już po tegorocznych Kolosach, ale mam nadzieję, że zachęci Was do zaplanowania sobie podróży na przyszłoroczne Kolosy, a może w innych miastach odbywają się wkrótce inne festiwale podróżnicze?

PS post przygotowany w ubiegłym roku. W tym będzie zgoła inaczej!

Wąwóz Skaczącego Tygrysa

Wąwóz Skaczącego Tygrysa to drugi największy kanion na świecie (po Wielkim Kanionie Kolorado), znajdujący się w prowincji Yunnan, w północno-zachodnich Chinach. W najgłębszym miejscu przewyższenie wynosi niemal 3800 metrów, a w dole majestatycznie wije się rzeka Jangcy. Dla nas Wąwóz Skaczącego Tygrysa był miejscem pierwszego trekkingu. I to nie tylko w tej podróży, ale właściwie był naszym pierwszym poważnym trekkingiem w ogóle.

Poziom trudności: średni. Pod jednym warunkiem

Wzdłuż wąwozu biegną dwie ścieżki: dolna i górna. Dolna jest przeznaczona do ruchu samochodowego i by oglądać z niej Wąwóz Skaczącego Tygrysa trzeba albo mieć samochód albo zapłacić za autobusową wycieczkę; górna ścieżka jest natomiast pozostałością po niegdysiejszych trasach lokalnych ludzi, którzy przemieszczali się w ten sposób pomiędzy wioskami ukrytymi wysoko w górach. Teraz są to zazwyczaj dobrze oznakowane, dość szerokie ścieżki górskie, po których generalnie idzie się dość przyjemnie, choć nie jest to pozbawione wysiłku. Jednak co ważne: kluczową rolę odgrywa pogoda. A że rejon jest wysokogórski, tę przewidzieć niełatwo. Niektóre fragmenty trekkingu to wąska ścieżka, bez barierek, niczym nieodgrodzona od głębokiej przepaści. Do tego na ścieżce mogą pojawić się kozy albo mały wodospad, który trzeba przejść. Rzecz jasna, w deszczu takie utrudnienia urastają do rangi dużego problemu i my mieliśmy dusze na ramieniu, kiedy przez takie fragmenty przechodziliśmy. Cała trasa przeciętnemu piechurowi powinna zajmować dziewięć godzin i rekomenduje się, by robić ją w dwa dni, choć podobno dobrze zdeterminowanemu i przygotowanemu wędrowcowi wystarczy jeden dzień. My jednak zdecydowaliśmy się rozbić tę podróż na trzy dni, raz dlatego, że nie jesteśmy „przeciętnym piechurem”, przez wzgląd na nasze nikłe doświadczenie i dziecko w chuście, a dwa dlatego, że zaczęliśmy pierwszego dnia trekking wczesnym popołudniem. Na szczęście po drodze, w wioskach jest miejsce, by zostać na noc lub zrobić przerwę na obiad czy prysznic.

Etap pierwszy- pod górę i w dół

Nasz trekking zaczęliśmy w Qiatou, gdzie dowiózł nas autobus. Początkowo mieliśmy do przejścia asfaltową drogę (dolna i górna ścieżka w tym miejscu się łączą), po której jeździły wypluwające z siebie tonę spalin ciężarówki. Zajęło nam to więcej czasu, niż chcieliśmy, w dodatku przyjemność z marszu była umiarkowana, a my nawet dobrze nie zaczęliśmy wspinaczki. Gdy już udało nam się odnaleźć rozwidlenie i rozpoczęliśmy właściwą wędrówkę górną ścieżką, byliśmy już zmęczeni i sfrustrowani. Stasiowi również wędrówka nie przypadła do gustu i co chwilę zgłaszał swoje niezadowolenie, że jest noszony w chuście, co tylko pogarszało wszystkim humory. Trasa pierwszego dnia była bardzo męcząca- wspinaliśmy się po stromych zboczach w górę, by za połową trasy odkryć, że teraz musimy schodzić po stromych zboczach w dół- co wcale nie było mniej męczące, a bardziej od tego bolały kolana. Ostatecznie, przeszliśmy pierwszy etap w cztery godziny, zamiast dwóch i byliśmy ogromnie umęczeni. Na szczęście nocleg w pierwszej z wiosek- w Naxi Family Guesthouse zapewnił nam wszystko, czego po długim i męczącym marszu potrzebowaliśmy- dobre jedzenie i miejsce do odpoczynku z niesamowitymi widokami. Co więcej, z racji tego, że mało kto robi przerwę na nocleg już w pierwszej wiosce (oprócz nas było tylko kilka par wędrowców), w Naxi Family Guesthouse było przytulnie i niemal rodzinnie.

Tak wyglądał sam początek trasy. O ile przed chwilą nie przejechała ciężarówka i droga nie tonęła w spalinach
Po drodze spotkaliśmy dziko rosnącą marihuanę. Co sprytniejsi tubylcy zwietrzyli w tym interes i przy trasie były stragany, na których można było kupić gotowe skręty. Po minie Kruka widać, że też rozważał taki biznes
Później zrobiło się trochę ciężej, ale za to dużo bardziej malowniczo
Wieczorem po długim marszu zwykła herbata ogromnie nas cieszyła

Etap drugi- dwadzieścia osiem zakrętów. Podobno.

Następnego dnia wyruszyliśmy z rana, by zmierzyć się z najtrudniejszym etapem wędrówki- dwudziestoma ośmioma zakrętami. W rzeczywistości było ich znacznie więcej, a cała trasa pięła się ostro w górę i po przejściu jej zdecydowanie uznaliśmy ten etap za najtrudniejszy. Jednak zaprawieni pierwszym dniem wędrówki i w trochę lepszych humorach, zaczęliśmy bardziej doceniać miejsce, które przemierzaliśmy. Widoki z górnej ścieżki były niesamowite: w dole majestatycznie wiła się ogromna rzeka Jangcy, w górze, za mgłą chowały się strzeliste szczyty gór. Pomiędzy rzeką a szczytami, zielone połacie, na które składała się różnorodna górska flora. Widzieliśmy też na naszej trasie dwa wygrzewające się na słońcu węże i sporo kozic. Niestety, Chiński rząd nie dba przesadnie o dziewiczą i piękną naturę Wąwozu Skaczącego Tygrysa i planuje w okolicy przeprawę pociągową łączącą Tybet z pozostałą częścią kraju. To sprawia, że czasem poza pięknymi widokami, ogląda się budowy ogromnych tuneli, a czasem (nawet z samego rana lub późnym wieczorem) słychać wybuchy dynamitu daleko w górach.

Malowniczy Wąwóz Skaczącego Tygrysa i mniej malownicza budowa tuneli przezeń
Na jednym z wielu zakrętów
Maszerujemy z naprawdę pięknymi widokami w tle

Etap trzeci- po płaskim

Bardzo dobrze się złożyło, że rozbiliśmy ten trekking na trzy, a nie na dwa dni, bo szybko odkryliśmy, że dwa pierwsze etapy z czterech są dużo trudniejsze od pozostałych dwóch, toteż dwudniowy trekking byłby bardzo nierównomierny, jeśli chodzi o wysiłek. Etap trzeci był bardzo przyjemnym marszem, głównie po płaskim terenie. Nawet, gdy złapał nas deszcz, nie był dużą przeszkodą, bo ścieżki były wystarczająco szerokie, by czuć się na nich pewnie nawet przy nie najlepszej pogodzie. W dobrych humorach (nawet Staś pogodził się odrobinę z noszeniem w chuście), pomimo deszczu podziwialiśmy górskie widoki i cieszyliśmy się naszym marszem. Etap trzeci zakończyliśmy w Half Way Guesthouse, jednym z popularniejszych miejsc do przerwy, toteż było tam odrobinę tłoczniej i mniej przytulnie, niż byśmy tego chcieli.

Sen nad przepaścią
W dole widok na rzekę Jangcy

Etap czwarty- jak nie stracić zdrowia i życia

Pozornie nie bardzo trudny, czwarty etap powitał nas rzęsistym deszczem, przy którym nawet płaskie ścieżki okazywały się problematyczne do przejścia. W rzeczywistości, w tym etapie głównie szliśmy w dół i po płaskim, ale to właśnie tam przemierzaliśmy wąskie ścieżki z widokami na bardzo strome i głębokie przepaści. Widoki tyleż zapierające dech w piersiach, co napawające strachem. Nie raz któreś z nas poślizgnęło się na błotnistej ścieżce i zaczęliśmy się zastanawiać, czy ten trekking był na pewno słuszną decyzją. Nie było za bardzo możliwości, żeby się cofnąć, więc jedyne, co nam pozostawało, to iść dalej wąskimi ścieżkami. Ewentualnie przeciskać się koło stada kóz lub przeskakiwać przez mały wodospad spływający w poprzek wąskiej i tak już śliskiej od deszczu ścieżki. Z duszą na ramieniu. Gdy już niebezpieczeństwo minęło, a my cali i zdrowi dotarliśmy do Tina’s Guesthouse, skąd odjeżdżał powrotny autobus do miasta, zgodnie stwierdziliśmy, że to było niesamowite doświadczenie. Choć, nie ukrywam, że było to też odrobinę nierozważne z naszej strony.

Staś był dobrze przygotowany na deszcz
Na wąskiej górskiej ścieżce i w deszczu- kozice
Potem wodospad. To, co na zdjęciu wygląda przyjemnie, a czasem malowniczo, na górskim szlaku w deszczu jest nie lada wyzwaniem
Po przejściu wielu kilometrów i wielkim wysiłku, ostatni rzut oka na Wąwóz przed zejściem na dół

Czy polecamy?

Zdecydowanie polecamy trekking w Wąwozie Skaczącego Tygrysa, zwłaszcza zaprawionym górskim wędrowcom. Pod warunkiem ładnej pogody mogę polecić go nawet rodzinom z dziećmi w chustach i nawet na pierwszy trekking, choć to może wydawać się odrobinę nierozsądne. Jednakowoż, widoki z górnej ścieżki są warte tego wysiłku, jaki trzeba włożyć, by ową ścieżkę przejść, a trekking cieszy, nawet jeśli jest się amatorem i o górskich wędrówkach nie ma się wielkiego pojęcia. Natomiast na pewno warto uważnie śledzić pogodę i nie porywać się na tę wędrówkę w porze deszczowej, bo może to być niebezpieczne lub niemożliwe do zrobienia.

Deszcz i słońce w raju

Ostatnie dwa tygodnie naszej podróży spędziliśmy odpoczywając na tajskich wyspach. Każda z nich (a odwiedziliśmy zaledwie mały ułamek tego, co południowa Tajlandia oferuje)- była zupełnie inna od pozostałych, ze swoim własnym klimatem i odrębnymi atrakcjami. Pogodę na wyspach mieliśmy przewrotną (choć byliśmy tam miesiąc po zakończeniu pory deszczowej), co mogło mieć znaczenie przy odbiorze poszczególnych miejsc, wszak dużo przyjemniej odpoczywa się na rajskich plażach przy pięknym słońcu, a nie podczas burz; jednakowoż o tym, gdzie według nas na wyspach warto zatrzymać się dłużej, gdzie są najpiękniejsze plaże, gdzie najwięcej turystów, gdzie można zobaczyć ponad metrowe jaszczury, gdzie jest ukryta plaża, a gdzie według nas lepiej nie jechać (a w każdym razie nie z dzieckiem)- to wszystko poniżej. 

Krabi i plaża Rayley

Naszą przygodę zaczęliśmy w Krabi, jeszcze na stałym lądzie, dokąd przyjechaliśmy nocnym pociągiem z Bangkoku. Na miejscu zastała nas raczej polska wakacyjna pogoda z przekropnymi deszczami i niespecjalnie urodziwa plaża z nieprzyjemnym gruntem do pływania. Jednak po dwóch i pół miesiącach tułaczki, daleko nam było do narzekania, zwłaszcza że plaża, chociaż nie najpiękniejsza, była przy przekropnej pogodzie dość pusta. Ceny w Krabi były dość przystępne (chociaż przyjeżdżając na południe Tajlandii trzeba się liczyć z wyższymi, niż na północy cenami), a wybór wszystkiego duży- od hosteli, przez restauracje aż po produkty w marketach.
Ja byłabym skłonna zadowolić się wypoczynkiem w stylu Krabi, jednak Krukowi marzyły się bardziej rajskie plaże, toteż podczas pobytu w Krabi, zdecydowaliśmy się na wycieczkę motorówką (tak zwanym speedboat’em) do pięknej plaży Rayley. Podróż nie trwała długo (aczkolwiek nie należała do tanich), jednak z jakiegoś powodu, na plaży Rayley wszystko było inne: piasek aksamitny, plaża szeroka, dno morskie odpowiednie do kąpieli- nawet pogoda nam dopisała i przez cały dzień słońce świeciło tak mocno, że przez większość czasu plażowaliśmy w cieniu. Jednak nie ma miejsc idealnych: ceny też były tam wyższe, a wybór wszystkiego dużo mniejszy. Warto to mieć na uwadze, gdyby ktoś planował ominąć w swojej podróży Krabi i skupić się na Rayley. Jednakowoż blisko plaż Rayley jest też jaskinia do zwiedzenia, mała buddyjska świątynia w skale poświęcona tematowi płodności z mnóstwem rzeźb penisów w środku, a cała okolica jest podobno rajem do wspinaczki, toteż Rayley odwiedzić zdecydowanie polecamy.

Takie plaże i takie nastroje mieliśmy w Krabi 
A tak było na plaży Rayley, zaledwie kilkanaście minut motorówką z Krabi
Jaskinia niedaleko plaży Rayley- ciekawa odskocznia od plażowania
Co najmniej nietypowa świątynia płodności. Również ciekawa odskocznia od plażowania, nieprawdaż?

Ulewne deszcze i wielkie rozczarowanie

Niegdyś uznana za jedną z najpiękniejszych wysp na świecie, Koh Phi Phi, ostatnio dorobiła się też tytułu jednej z najbardziej zatłoczonych. Przyznaję, że my mieliśmy pecha i cały nasz pobyt na Koh Phi Phi pogoda oscylowała między kiepską a fatalną, ale choć jestem zupełnie w stanie zrozumieć, czemu dorobiła się drugiego tytułu, pierwszy wydał mi się absolutnie bezpodstawny. Koh Phi Phi jest teraz pokryta niekończącymi się pasażami restauracji, barów, straganów i studiów tatuażu, a same plaże wcale nie są spektakularne. Podobno są jakieś ładniejsze, do których (jak w przypadku Krabi i Rayley) można podpłynąć motorówką, ale my ze względów pogodowych się na nie nie zdecydowaliśmy. Na Koh Phi Phi ceny były relatywnie wysokie (nawet jak na wyspy), a jeśli chodzi o wybór, nie brakowało tam knajpek i restauracji, ale ciężko było znaleźć zwyczajny sklep.
Koh Phi Phi mogła nie przypaść nam do gustu jeszcze z jednego względu- oprócz tytułów najpiękniejszej i najbardziej zatłoczonej, słynie też z imprez do białego rana nad brzegiem morza- tego aspektu wyspy nie sprawdziliśmy. Widzieliśmy za to mnóstwo stoisk, gdzie można było kupić całe wiaderka drinków do samodzielnego sporządzenia i wyglądały one całkiem apetycznie. My jednak zadowoliliśmy się jednym wieczorem w barze przy plaży, gdzie Tata Kruk zamówił sobie piwo, Mamie Kruk kawę, a Synkowi Kruk herbatę. Największą imprezę miały wtedy komary, bo zapomnieliśmy się popsikać repelentami i pogryzły nas straszliwie.
Toteż Koh Phi Phi odradzamy- w każdym razie rodzinom z dziećmi, może imprezy tam są naprawdę warte przeżycia. Jeśli nie, ta wyspa zdecydowanie nie powinna znajdować się na liście wysp koniecznych do zobaczenia wśród tajskich wysp.

Nie ukrywam, że pogoda miała istotne znaczenie przy ocenie Koh Phi Phi
Ale staraliśmy się zachowywać dobrą minę do złej gry
A to są rzeczone wiaderka z gotowymi do przyrządzenia drinkami w dużej ilości

Co robić i gdzie być, gdy pada deszcz?

Spędziliśmy tam dużo przyjemnego czasu- Koh Lanta jest dużą i niezbyt popularną wyspą. Widoki nie zapierały tchu w piersiach, nie było tam niczego naprawdę spektakularnego- ale nie było też tłumów, wysokich cen i małego wyboru restauracji czy produktów spożywczych w sklepach. My mieliśmy tam przewrotną pogodę: bywały burze, bywało przekropnie, czasem, acz rzadko pogoda była iście plażowa. Burzowy czas spędzaliśmy zazwyczaj w naszym bungalow’ie- bambusowej chatce, którą tam wynajęliśmy- było przytulnie, choć trochę ciasno. (Nie było też ciepłej wody. To pewnie nie przeszkadzałoby przy świetnej pogodzie, ale i przy naszej przewrotnej szło się przyzwyczaić.) Byliśmy już zaprawieni w zajmowaniu Małego Człowieka na małej przestrzeni i z niewielką ilością zabawek, toteż nawet podczas burz, czas na Lancie spędzało nam się miło. Sporo też udało nam się spędzić czasu nad brzegiem morza, gdzie często byliśmy prawie jedynymi plażowiczami, bo byliśmy wystarczająco zdeterminowani, by plażować i kąpać się przy lekkim deszczu. Na szczęście na tajskich wyspach deszcze są na tyle ciepłe, że to tylko mała niedogodność. Poza tym, udało nam się też znaleźć bardzo przyjemną, szeroką plażę przy zatoce Kantiang z odpowiednim dnem morskim do kąpieli, gdzie przy okazji plażowania i wypoczynku podglądaliśmy pracę tamtejszych rybaków.
Spotykaliśmy na Lancie sporo rodzin z dziećmi albo starszych ludzi, co dobrze oddaje klimat tej wyspy- jest spokojnie i rekreacyjnie. Zdarzają się od czasu do czasu bary (sami znaleźliśmy i bardzo polubiliśmy jeden z nich) czy plakaty informujące o imprezach przy pełni księżyca (najpopularniejsza impreza wysp), ale generalnie Lanta raczej spodoba się nie bardzo wymagającym, spokojnym turystom, chcącym odpocząć też od tłocznego i imprezowego klimatu innych wysp.

Nasza ulubiona plaża na Lancie, zupełnie opustoszała ze względu na pogodę
Na szczęście nie potrzebujemy świetnej pogody i spektakularnej wyspy, żeby się dobrze bawić

Kraina ogromnych jaszczurów

Ta wyspa zachowała najwięcej dziewiczości ze wszystkich odwiedzonych przez nas wysp- na Koh Rok nie ma hoteli, hosteli, sklepów ani restauracji. Jest tylko jedno pole namiotowe na jedynej dostępnej dla turystów plaży. Co prawda organizowane są tam wycieczki z pobliskich wysp, więc turystów trochę się tam kręci, ale wystarczy odejść kawałek, żeby odnieść niesamowite wrażenie, że jest się jedynym człowiekiem na zapomnianej, rajskiej wyspie. Plaże są tam cudowne, woda idealnie turkusowa, widoki obłędne. I więcej jeszcze, w okolicach Koh Rok są świetne miejsca do snorkowania (pływanie z maską i rurką), gdzie można z bliska przypatrzeć się rafie koralowej i różnorodności podwodnego życia. I żeby tego było mało, na Koh Rok przetrwał gatunek wielkich jaszczurek, które przy odrobinie szczęścia można tam oglądać. My szczęście mieliśmy- bo nie dość, że udało nam się spotkać wielką jaszczurkę na Koh Rok, to pogoda świetnie nam tam dopisała i bardzo udały nam się snorkowania- Krukowi udało się zobaczyć ponad metrową rybę zaplątaną w nieużywaną sieć rybacką, a mi węża morskiego (snorkowaliśmy na przemian, jedno zajmowało się Stasiem na łódce, drugie snorkowało). Koh Rok zdecydowanie skradło nasze serduszka i było wartą nawet kosztownej wycieczki z Lanty, bardzo unikatową wyspą. Polecamy ją bardzo, jak również opcję z zostaniem tam na noc, która jawi się nam jako bardzo interesująca, jednak może odrobinę frustrować podróżujących z niskim budżetem (jak to w tak trudno dostępnych miejscach bywa, wszystko tam było ekstremalnie drogie).

Tak wygląda plaża na Koh Rok, gdy tylko odejdzie się kawałek od miejsca do pływania
A tak w najbardziej turystycznym jej miejscu
Ogromny jaszczur, który przyszedł zobaczyć, czy coś nie zostało z naszego obiadu. Największa atrakcja na Koh Roku

Raj na własność

Koh Kradan to wypadkowa pomiędzy dziewiczością Koh Rok, a jakąkolwiek infrastrukturą pozostałych turystycznych wysp. Koh Kradan nie ma ani jednego stałego mieszkańca, ale jest tam parę hoteli, przy każdym restauracja i słownie jeden, bardzo pusty sklepik. Są tam też rajskie plaże, na których często w zasięgu wzroku nie ma żywego ducha i widoki jak z najpiękniejszych pocztówek- zanim się tam znalazłam, zawsze myślałam, że te widoki z pocztówek są odrobinę przekoloryzowane. Teraz wiem, że nie są. Tam jest po prostu jak w raju. Bezpośrednio z plaż można snorkować- rafa koralowa zaczyna się jeszcze zanim człowiek dobrze zanurzy się w wodzie, a widok zachodzącego słońca oglądany z plaży dopiero co odkrytej przez odpływ był wprost zachwycający. Pobyt jednak na Koh Kradan miał też swoje wady: dziewiczość była okupiona wysokimi cenami, a brak konkurencji nie wymuszał na właścicielach turystycznej infrastruktury specjalnie wysokiej jakości usług. Ale po pobycie tam stwierdziliśmy, że było warto. Koh Kradan urzeka prawie całkowitą dziewiczością; to wspaniałe miejsce, żeby się zatrzymać i poczuć jak w innym świecie. Wtedy wydała mi się idealna na podróż poślubną, ale nawet z małym dzieckiem była wspaniała.

Na Koh Kradan nie musieliśmy się absolutnie wysilać, żeby znaleźć tak puste kadry
I takie. Tylko łódka na horyzoncie zdradza, że wyspa nie jest zupełnie opuszczona
Tutaj akurat w kadrze jakiś zamyślony mały człowiek
Fenomenalny zachód słońca na Koh Kradan

O plaży schowanej wśród skał

Ostatnia z odwiedzonych przez nas wysp: Koh Mook to dość turystyczna, ale nie bardzo zatłoczona wyspa, o ładnej plaży z przyjemnym do pływania dnem morskim (cały nasz wolny czas spędzaliśmy na zachodniej plaży, bo mieliśmy zaraz przy niej zakwaterowanie). Pogoda bardzo nam dopisała i udało nam się tam wspaniale wypocząć.
Warta do odwiedzenia na wyspie jest Szmaragdowa Jaskinia (Emerald Cave)- po pierwsze dlatego, że zwiedza się ją wpław, co samo w sobie jest ciekawym doświadczeniem- jaskinia jest całkiem spora, woda morska faluje w środku i obija się z hukiem o ściany, wszystko powiela głębokie echo. W części jaskini panują absolutne ciemności i jedyne, co widać, to światło latarki przewodnika. Ale najlepsze czeka na końcu- po przepłynięciu kilkudziesięciu metrów dopływa się do malutkiej, ukrytej między wysokimi skałami pięknej plaży. Wprost jak z jakiejś opowieści o piratach albo poszukiwaczach przygód. Wrażenie jest absolutnie niezwykłe, choć niestety nie mamy stamtąd żadnych zdjęć, bo nasza wodoodporna kamera nie dotrwała do tej części wycieczki. Napiszę przewrotnie: trzeba pojechać na Koh Mook i zobaczyć to na własne oczy. Naprawdę warto! Ewentualnie poszukać w wyszukiwarce internetowej. W pobliżu Emerald Cave można też snorkować, ale w porównaniu do Koh Rok i Koh Kradan, podwodne życie w pobliżu Koh Mook nie jest aż tak porywające.
Koh Mook była dla nas strzałem w dziesiątkę. Mieliśmy blisko do plaży, piękną pogodę, duży wybór knajpek i jedną, którą szczególnie sobie upodobaliśmy, bo właściciele mieli nie tylko genialne jedzenie, ale też dwójkę dzieci w wieku Stasia, zawsze chętnych do zabaw. Do tego Szmaragdowa jaskinia i ukryta za nią plaża. Na sam koniec trafiliśmy na nasz numer jeden wśród tajskich wysp.

Zachodnia plaża na Koh Mook
Pośród takich skał schowana jest Szmaragdowa Jaskinia
Nasz Mały Włóczykij nawiązujący ostatnie w tej podróży znajomości

Czy polecamy?

Oczywiście! Na tajskich wyspach każdy znajdzie coś dla siebie: dla aktywnych jest możliwość wspinaczki, nurkowania albo snorkowania, dla mniej aktywnych są przepiękne plaże i miejsca, gdzie można dobrze zjeść i wypić. Są wyspy imprezowe i te spokojniejsze. Dla rodzin z dziećmi, dla rodzin bez dzieci, dla nie-rodzin. My na pewno tam wrócimy, jeśli jeszcze kiedyś zawitamy w tamte strony.

Thanaka- sztuka birmańskiego makijażu

Jedną z pierwszych zmian po przekroczeniu granicy z Birmą były pomalowane twarze kobiet i dzieci, czasem też mężczyzn. Prawie wszystkie miały białawo-żółte wzory na policzkach, czasem na czole, nosie, a nawet szyi i rękach, co nadawało im egzotyczny dla nas, bardzo oryginalny wygląd. Thanaka, bo tak nazywa się tradycyjny birmański makijaż, nie jest, jak mi się z początku wydawało, oznaką religijności, a po prostu tamtejszym sposobem malowania twarzy. Ma zadanie, tak jak zwykły makijaż, poprawiać wygląd, ale pełni też praktyczne funkcje- chroni przed silnym słońcem i wiatrem, nawilża skórę, a także hamuje wydzielanie sebum, chroniąc twarz przed trądzikiem.

Jak nakładać thanakę?

Obecnie thanakę można kupić w wielu wersjach pasty lub kremu do bezpośredniego nałożenia lub proszku, który rozrabia się z wodą. Jednak tradycyjny sposób przygotowywania thanaki polega na rozcieraniu kawałka specjalnego drewna na kamiennej podstawce z odrobiną wody. Całość zajmuje trochę czasu, ale daje gwarancję, że użyło się tylko naturalnych składników i tradycyjny birmański makijaż jest istotnie tradycyjny.

Wszystkie potrzebne składniki do przygotowania makijażu z thanaki- kawałek drewna, kamienna podstawka, woda i lusterko

Ja spróbowałam thanaki w jednym z naszych hosteli, po długich namowach Kruka- jakoś nie przypadł mi ten rodzaj malowania twarzy do gustu, a i po nałożeniu makijażu z thanaki nie za bardzo się z nią polubiłyśmy- przy wszystkich ruchach mimicznych cały czas czuć, że ma się na twarzy tę zaschniętą warstwę (a nałożyłam ją tylko na policzki).

Zadowolona z siebie Polka udająca Birmankę

Po jednym dniu takiego makijażu nie mogę się wypowiadać odnośnie jego zdrowotnych właściwości, chociaż nie jest trudno mi uwierzyć, że chroni przed szkodliwym działaniem słońca czy wiatru. Co więcej, odkąd dowiedziałam się o roli, jaką pełni thanaka, zaczęłam uważniej analizować cerę spotykanych przeze mnie kobiet i faktycznie prawie nie widziałam tam dziewczyn z jakimiś problemami z cerą. A tamtejszy klimat i dostęp do czystej wody zdecydowanie nie jest po ich stronie, toteż jestem w stanie uwierzyć równiez w te właściwości thanaki. A co do poczucia, które miałam, że cały czas mam coś przyklejone do policzków, jak ze wszystkim, zgaduję, że to kwestia przyzwyczajenia i gdybym urodziła się w Birmie, nie czułabym się dobrze bez nałożenia thanaki na twarz.

Birmanki nie kłopoczą się kwestią makijażu w miejscu pracy- ten z thanaki jest wszędzie mile widziany

Codzienne dzieło sztuki

Tak samo, jak zwyczajny makijaż, z thanaką sporo zależy od umiejętności i dbałości autorki. Część kobiet miała pomalowane dość niedbale całe twarze i szyje, z wyraźnymi pociągnięciami pędzla lub palców. Inne malowały zgrabne kółka lub inne geometryczne kształty, na policzkach, rzadziej na nosie i czole. Prawdziwym majstersztykiem były natomiast moim zdaniem namalowane liście, których w Birmie widziałam zaledwie parę. To wyglądało naprawdę interesująco.

Mój ulubiony motyw liścia z thanaki. Nie mogłam się oprzeć i tym razem to ja poprosiłam o wspólne zdjęcie

Maluje się też twarze dzieci- by chronić ich buzie przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych. To ciekawa, a dodatkowo zdrowsza alternatywa dla drogich w tej części świata kremów z filtrami UV.

Mała buzia pokryta thanaką

Jaka przyszłość czeka thanakę?

Ten bardzo oryginalny i typowo birmański makijaż ma wyjątkowo długą historię- podobno kobiety malują się thanaką od dwóch tysięcy lat. Jest to w Birmie dalej bardzo popularny sposób makijażu, pomimo szybkiego napływu nowinek z zagranicznego świata. Podobnie jak w wielu innych kwestiach, bardzo mnie ciekawi, czy dzieci, które spotkaliśmy z pomalowanymi twarzami, będą w przyszłości same malowały się thanaką, czy ta tradycja przetrwa, pomimo otwarcia granic i szybkiego zalewu zachodnią kulturą.

Sarong i makijaż z thanaki i koszulka z motywem popkultury. Tak właśnie będzie kojarzyć mi się Birma

Slumsy i góra złota

W Birmie jest właściwie jeden typ atrakcji turystycznej- buddyjska świątynia. Jak się turysta mocno uprze, to znajdzie jakieś inne, ale bez wątpienia to świątynie dominują na listach rzeczy do zobaczenia w każdym z birmańskich miast. To jednak, czego na listach nie ma (i nic zresztą dziwnego), a co bez wątpienia w Birmie jest do zobaczenia, to codzienność Birmańczyków. I choć w naszej ocenie świątynie wypadały ciekawie, to zwykłe birmańskie życie dalece bardziej zapadało w pamięć.

W cieniu świątyni Shwedagon

W Yangun, do niedawna stolicy Birmy, jest jedna z największych atrakcji tego kraju- buddyjska świątynia Shwedagon. Z daleka widać wielki, złoty stożek- stupę (najprostszy typ buddyjskiej budowli sakralnej). Jest częściowo ze złota, częściowo złotem pokryta. Można tu też znaleźć relikiwie Buddy, miejsca do modlenia się w zależności od dnia tygodnia, w którym się urodziło, miejsca na donację- wszystko pełne przepychu i majestatu. Nie powinno to wzbudzać jakiegoś wielkiego zdziwienia- to częste atrybuty świątyń. W Yangun jednak nas to uderzyło, bo spora część miasta to prawdziwe slumsy- złota świątynia góruje nad nędzą i ubóstwem, jakich wcześniej w życiu nie widzieliśmy.

Stupa świątyni Shwedagon
Przepych wewnątrz świątyni
Jeszcze więcej złotych posągów Buddy

Z dala od świątyni

W Yangun mieliśmy hostel półtora kilometra od ścisłego centrum miasta, w niemalże samym środku slumsów. Powietrze było parne, a zapach spalin mieszał się ze słodkawym zapachem gałki muszkatołowej. Przy głównej asfaltowej drodze stały mocno zniszczone, ale ceglane budynki. Przy mniejszych zamiast tego drewniane szałasy, z bambusowymi strzechami albo domy zrobione z kilku kawałków balchy. Bez okien, czasem bez drzwi. Drzwi, nawet jeżeli były, często były otwarte i można było zajrzeć do pustawych izb. Zerknęliśmy do jednej z nich- na podłodze leżał dywan, na którym bawiło się dziecko, a dwójka dorosłych na nim siedziała, oglądając telewizję z małego odbiornika. Poza telewiozorem i dywanem nie dostrzegliśmy tam żadnych sprzętów. Wszędzie dookoła domostw leżały sterty śmieci- a może były to jeszcze używane rzeczy? Na palach suszyło się pranie, a przy drodze chodziły kury i bezdomne psy. Dzieci w obdartych ubraniach pokrytych startymi już motywami popkultury i poważnym brudem biegały bez opieki po, bądź co bądź, uczęszczanych przez pojazdy drogach- jeśli miały szczęście. Jeśli go nie miały, pomagały w pracy rodzicom, albo żebrały. O ile można mówić o szczęściu w takiej sytuacji. A to wszystko kilka kilometrów od, niemalże w cieniu wielkiej, majestatycznej świątyni Shwedagon.

W innych miastach

Niestety, podobny widok był w Birmie był prawie tak typowy, jak widok buddyjskiej świątyni. Widzieliśmy w Birmie ludzi, którzy myli się i pili wodę bezpośrednio z rzeki, o której czytaliśmy, żeby się w niej nie kąpać, bo nie jest dostatecznie czysta. Widzieliśmy przy drogach za miastem stragany ze słodkimi napojami i przekąskami, które to stragany prawdopodobnie służyły ich właścicielom za domy- świadczyły o tym prowizoryczne łóżka, rozwieszone na uboczu pranie i bawiące się w pobliżu dzieci. Część z nich miała skutery i na noc pewnie wracała do domów, ale obawiamy się, że nie wszyscy mieli do czego wracać. Na drogach w mieście bawiły się dzieci, przeganiane przez kierowców pojazdów dźwiękiem klaksonu. Jedno z dzieci ciągnęło swoje młodsze rodzeństwo w jakimś rodzaju zdezelowanego chodzika- na środku drogi w środku miasta. Innym za zabawki służyły stare opony wyciągnięte wprost z wysypiska śmieci, które znajdowało się zaraz obok ich domostw. Dzieciaki nie mają tam podwórek ani parków z placami zabaw. Bawią się dosłownie na ulicy. Wyglądało to tak, jakby całe życie mieszkańców Birmy toczyło się na ulicy. Pośród brudu, kurzu i spalin, z wszechobecnym dźwiękiem klaksonów i hałasem ruchu ulicznego. Bez dostępu do czystej wody. To zdecydowanie nie było ani dobre miejsce do zabawy dla dzieci, ani dobre miejsce do życia.

Ulice Yangun, do niedawna stolicy Birmy
Nie jesteśmy pewni czy to, co widzimy, to domostwa, zakłady pracy czy oba na raz
Bez wątpienia te widoki napawają smutkiem
Lokalna kawiarnia

Codzienność Birmańczyków

Doświadczenie codzienności Birmańczyków nie należało do doświadczeń łatwych i przyjemnych. Raczej napawało smutkiem i stawiało przed pytaniem, co można z tym zrobić. Przypomniało nam też, jak wielkie mamy szczęście, mając dom, do którego chcemy wracać, zapłatę za pracę i dobre warunki, żeby wychowywać dzieci.

Jaskinie, nietoperze i świątynie. Relacja z Hpa-An, pierwszego miasta Birmy

Hpa-An było pierwszym birmańskim miastem, w którym spędziliśmy trochę czasu. Zwiedzaliśmy w nim głównie świątynie- jednak pomimo że trochę już świątyń podczas tej podróży widzieliśmy, te absolutnie nie przypominały poprzednich. O tym, co je wyróżniało, napisałam poniżej.

Jaskinie, świątynie i nietoperze

W Hpa-An doskonale można poczuć, że buddyzm jest religią kultywującą naturę. Wiele z tamtejszych buddyjskich świątyń jest urządzonych w miejscach wyjątkowo ciekawych- w jaskiniach, na szczytach gór lub na nietypowym kamieniu. Czasem to tylko kilka pomników Buddy, podświetlonych w dość kiczowaty sposób i parę miejsc na datki- reszta to natura. To sprawia, że każda świątynia jest wyjątkowa i aż chce się je oglądać. Dodatkowo, dalekie są od spełniania jakichkolwiek norm bezpieczeństwa; to podnosi ryzyko, ale też przyjemność zwiedzania- próżno szukać tam barierek, ogrodzeń, ochroniarzy- jaskinie oprócz posągów Buddy i czasem ścieżek, są absolutnie nienaruszone, bywają ogromne- z ogromną ilością stalagimtów, nacieków i wielu innych form rzeźb krasowych. Chodzi się w nich na boso, co samo w sobie jest bardzo ciekawym doświadczeniem. Poza tym słychać pisk nietoperzy i trzeba uważać na kapiącą wodę. W jednej z jaskiń można było nawet pływać łodzią- pod niskim stropem jaskini było spore jezioro, po którym za niewielką opłatą lokalni mężczyźni obwozili łodziami.
Pomimo, że jaskinie te pełniły funkcje sakralne, to nie było tam tłoczno- ani modlących się, ani turystów nie było przesadnie dużo. To sprawiało, że jaskinie te wydawały się zaskakująco puste, dostojne, czasem monumentalne i bardzo zachwycające.

Wnętrze jednej ze świątyń w Hpa-An
Niektóre z jaskiń-świątyń były bardziej zagospodarowane przez człowieka, inne bardziej dziewicze
Staś część z nich zwiedzał na własnych stopach (bosych, jak to w buddyzmie)
Ogromne formy krasowe wewnątrz jaskini
Jeszcze jedno zdjęcie niesamowitych form krasowych jednej z jaskiń w Hpa-An
I mniejsze, za to przypominające kształtem wielkie, wiszące kwiaty

Jedna z jaskiń, Bat Cave (Jaskinia Nietoperzów), która zresztą również pełni funcje sakralne, jest znana z niesamowitego zjawiska- każdego popołudnia, gdy tylko się ściemni, wylatuje z niej ogromne stado nietoperzy na wieczorne łowy. Stado jest tak duże, że wylatującym wielką chmarą ssakom zajmuje to około dwadzieścia minut, zanim wszystkie opuszczą jaskinię. Rzecz to tyleż niezwykła, co monotonna, więc nam po kilku minutach tego przestawienia trochę się zaczynało dłużyć, cóż dopiero mówić o Stasiu, chociaż wyglądało to dość spektakularnie. Na pewno warto podjechać do Bat Cave w godzinie zmierzchu i wziąć udział chociaż w części niesamowitego nietoperzego przedstawienia.

To najlepsze zdjęcie, jakie udało nam się zrobić po zmierzchu i w ruchu- stado nietoperzy wylatujących ze świątynnej jaskini na nocne łowy

Inna ze znanych świątyń jest usytuowana na szczycie kamienia o bardzo nietypowym kształcie. Co prawda świątynia, jak wiele innych świątyń (po obejrzeniu ich w sporej ilości, buddyjskie świątynie przestały robić na nas wrażenie, chyba że coś je bardzo wyróżnia), ale sam kamień był wart zobaczenia- w kształcie wielkiej maczety, wąski na dole i szeroki u góry ze świątynką na szczycie. Niektórym nie przyszłoby do głowy, by się na niego wspinać, a ktoś inny postanowił zbudować tam budynek.

Wspaniałe dzieło natury wykorzystane, ale nie zniszczone przez człowieka

Hpa-An w pigułce

Słowem- buddyjskie świątynie w Hpa-An są świetnym pretekstem do oglądania prawie zupełnie nienaruszonych przez człowieka jaskiń i innych cudów natury w okolicy. Nawet jeśli buddyjskie świątynie są zazwyczaj podobne do siebie, to te w Hpa-An zdecydowanie warto zobaczyć właśnie ze względu na ich ciekawe usytuowanie. Jeśli jedzie się drogą lądową z Tajlandii do Birmy, postój w Hpa-An jest prawie konieczny- ze względu na długie i bardzo męczące przejazdy birmańskimi drogami. Jest to jednak miasteczko ciekawe i jest tam co oglądać, odpoczywając przed kolejną długą przeprawą.

Kobiety z plemienia Karen

Plemię Karen to jedna z najstarszych społeczności Azji Południowo-Wschodniej. Chociaż zamieszkują też Tajlandię, ludzie z plemienia Karen w rzeczywistości są uchodźcami z Birmy, którzy w Tajlandii mogą przebywać, ale nie mają prawa opuszczać swoich wiosek. Kobiety z tego plemienia noszą na szyjach grube i ciężkie obręcze, które mają sprawiać, że ich szyje będą długie- stąd nazywa się je Długimi Szyjami (Long Neck) i z tego są znane na całym świecie.

Czy to już ludzkie zoo?

Trudno nie odnieść wrażenia, że coś jest nie tak z tą atrakcją. Przyjeżdża się do wioski, przed którą trzeba zapłacić za wstęp, a główną atrakcją są ludzie- kobiety z plemienia Karen. Mówi się nawet o „ludzkim zoo”- i faktycznie, z początku tak się właśnie czuliśmy. To jednak, czego nie wiedzieliśmy na wstępie to to, że ci birmańscy uchodźcy nie mają praw jak Tajowie- nie kończą szkół, nie mogą znaleźć pracy poza wioską, toteż ich niemalże jedynym źródłem utrzymania jest ich rękodzieło i to, że ktoś chce ich odwiedzać ze względu na ich dziwaczną tradycję.
Wioska to kilkanaście kramików z pamiątkami i rękodziełem. Za kramikami schowana jest mieszkalna część wioski- są to ubogie, drewniane domki ze słomianymi dachami. Wyglądają bardzo podobnie do tych, które widzieliśmy w dżungli w Laosie. I tutaj też wdarły się znamiona cywilizacji- na ziemi leżą porozrzucace plastikowe zabawki, a zza domów spoziera wielka antena satelitarna.
Kobiety z plemienia Karen tradycyjnie trudniły się tkactwem, więc i teraz część z nich siedzi przy krosnach, pochylonych nad pracą. Inne po prostu sprzedają pamiątki; nieliczne umieją mówić po angielsku i chętnie odpowiadają na pytania turystów. My na szczęście wybraliśmy się tam z naszym autostopowym kierowcą, który w razie potrzeby służył nam za tłumacza, toteż nie straszna nam była bariera językowa.

Kobieta z plemienia Karen przy krosnach

Być kobietą Karen

Obręcz jest bardzo ciężka- na samym początku zwiedzania wioski leży jeden pokazowy naszyjnik, który można zważyć w ręku i dotknąć. Pierwszą obręcz zakłada się, gdy dziewczynka ma kilka lat i potem stopniowo dokłada się kolejne, więc do finalnego ciężaru dochodzi się stopniowo.

Za krótka szyja na takie naszyjniki

Pytam pierwszą z kobiet, jak się z tym czuje. Uśmiecha się lekko i mówi, że można się przyzwyczaić. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to wyuczona kwestia, ale bądź co bądź kobieta rozmawia ze mną po angielsku, co jest tutaj rzadkością, więc to zapewne jest wyuczona kwestia. Zauważam, że pomiędzy obręczą a szyją ma włożoną chustkę. Pewnie, żeby było wygodniej.

Spotykamy mamę z dziećmi. Okazuje się, że najmłodsza córka ma dwa latka i ma już założoną pierwszą obręcz. Dziewczynka pociera ją i widać, że nie jest z tego powodu szczęśliwa. „Na początku to nie jest przyjemne, mała dopiero co ma ją założoną”, tłumaczy nam nasz autostopowy kierowca słowa matki, „później się przyzwyczajasz”.

Na końcu wioski, przy kolejnym kramiku, siedzi kobieta z wyraźnym brzuszkiem. Jako młodą mamę, bardzo mnie ten widok cieszy, podchodzę więc i zagaduję. Na początek, czy jest w ciąży, potem, czy wie już, czy chłopiec czy dziewczynka. Mówi, że nie wie. Podejrzewam, że mogła nie zrozumieć pytania, więc proszę naszego kierowcę, by zapytał ją w moim imieniu. Kierowca mówi mi, że kobieta jest w siódmym miesiącu ciąży, ale nie miała żadnego badania USG, więc przy porodzie dowie się, jakiej płci jest dziecko. Dopytuję, czy to dlatego, że formalnie ludzie z plemienia Karen są uchodźcami w Tajlandii, ale ten spokojnie mówi, że nie. Opieka medyczna jest w Tajlandii bezpłatna, ale nie obejmuje badań USG w ciąży. „Przy porodzie mamy niespodziankę”, śmieje się i wiem, że wie, o czym mówi, bo sam jest świeżo upieczonym tatą. Opowiadam mu, jak jest w Polsce, ale nie wyjaśniam, że w badaniach USG w ciąży chodzi o coś znacznie więcej, niż o zwykłe sprawdzenie płci dziecka- bo trochę mi głupio za tę nierówność na świecie. Proszę tylko, by przekazał ciężarnej kobiecie ode mnie życzenia szczęścia i uśmiecham się do niej ciepło.

Jakoś tak naturalnie ciągnie mnie do młodych mam, więc zatrzymujemy się też przy mamie z kilkumiesięcznym maluchem. Okazuje się, że to dziewczynka. Pytamy mamę, czy mała będzie nosiła obręcze. Odpowiada, że tylko, jak będzie chciała. Jeśli jednak zakłada się je kilkuletnim dziewczynkom to brzmi to trochę jak pusty frazes. Dopytujemy, do jakiego czasu można bez szkody dla układu kostnego pozbyć się na stałe obręczy. Okazuje się, że do wieku dwunastu lat- czyli dziewczynki faktycznie mają wybór. Jednak nasz autostopowy kierowca dodaje od siebie, że raczej się na to nie zdecydują, bo to tradycja i bo koleżanki będą nosiły. Zgaduję, że może mieć rację- takie mechanizmy faktycznie potrafią bardzo długo działać.

Portret dwurodzinny
Ciekawe, czy za kilkanaście lat ta dziewczynka też będzie nosiła obręcze

Jak to będzie za kilka, kilkanaście lat?

Bardzo mnie ciekawi ta kwestia- nawet w lekko odciętej od świata wiosce plemienia Karen jest już telewizja satelitarna, pojawia się mnóstwo turystów z zewnątrz. Kobiety z tego plemienia doskonale wiedzą, że ich tradycja jest bardzo nietypowa. Z jednej strony, jest to sposób na utrzymanie, z drugiej- niewygodna ozdoba, której nie można się pozbyć do końca życia. Czy wygra siła tradycji w kontrze do nowoczesnego, modnego świata? Nie znam odpowiedzi na pytanie, jaki los czekają obręcze kobiet z plemienia Karen, ale bardzo jestem jej ciekawa.

Za birmańską granicą

Granice między państwami dawno już przestały być tylko umownymi liniami na mapie. Wystarczy jakąś przekroczyć, a zmienia się wszystko dookoła. Najpierw to subtelne zmiany- pierwszy dziwny ubiór, pierwsza inaczej wyglądająca twarz przechodnia, ale z każdym kolejnym krokiem jest się bardziej w nowym świecie, w którym te pierwsze subtelne zmiany stają się codziennością i tym, co typowe.

Po pierwsze- ludzie

Po przekroczeniu granicy Tajlandii i Birmy, twarze Tajów zastąpiły twarze Birmańczyków i szybko zauważyliśmy, że są znacząco różne- ciemniejsze, często o ostrzejszych rysach i mniej skośnych oczach, niż twarze sąsiadów ze wschodu. Skojarzyli nam się z Hindusami, tym bardziej, że i ubiór przypominał typowy strój hinduski- mężczyźni noszą w Birmie longyi (rodzaj sarongu), czyli długie chusty przepasane na biodrach. I nie jest to bynajmniej domena ludzi starszych; co prawda wśród młodzieży częściej zdarzają się spodnie, ale i tak przeważają sarongi. Za sarong niejednokrotnie wetknięty jest nowoczesny smartfon (ale to bardzo nowa moda- powszechne ich posiadanie to w Birmie kwestia ostatnich kilku lat).

Fryzjer w centrum Yangun, niedawnej stolicy Birmy i mężczyźni ubrani w sarongi

Kobiety właściwie nie odsłaniają ani kostek, ani ramion. Lokalna kobieta w sukience do kolan bardzo zwraca moją uwagę. Birmanki również noszą albo kolorowe sarongi, albo częściej proste w kroju, ale wzorzyste spódnice, a do tego bardzo dopasowane bluzki. Często też noszą rzeczy na głowie- wielkie kosze z owocami albo torby, zupełnie jak kobiety w Indiach.

Sprzedaż owoców w ten sposób to powszedni widok na ulicach Hpa-An

To, co je wyróżnia, to tradycyjny makijaż (thanaka) na twarzy jasnym barwnikiem- jedne malują tylko kółka na policzkach, inne pokrywają nim całą twarz i szyję. Przy mocnym słońcu ten tradycyjny makijaż topi się, sprawiając bardzo nieprzyjemne wrażenie.

Birmanka chciała mieć zdjęcie z nami, my chcieliśmy mieć zdjęcie z nią
Maluje się też twarze dzieci (niezależnie od płci), ale widzieliśmy też chłopaków nastolatków z tym makijażem

Betel- czwarta najpopularniejsza używka na świecie

Żuje się tutaj betel- jest to używka na bazie liści pieprzu żuwnego, który poza właściwościami orzeźwiającymi i pobudzającymi, ma również działanie lecznicze- zabija pasożyty i odkaża przewód pokarmowy. Betel żują głównie mężczyźni, ale zdarza się też kobietom- łatwo rozpoznać, bo ciężko im się rozmawia z kulką betelu w ustach, a dodatkowo ich zęby pokrywają się czarno- czerwonym osadem.

Stoisko do przyrządania i sprzedaży betelu. Mnie nie zachęciło, ale Kruka trochę kusi, żeby spróbować. Zobaczycie, jeśli się zdecyduje

Kuchnia birmańska

Typowym daniem w birmańskiej knajpce jest gotowany ryż podawany w wielkiej misie dla wszystkich biesiadników. Do tego przystawki na ciepło i na zimno, świeże warzywa i zioła. I mięso w gęstym sosie- kurczak, wieprzowina albo ryba. W restauracjach płaci się za porcję mięsa (i to około pięć złotych), a ryż i dodatki są podawane do oporu, także niesposób wyjść głodnym. Kuchnia birmańska nie jest na szczęście tak pikantna, jak kuchnia hinduska. Nie staliśmy się jednak jej specjalnymi fanami; kuchnia Tajlandii wydała nam się bardziej orientalna i dużo smaczniejsza.

Najbardziej popularny sposób jedzenia w Birmie- do syta

Widoki za oknem

Kolejnym naszym skojarzeniem z Indiami był wygląd birmańskiego miasteczka- stare, mocno zaniedbane budyneczki wzdłuż wąskich i zaśmieconych ulic, z nowoczesnymi szyldami i lodówkami pełnymi zagranicznych gazowanych napojów. To piętno trwającej latami wojskowej dyktatury i izolacji, które niedawno zostały przerwane. Na ulicach mieszają się drewniane chałupy z trzcinowymi dachami, bardzo zniszczone kolonialne domki i postkolonialne niskie bloki, niestety też bardzo zniszczone.
Nad drzwiami do klatki schodowej wiszą różne przedmioty na sznurkach, których końce przymocowane są do kolejnych balkonów- i dzwonków. To  bardzo prosta, tutejsza wersja domofonu.
Nad ulicami wiszą sterty poplątanych kabli, z chodników wystają prawie nowe rury doprowadzające- podejrzewam, że od niedawna- bieżącą wodę do domostw.

Zwyczajny, birmański widok z okna. W lepszej części miasta
Zanim pociągniesz za sznurek, upewnij się, do którego balkonu prowadzi jego koniec
Kreatywne doprowadzenie bieżącej wody

Birma na pierwszy rzut oka

Birma nie jest krajem, który urzeka od pierwszego wejrzenia- w oczy rzuca się brud i zacofanie, kuriozalnie połączone z nowinkami z zachodu. Jednak jest w Birmie coś, co urzeka- i to chyba jest jej autentyczność. Nie ma tu zbyt wiele rzeczy przygotowanych dla turystów, za to wszystko jest prawdziwe. Nawet jeżeli brudne i nawet jeżeli trochę kuriozalne. Birma jest krajem, w którym można jeszcze poczuć azjatyckiego ducha i cieszyć się jego prawdziwością. To łączy się niestety z wielogodzinnymi przeprawami przez wyboiste drogi poza miastami, a w miastach z korkami, brudem i kurzem. Ale jeśli Birma będzie dalej tak dynamicznie starała się załatać cywilizacyjne braki, to teraz jest ostatnia okazja, żeby azjatyckiego ducha w Birmie poczuć. Na szczęście i na nieszczęście.