Wąwóz Skaczącego Tygrysa

Wąwóz Skaczącego Tygrysa to drugi największy kanion na świecie (po Wielkim Kanionie Kolorado), znajdujący się w prowincji Yunnan, w północno-zachodnich Chinach. W najgłębszym miejscu przewyższenie wynosi niemal 3800 metrów, a w dole majestatycznie wije się rzeka Jangcy. Dla nas Wąwóz Skaczącego Tygrysa był miejscem pierwszego trekkingu. I to nie tylko w tej podróży, ale właściwie był naszym pierwszym poważnym trekkingiem w ogóle.

Poziom trudności: średni. Pod jednym warunkiem

Wzdłuż wąwozu biegną dwie ścieżki: dolna i górna. Dolna jest przeznaczona do ruchu samochodowego i by oglądać z niej Wąwóz Skaczącego Tygrysa trzeba albo mieć samochód albo zapłacić za autobusową wycieczkę; górna ścieżka jest natomiast pozostałością po niegdysiejszych trasach lokalnych ludzi, którzy przemieszczali się w ten sposób pomiędzy wioskami ukrytymi wysoko w górach. Teraz są to zazwyczaj dobrze oznakowane, dość szerokie ścieżki górskie, po których generalnie idzie się dość przyjemnie, choć nie jest to pozbawione wysiłku. Jednak co ważne: kluczową rolę odgrywa pogoda. A że rejon jest wysokogórski, tę przewidzieć niełatwo. Niektóre fragmenty trekkingu to wąska ścieżka, bez barierek, niczym nieodgrodzona od głębokiej przepaści. Do tego na ścieżce mogą pojawić się kozy albo mały wodospad, który trzeba przejść. Rzecz jasna, w deszczu takie utrudnienia urastają do rangi dużego problemu i my mieliśmy dusze na ramieniu, kiedy przez takie fragmenty przechodziliśmy. Cała trasa przeciętnemu piechurowi powinna zajmować dziewięć godzin i rekomenduje się, by robić ją w dwa dni, choć podobno dobrze zdeterminowanemu i przygotowanemu wędrowcowi wystarczy jeden dzień. My jednak zdecydowaliśmy się rozbić tę podróż na trzy dni, raz dlatego, że nie jesteśmy „przeciętnym piechurem”, przez wzgląd na nasze nikłe doświadczenie i dziecko w chuście, a dwa dlatego, że zaczęliśmy pierwszego dnia trekking wczesnym popołudniem. Na szczęście po drodze, w wioskach jest miejsce, by zostać na noc lub zrobić przerwę na obiad czy prysznic.

Etap pierwszy- pod górę i w dół

Nasz trekking zaczęliśmy w Qiatou, gdzie dowiózł nas autobus. Początkowo mieliśmy do przejścia asfaltową drogę (dolna i górna ścieżka w tym miejscu się łączą), po której jeździły wypluwające z siebie tonę spalin ciężarówki. Zajęło nam to więcej czasu, niż chcieliśmy, w dodatku przyjemność z marszu była umiarkowana, a my nawet dobrze nie zaczęliśmy wspinaczki. Gdy już udało nam się odnaleźć rozwidlenie i rozpoczęliśmy właściwą wędrówkę górną ścieżką, byliśmy już zmęczeni i sfrustrowani. Stasiowi również wędrówka nie przypadła do gustu i co chwilę zgłaszał swoje niezadowolenie, że jest noszony w chuście, co tylko pogarszało wszystkim humory. Trasa pierwszego dnia była bardzo męcząca- wspinaliśmy się po stromych zboczach w górę, by za połową trasy odkryć, że teraz musimy schodzić po stromych zboczach w dół- co wcale nie było mniej męczące, a bardziej od tego bolały kolana. Ostatecznie, przeszliśmy pierwszy etap w cztery godziny, zamiast dwóch i byliśmy ogromnie umęczeni. Na szczęście nocleg w pierwszej z wiosek- w Naxi Family Guesthouse zapewnił nam wszystko, czego po długim i męczącym marszu potrzebowaliśmy- dobre jedzenie i miejsce do odpoczynku z niesamowitymi widokami. Co więcej, z racji tego, że mało kto robi przerwę na nocleg już w pierwszej wiosce (oprócz nas było tylko kilka par wędrowców), w Naxi Family Guesthouse było przytulnie i niemal rodzinnie.

Tak wyglądał sam początek trasy. O ile przed chwilą nie przejechała ciężarówka i droga nie tonęła w spalinach
Po drodze spotkaliśmy dziko rosnącą marihuanę. Co sprytniejsi tubylcy zwietrzyli w tym interes i przy trasie były stragany, na których można było kupić gotowe skręty. Po minie Kruka widać, że też rozważał taki biznes
Później zrobiło się trochę ciężej, ale za to dużo bardziej malowniczo
Wieczorem po długim marszu zwykła herbata ogromnie nas cieszyła

Etap drugi- dwadzieścia osiem zakrętów. Podobno.

Następnego dnia wyruszyliśmy z rana, by zmierzyć się z najtrudniejszym etapem wędrówki- dwudziestoma ośmioma zakrętami. W rzeczywistości było ich znacznie więcej, a cała trasa pięła się ostro w górę i po przejściu jej zdecydowanie uznaliśmy ten etap za najtrudniejszy. Jednak zaprawieni pierwszym dniem wędrówki i w trochę lepszych humorach, zaczęliśmy bardziej doceniać miejsce, które przemierzaliśmy. Widoki z górnej ścieżki były niesamowite: w dole majestatycznie wiła się ogromna rzeka Jangcy, w górze, za mgłą chowały się strzeliste szczyty gór. Pomiędzy rzeką a szczytami, zielone połacie, na które składała się różnorodna górska flora. Widzieliśmy też na naszej trasie dwa wygrzewające się na słońcu węże i sporo kozic. Niestety, Chiński rząd nie dba przesadnie o dziewiczą i piękną naturę Wąwozu Skaczącego Tygrysa i planuje w okolicy przeprawę pociągową łączącą Tybet z pozostałą częścią kraju. To sprawia, że czasem poza pięknymi widokami, ogląda się budowy ogromnych tuneli, a czasem (nawet z samego rana lub późnym wieczorem) słychać wybuchy dynamitu daleko w górach.

Malowniczy Wąwóz Skaczącego Tygrysa i mniej malownicza budowa tuneli przezeń
Na jednym z wielu zakrętów
Maszerujemy z naprawdę pięknymi widokami w tle

Etap trzeci- po płaskim

Bardzo dobrze się złożyło, że rozbiliśmy ten trekking na trzy, a nie na dwa dni, bo szybko odkryliśmy, że dwa pierwsze etapy z czterech są dużo trudniejsze od pozostałych dwóch, toteż dwudniowy trekking byłby bardzo nierównomierny, jeśli chodzi o wysiłek. Etap trzeci był bardzo przyjemnym marszem, głównie po płaskim terenie. Nawet, gdy złapał nas deszcz, nie był dużą przeszkodą, bo ścieżki były wystarczająco szerokie, by czuć się na nich pewnie nawet przy nie najlepszej pogodzie. W dobrych humorach (nawet Staś pogodził się odrobinę z noszeniem w chuście), pomimo deszczu podziwialiśmy górskie widoki i cieszyliśmy się naszym marszem. Etap trzeci zakończyliśmy w Half Way Guesthouse, jednym z popularniejszych miejsc do przerwy, toteż było tam odrobinę tłoczniej i mniej przytulnie, niż byśmy tego chcieli.

Sen nad przepaścią
W dole widok na rzekę Jangcy

Etap czwarty- jak nie stracić zdrowia i życia

Pozornie nie bardzo trudny, czwarty etap powitał nas rzęsistym deszczem, przy którym nawet płaskie ścieżki okazywały się problematyczne do przejścia. W rzeczywistości, w tym etapie głównie szliśmy w dół i po płaskim, ale to właśnie tam przemierzaliśmy wąskie ścieżki z widokami na bardzo strome i głębokie przepaści. Widoki tyleż zapierające dech w piersiach, co napawające strachem. Nie raz któreś z nas poślizgnęło się na błotnistej ścieżce i zaczęliśmy się zastanawiać, czy ten trekking był na pewno słuszną decyzją. Nie było za bardzo możliwości, żeby się cofnąć, więc jedyne, co nam pozostawało, to iść dalej wąskimi ścieżkami. Ewentualnie przeciskać się koło stada kóz lub przeskakiwać przez mały wodospad spływający w poprzek wąskiej i tak już śliskiej od deszczu ścieżki. Z duszą na ramieniu. Gdy już niebezpieczeństwo minęło, a my cali i zdrowi dotarliśmy do Tina’s Guesthouse, skąd odjeżdżał powrotny autobus do miasta, zgodnie stwierdziliśmy, że to było niesamowite doświadczenie. Choć, nie ukrywam, że było to też odrobinę nierozważne z naszej strony.

Staś był dobrze przygotowany na deszcz
Na wąskiej górskiej ścieżce i w deszczu- kozice
Potem wodospad. To, co na zdjęciu wygląda przyjemnie, a czasem malowniczo, na górskim szlaku w deszczu jest nie lada wyzwaniem
Po przejściu wielu kilometrów i wielkim wysiłku, ostatni rzut oka na Wąwóz przed zejściem na dół

Czy polecamy?

Zdecydowanie polecamy trekking w Wąwozie Skaczącego Tygrysa, zwłaszcza zaprawionym górskim wędrowcom. Pod warunkiem ładnej pogody mogę polecić go nawet rodzinom z dziećmi w chustach i nawet na pierwszy trekking, choć to może wydawać się odrobinę nierozsądne. Jednakowoż, widoki z górnej ścieżki są warte tego wysiłku, jaki trzeba włożyć, by ową ścieżkę przejść, a trekking cieszy, nawet jeśli jest się amatorem i o górskich wędrówkach nie ma się wielkiego pojęcia. Natomiast na pewno warto uważnie śledzić pogodę i nie porywać się na tę wędrówkę w porze deszczowej, bo może to być niebezpieczne lub niemożliwe do zrobienia.

Deszcz i słońce w raju

Ostatnie dwa tygodnie naszej podróży spędziliśmy odpoczywając na tajskich wyspach. Każda z nich (a odwiedziliśmy zaledwie mały ułamek tego, co południowa Tajlandia oferuje)- była zupełnie inna od pozostałych, ze swoim własnym klimatem i odrębnymi atrakcjami. Pogodę na wyspach mieliśmy przewrotną (choć byliśmy tam miesiąc po zakończeniu pory deszczowej), co mogło mieć znaczenie przy odbiorze poszczególnych miejsc, wszak dużo przyjemniej odpoczywa się na rajskich plażach przy pięknym słońcu, a nie podczas burz; jednakowoż o tym, gdzie według nas na wyspach warto zatrzymać się dłużej, gdzie są najpiękniejsze plaże, gdzie najwięcej turystów, gdzie można zobaczyć ponad metrowe jaszczury, gdzie jest ukryta plaża, a gdzie według nas lepiej nie jechać (a w każdym razie nie z dzieckiem)- to wszystko poniżej. 

Krabi i plaża Rayley

Naszą przygodę zaczęliśmy w Krabi, jeszcze na stałym lądzie, dokąd przyjechaliśmy nocnym pociągiem z Bangkoku. Na miejscu zastała nas raczej polska wakacyjna pogoda z przekropnymi deszczami i niespecjalnie urodziwa plaża z nieprzyjemnym gruntem do pływania. Jednak po dwóch i pół miesiącach tułaczki, daleko nam było do narzekania, zwłaszcza że plaża, chociaż nie najpiękniejsza, była przy przekropnej pogodzie dość pusta. Ceny w Krabi były dość przystępne (chociaż przyjeżdżając na południe Tajlandii trzeba się liczyć z wyższymi, niż na północy cenami), a wybór wszystkiego duży- od hosteli, przez restauracje aż po produkty w marketach.
Ja byłabym skłonna zadowolić się wypoczynkiem w stylu Krabi, jednak Krukowi marzyły się bardziej rajskie plaże, toteż podczas pobytu w Krabi, zdecydowaliśmy się na wycieczkę motorówką (tak zwanym speedboat’em) do pięknej plaży Rayley. Podróż nie trwała długo (aczkolwiek nie należała do tanich), jednak z jakiegoś powodu, na plaży Rayley wszystko było inne: piasek aksamitny, plaża szeroka, dno morskie odpowiednie do kąpieli- nawet pogoda nam dopisała i przez cały dzień słońce świeciło tak mocno, że przez większość czasu plażowaliśmy w cieniu. Jednak nie ma miejsc idealnych: ceny też były tam wyższe, a wybór wszystkiego dużo mniejszy. Warto to mieć na uwadze, gdyby ktoś planował ominąć w swojej podróży Krabi i skupić się na Rayley. Jednakowoż blisko plaż Rayley jest też jaskinia do zwiedzenia, mała buddyjska świątynia w skale poświęcona tematowi płodności z mnóstwem rzeźb penisów w środku, a cała okolica jest podobno rajem do wspinaczki, toteż Rayley odwiedzić zdecydowanie polecamy.

Takie plaże i takie nastroje mieliśmy w Krabi 
A tak było na plaży Rayley, zaledwie kilkanaście minut motorówką z Krabi
Jaskinia niedaleko plaży Rayley- ciekawa odskocznia od plażowania
Co najmniej nietypowa świątynia płodności. Również ciekawa odskocznia od plażowania, nieprawdaż?

Ulewne deszcze i wielkie rozczarowanie

Niegdyś uznana za jedną z najpiękniejszych wysp na świecie, Koh Phi Phi, ostatnio dorobiła się też tytułu jednej z najbardziej zatłoczonych. Przyznaję, że my mieliśmy pecha i cały nasz pobyt na Koh Phi Phi pogoda oscylowała między kiepską a fatalną, ale choć jestem zupełnie w stanie zrozumieć, czemu dorobiła się drugiego tytułu, pierwszy wydał mi się absolutnie bezpodstawny. Koh Phi Phi jest teraz pokryta niekończącymi się pasażami restauracji, barów, straganów i studiów tatuażu, a same plaże wcale nie są spektakularne. Podobno są jakieś ładniejsze, do których (jak w przypadku Krabi i Rayley) można podpłynąć motorówką, ale my ze względów pogodowych się na nie nie zdecydowaliśmy. Na Koh Phi Phi ceny były relatywnie wysokie (nawet jak na wyspy), a jeśli chodzi o wybór, nie brakowało tam knajpek i restauracji, ale ciężko było znaleźć zwyczajny sklep.
Koh Phi Phi mogła nie przypaść nam do gustu jeszcze z jednego względu- oprócz tytułów najpiękniejszej i najbardziej zatłoczonej, słynie też z imprez do białego rana nad brzegiem morza- tego aspektu wyspy nie sprawdziliśmy. Widzieliśmy za to mnóstwo stoisk, gdzie można było kupić całe wiaderka drinków do samodzielnego sporządzenia i wyglądały one całkiem apetycznie. My jednak zadowoliliśmy się jednym wieczorem w barze przy plaży, gdzie Tata Kruk zamówił sobie piwo, Mamie Kruk kawę, a Synkowi Kruk herbatę. Największą imprezę miały wtedy komary, bo zapomnieliśmy się popsikać repelentami i pogryzły nas straszliwie.
Toteż Koh Phi Phi odradzamy- w każdym razie rodzinom z dziećmi, może imprezy tam są naprawdę warte przeżycia. Jeśli nie, ta wyspa zdecydowanie nie powinna znajdować się na liście wysp koniecznych do zobaczenia wśród tajskich wysp.

Nie ukrywam, że pogoda miała istotne znaczenie przy ocenie Koh Phi Phi
Ale staraliśmy się zachowywać dobrą minę do złej gry
A to są rzeczone wiaderka z gotowymi do przyrządzenia drinkami w dużej ilości

Co robić i gdzie być, gdy pada deszcz?

Spędziliśmy tam dużo przyjemnego czasu- Koh Lanta jest dużą i niezbyt popularną wyspą. Widoki nie zapierały tchu w piersiach, nie było tam niczego naprawdę spektakularnego- ale nie było też tłumów, wysokich cen i małego wyboru restauracji czy produktów spożywczych w sklepach. My mieliśmy tam przewrotną pogodę: bywały burze, bywało przekropnie, czasem, acz rzadko pogoda była iście plażowa. Burzowy czas spędzaliśmy zazwyczaj w naszym bungalow’ie- bambusowej chatce, którą tam wynajęliśmy- było przytulnie, choć trochę ciasno. (Nie było też ciepłej wody. To pewnie nie przeszkadzałoby przy świetnej pogodzie, ale i przy naszej przewrotnej szło się przyzwyczaić.) Byliśmy już zaprawieni w zajmowaniu Małego Człowieka na małej przestrzeni i z niewielką ilością zabawek, toteż nawet podczas burz, czas na Lancie spędzało nam się miło. Sporo też udało nam się spędzić czasu nad brzegiem morza, gdzie często byliśmy prawie jedynymi plażowiczami, bo byliśmy wystarczająco zdeterminowani, by plażować i kąpać się przy lekkim deszczu. Na szczęście na tajskich wyspach deszcze są na tyle ciepłe, że to tylko mała niedogodność. Poza tym, udało nam się też znaleźć bardzo przyjemną, szeroką plażę przy zatoce Kantiang z odpowiednim dnem morskim do kąpieli, gdzie przy okazji plażowania i wypoczynku podglądaliśmy pracę tamtejszych rybaków.
Spotykaliśmy na Lancie sporo rodzin z dziećmi albo starszych ludzi, co dobrze oddaje klimat tej wyspy- jest spokojnie i rekreacyjnie. Zdarzają się od czasu do czasu bary (sami znaleźliśmy i bardzo polubiliśmy jeden z nich) czy plakaty informujące o imprezach przy pełni księżyca (najpopularniejsza impreza wysp), ale generalnie Lanta raczej spodoba się nie bardzo wymagającym, spokojnym turystom, chcącym odpocząć też od tłocznego i imprezowego klimatu innych wysp.

Nasza ulubiona plaża na Lancie, zupełnie opustoszała ze względu na pogodę
Na szczęście nie potrzebujemy świetnej pogody i spektakularnej wyspy, żeby się dobrze bawić

Kraina ogromnych jaszczurów

Ta wyspa zachowała najwięcej dziewiczości ze wszystkich odwiedzonych przez nas wysp- na Koh Rok nie ma hoteli, hosteli, sklepów ani restauracji. Jest tylko jedno pole namiotowe na jedynej dostępnej dla turystów plaży. Co prawda organizowane są tam wycieczki z pobliskich wysp, więc turystów trochę się tam kręci, ale wystarczy odejść kawałek, żeby odnieść niesamowite wrażenie, że jest się jedynym człowiekiem na zapomnianej, rajskiej wyspie. Plaże są tam cudowne, woda idealnie turkusowa, widoki obłędne. I więcej jeszcze, w okolicach Koh Rok są świetne miejsca do snorkowania (pływanie z maską i rurką), gdzie można z bliska przypatrzeć się rafie koralowej i różnorodności podwodnego życia. I żeby tego było mało, na Koh Rok przetrwał gatunek wielkich jaszczurek, które przy odrobinie szczęścia można tam oglądać. My szczęście mieliśmy- bo nie dość, że udało nam się spotkać wielką jaszczurkę na Koh Rok, to pogoda świetnie nam tam dopisała i bardzo udały nam się snorkowania- Krukowi udało się zobaczyć ponad metrową rybę zaplątaną w nieużywaną sieć rybacką, a mi węża morskiego (snorkowaliśmy na przemian, jedno zajmowało się Stasiem na łódce, drugie snorkowało). Koh Rok zdecydowanie skradło nasze serduszka i było wartą nawet kosztownej wycieczki z Lanty, bardzo unikatową wyspą. Polecamy ją bardzo, jak również opcję z zostaniem tam na noc, która jawi się nam jako bardzo interesująca, jednak może odrobinę frustrować podróżujących z niskim budżetem (jak to w tak trudno dostępnych miejscach bywa, wszystko tam było ekstremalnie drogie).

Tak wygląda plaża na Koh Rok, gdy tylko odejdzie się kawałek od miejsca do pływania
A tak w najbardziej turystycznym jej miejscu
Ogromny jaszczur, który przyszedł zobaczyć, czy coś nie zostało z naszego obiadu. Największa atrakcja na Koh Roku

Raj na własność

Koh Kradan to wypadkowa pomiędzy dziewiczością Koh Rok, a jakąkolwiek infrastrukturą pozostałych turystycznych wysp. Koh Kradan nie ma ani jednego stałego mieszkańca, ale jest tam parę hoteli, przy każdym restauracja i słownie jeden, bardzo pusty sklepik. Są tam też rajskie plaże, na których często w zasięgu wzroku nie ma żywego ducha i widoki jak z najpiękniejszych pocztówek- zanim się tam znalazłam, zawsze myślałam, że te widoki z pocztówek są odrobinę przekoloryzowane. Teraz wiem, że nie są. Tam jest po prostu jak w raju. Bezpośrednio z plaż można snorkować- rafa koralowa zaczyna się jeszcze zanim człowiek dobrze zanurzy się w wodzie, a widok zachodzącego słońca oglądany z plaży dopiero co odkrytej przez odpływ był wprost zachwycający. Pobyt jednak na Koh Kradan miał też swoje wady: dziewiczość była okupiona wysokimi cenami, a brak konkurencji nie wymuszał na właścicielach turystycznej infrastruktury specjalnie wysokiej jakości usług. Ale po pobycie tam stwierdziliśmy, że było warto. Koh Kradan urzeka prawie całkowitą dziewiczością; to wspaniałe miejsce, żeby się zatrzymać i poczuć jak w innym świecie. Wtedy wydała mi się idealna na podróż poślubną, ale nawet z małym dzieckiem była wspaniała.

Na Koh Kradan nie musieliśmy się absolutnie wysilać, żeby znaleźć tak puste kadry
I takie. Tylko łódka na horyzoncie zdradza, że wyspa nie jest zupełnie opuszczona
Tutaj akurat w kadrze jakiś zamyślony mały człowiek
Fenomenalny zachód słońca na Koh Kradan

O plaży schowanej wśród skał

Ostatnia z odwiedzonych przez nas wysp: Koh Mook to dość turystyczna, ale nie bardzo zatłoczona wyspa, o ładnej plaży z przyjemnym do pływania dnem morskim (cały nasz wolny czas spędzaliśmy na zachodniej plaży, bo mieliśmy zaraz przy niej zakwaterowanie). Pogoda bardzo nam dopisała i udało nam się tam wspaniale wypocząć.
Warta do odwiedzenia na wyspie jest Szmaragdowa Jaskinia (Emerald Cave)- po pierwsze dlatego, że zwiedza się ją wpław, co samo w sobie jest ciekawym doświadczeniem- jaskinia jest całkiem spora, woda morska faluje w środku i obija się z hukiem o ściany, wszystko powiela głębokie echo. W części jaskini panują absolutne ciemności i jedyne, co widać, to światło latarki przewodnika. Ale najlepsze czeka na końcu- po przepłynięciu kilkudziesięciu metrów dopływa się do malutkiej, ukrytej między wysokimi skałami pięknej plaży. Wprost jak z jakiejś opowieści o piratach albo poszukiwaczach przygód. Wrażenie jest absolutnie niezwykłe, choć niestety nie mamy stamtąd żadnych zdjęć, bo nasza wodoodporna kamera nie dotrwała do tej części wycieczki. Napiszę przewrotnie: trzeba pojechać na Koh Mook i zobaczyć to na własne oczy. Naprawdę warto! Ewentualnie poszukać w wyszukiwarce internetowej. W pobliżu Emerald Cave można też snorkować, ale w porównaniu do Koh Rok i Koh Kradan, podwodne życie w pobliżu Koh Mook nie jest aż tak porywające.
Koh Mook była dla nas strzałem w dziesiątkę. Mieliśmy blisko do plaży, piękną pogodę, duży wybór knajpek i jedną, którą szczególnie sobie upodobaliśmy, bo właściciele mieli nie tylko genialne jedzenie, ale też dwójkę dzieci w wieku Stasia, zawsze chętnych do zabaw. Do tego Szmaragdowa jaskinia i ukryta za nią plaża. Na sam koniec trafiliśmy na nasz numer jeden wśród tajskich wysp.

Zachodnia plaża na Koh Mook
Pośród takich skał schowana jest Szmaragdowa Jaskinia
Nasz Mały Włóczykij nawiązujący ostatnie w tej podróży znajomości

Czy polecamy?

Oczywiście! Na tajskich wyspach każdy znajdzie coś dla siebie: dla aktywnych jest możliwość wspinaczki, nurkowania albo snorkowania, dla mniej aktywnych są przepiękne plaże i miejsca, gdzie można dobrze zjeść i wypić. Są wyspy imprezowe i te spokojniejsze. Dla rodzin z dziećmi, dla rodzin bez dzieci, dla nie-rodzin. My na pewno tam wrócimy, jeśli jeszcze kiedyś zawitamy w tamte strony.

W laotańskiej dżungli

Mniej lub bardziej dziewicza dżungla pokrywa znaczną część powierzchni Laosu. Na pierwszy rzut oka, są tu tylko malutkie mieścinki przy wąskich, kiepskiej jakości drogach i jak okiem sięgnąć połacie pięknych lasów rozpostarte na wzgórzach. Nic więc dziwnego, że tubylcy, zaprawieni w przemierzaniu tych terenów, zaczęli organizować w dżungli trekkingi dla odważnych turystów, którzy przez krórtki czas chcieliby zanurzyć się w dzikość i niesamowitość dżungli.

Jest w czym wybierać

My na nasz pierwszy nocleg w Laosie wybraliśmy Luang Namtha, miejscowość rozpostartą wzdłuż głównej drogi i dwóch równoległych do niej uliczek. Całość do przejścia pewnie w nie więcej, niż pół godziny, chociaż technicznie w skład miasta wchodzą też okoliczne wioseczki wraz z dworcem autobusowym i nawet lotniskiem (!), oddalone od centrum miasta o dziesięć kilometrów.

Ścisłe centrum Luang Namtha

W Luang Namtha poza targiem nocnym nie ma zbyt wiele do roboty, a mimo to pełno jest miejsc oferujących noclegi, biur podróży i samych turystów. A to właśnie za sprawą możliwości wyjścia na trekking do dżungli. Możliwości jest sporo- można wyjść na dzień, dwa, trzy lub cztery do dżungli, można popływać kajakiem po okolicznej rzece albo pojeździć rowerem po okolicznych wzgórzach. Można spać w dżungli albo w małej wioseczce, podpatrując życie tubylców. Jedno z biur podróży oferuje nawet wycieczkę, w której przewodnik na bieżąco, specjalnie pod wycieczkę, wycina w dżungli trasę maczetą. My zdecydowaliśmy się na dwudniowy trekking z noclegiem w dżungli, chociaż rozważaliśmy też spanie w lokalnej wiosce. Ciężko mi cały ten trekking jednoznacznie ocenić, zaraz opowiem, dlaczego.

Poziom trudności: trudny. Bardzo

Trekking polubiliśmy stosunkowo niedawno, jesteśmy w tej dziedzinie amatorami. Bardzo zdeterminowanymi, ale jednak amatorami. Z dzieckiem w chuście. A trekking w dżungli to bardzo wymagająca przeprawa po błotnistych, śliskich ścieżkach, przechodzenie przez strumienie, marsze nad przepaściami, strome podejścia i zejścia. Nie raz poślizgnęliśmy się w błocie, parę razy któreś z nas straciło równowagę. Sama w sobie ta trasa była bardzo trudna, a dodatkowo robiliśmy ją z bardzo ciężkimi bagażami, bo oprócz standardowego bagażu nosiliśmy wodę na dwa dni, maty i śpiwory (jedzenie niósł nasz przewodnik). Były pijawki podgryzające nas w nogi, ale przy tym wszystkim, to było najmniejsze zmartwienie. Pierwszego dnia poważnie rozważałam, czy nie lepiej byłoby się cofnąć.

Trudne trudnego początki
Cieszę się, że przez chwilę idziemy po płaskim i prawie nie śliskim

W dziewiczej dżungli

Sporą część trekkingu skupiałam się na tym, żeby utrzymać równowagę i zwyczajnie dać radę, ale miejsca przez które przechodziliśmy, były niewiarygodnie piękne. Część trekkingu, którą przemierzaliśmy po płaskim w dziewiczej dżungli, była warta każdego wysiłku. Ten, kto myśli, że w tak dziewiczym miejscu, jest głusza, jest w poważnym błędzie. Byliśmy w samym środku najprawdziwszego koncertu cykad, świerszczy, gałęzi- sami nie wiemy czego. Od rana do środka nocy, w dżungli jest naprawdę głośno. Naprawdę przyjemnie głośno. Poza tym, dżungla pachnie. Trochę jak słodki gotowany ryż, trochę ziołami, różnie w zależności od miejsca. Nawet z katarem było to czuć. No i widoki- motyle wielkości małej dłoni (ale nie Stasia. Małej dorosłej dłoni), czasem o skrzydłach grubych, czarnych i trochę jakby puszystych, czasem cieniutkich i przeźroczystych. Niebieskie, żółte albo idealnie białe. Pająki większe od tych motyli na pajęczynach o ogromnej powierzchni. Bywały takie o bardzo chudych nogach, bardzo grubych nogach, podłużnych lub okrągłych odwłokach. Czarne albo z zielonkawymi plamkami. Był też żuk, patyczak, termity, mrówki i wszelkiej maści nieznane nam owady. Niczego większego nie udało nam się wypatrzeć- na nieszczęście i na szczęście.

Duży żuczek i mały Staszek
Duży, podłużny pająk, którego nikt do ręki nie wziął

Były za to bambusy, liany, bananowce, wszelkiej maści kwiaty, drzewa obrastające inne drzewa, tak potężne, że nie sposób było nie tylko ogarnąć je obiektywem aparatu, ale ciężko było ogarnąć je wzrokiem. Dżungla jest po prostu oszałamiająca w swej różnorodności i mnogości życia, które się w niej znajduje. I jest zdecydowanie czymś, co warto doświadczyć chociaż raz w życiu.

Dżunglowy roślinny przepych
Drzewo, które jest hipsterem
I przeogromne drzewo, które obrosło inne drzewo

Obozowisko w dżungli

Dodatkowo, coś, co zdecydowanie polecamy, to trekking z noclegiem w dżungli. O ile trekkingiem w tak wymagającej okolicy można się nasycić w jeden dzień i o ile na zachwyt dżunglą jeden dzień też by wystarczył, to samo spanie w tej dziczy było tak ciekawym i tak niepodobnym do żadnego noclegu wcześniej doświadczeniem, że zdecydowanie warto.
Obóz mieliśmy pod daszkiem z bananowych liści (nieprzemakającym nawet podczas poważnego deszczu- mieliśmy okazję sprawdzić), na bambusowym podłożu pół metra nad ziemią.

Nocleg pod gwiazdami

Nasz przewodnik gotował pyszne posiłki (tym smaczniejsze po dużym wysiłku) na palenisku obok, uraczył nas też pieczonymi ślimakami zebranymi po drodze (nam smakowało, dla Stasia były za trudne do pogryzienia), a kąpaliśmy się w zimnym strumieniu. Zaraz po zmierzchu obóz ogarniała całkowita ciemność- właściwie nic się nie zmieniało po otworzeniu oczu; jeśli wyjść poza obóz i zajrzeć poza bananowy daszek, niebo było niesamowicie rozgwieżdżone, a dżungla, tak głośna za dnia, stawała się jeszcze głośniejsza w nocy. Roje ciem oblatywały nasze przepocone ubrania i buty, które zostawiliśmy poza moskitierą. Takiego doświadczenia nie moglibyśmy mieć, gdyby nie nasz wymagający i bardzo męczący trekking.

Staś przyczynił się do zebrania chrustu na opał
Po czym zmęczył się i poszedł spać
Posiłek lepszy, niż w niejednej restauracji- po dużym wysiłku, pod gołym niebem, a w dodatku pyszny
A nad ranem tacy szczęśliwi wyglądamy zza moskitiery

Wioska nieopodal

Kolejnym cennym doświadczeniem, choć nie tak porywającym, jak nocleg w dżungli, była wizyta w lokalnej wiosce następnego dnia. Wioska, do której wiodła jedna jedyna droga, oddalona o wiele kilometrów od kolejnych ludzkich siedzib, zachowała dość pierwotny wygląd, nie pozbawiony jednak znamion nowoczesności. Były więc tam drewniane, dwuizbowe chaty budowane na podwyższeniu- pod chatą było miejsce, żeby schować się w cieniu; a w środku wioski wielki talerz satelitarny. Dookoła ludzie zajęci swoimi sprawami, drobnym rzemiosłem, doglądaniem małego inwentarza, część z nich przysiadła, żeby na nas (głównie na Stasia) popatrzeć i się pouśmiechać. Dzieci chciały się ze Stasiem pobawić, część z nich nosiła w prostych wersjach chusty swoje młodsze rodzeństwo. Pod jedną z chat leżał mocno zdezylowany, plastikowy chodzik, dzieciaki miały koszulki z postaciami z bajek albo nazwiskami sportowców.
Nasz przewodnik służył nam za tłumacza, ale bariera językowa zrobiła swoje i naszym głównym zajęciem było uśmiechanie się do ludzi i dyskretne przypatrywanie się ich codziennemu życiu.

Staś nawiązuje znajomości. W przeciwieństwie do nas, nie ma problemu z barierą językową
Można by pomyśleć, że czas się tam zatrzymał…
… gdyby nie wielki talerz satelitarny pośrodku wioski. I parę innych detali
Chustowane maluchy zawsze mnie cieszą

Jednakowoż pomimo, że pewna ustalona część pieniędzy, którą zapłaciliśmy za trekking, trafiła do ludzi z tej wioski i był to dla nich zapewne spory zastrzyk finansowy, to ja czułam się tam odrobinę nieswojo, wchodząc z moimi trekkingowymi butami w ich życie i ich spokojną codzienność. Więc pomimo że doświadczenie to było ciekawe, mam co do niego mieszane uczucia.

Czy polecamy?

Trekking w dżungli był dla nas zdecydowanie niesamowitym doświadczeniem, jednym z najciekawszych, które mieliśmy w tej podróży. Złożyło się na to wiele czynników- satysfakcjonujące zmęczenie, niesamowite piękno dziewiczej dżungli, nocleg w samym środku dziczy. Była też wioseczka, kąpiel w strumyku i podgryzające pijawki. To może zabrzmieć przewrotnie, ale w zasadzie cieszę się, że nie zdawałam sobie sprawy, jak wymagający to trekking, bo nie wiem, czy bym się na to porwała jako amatorka z dzieckiem w chuście, a jednak daliśmy radę i przeżyliśmy coś niesamowitego.

Songpan i niewyobrażalnie piękna kraina

Songpan, miejscowość położona w północnym Syczuanie, leży na prawie czterech tysiącach metrów i jest główną bazą wypadową do eksplorowania pobliskich Parków Narodowych i Krajobrazowych. Najpopularniejszy z nich, Park Narodowy Jiuzhaigou po ostatnim trzęsieniu ziemi w sierpniu tego roku został zamknięty na czas przynajmniej dwunastu miesięcy. Dowiedzieliśmy się o tym na krótko przed wyjazdem do Songpan i nawet przez chwilę się zastanawialiśmy, czy jechać. Ostatecznie się zdecydowaliśmy i była to jak do tej pory najlepsza decyzja tej wycieczki.

Szczęście w nieszczęściu

Parki, które udało nam się zobaczyć, były niewyobrażlnie ładne. Ale nasze szczęście nie na tym polegało. Nie zdawaliśmy sobie wcześniej sprawy, że dylemat czy jechać do Songpan, skoro główna jego atrakcja jest zamknięta, mieliśmy nie tylko my. Wiele zorganizowanych wycieczek zostało odwołanych, a i pewnie wielu prywatnych turystów zmieniło swoje plany (w końcu chiński turysta może równie dobrze pojechać tam za rok. My nie). Toteż Songpan, nawet pomimo chińskiego narodowego święta, pozostało spokojną mieściną, w której z radością odpoczywaliśmy od metra, tłumów i zgiełku, a odwiedzone przez nas parki były piękne, spokojne i niemalże puste.
Wszystkie trzy miejsca, do których dotarliśmy były w odległości około czterdziestu minut do godziny jazdy samochodem od Songpan. Jeżdżą tam też busy, ale bardzo wcześnie rano, a nasz hostel organizował tam wycieczki, na które dla wygody się zdecydowaliśmy.

Kaskadowe jeziora w parku Huanglong

Nasz niekwestionowany numer jeden to Park Narodowy Huanglong. Słynie z kaskadowych jezior, unikalnych na świecie (jest tylko parę miejsc na ziemi, gdzie można coś takiego zobaczyć), ale cały park zapiera dech w piersiach i to nie tylko z powodu dużej wysokości nad poziomem morza. W Huanglong zachowała się dziewicza natura, potężne, stare drzewa, niewielkie, ale rozległe wodospady, duża jaskinia z ogromną ilością stalaktytów i dwie buddyjskie świątnie na końcu trasy widokowej. Zwykle w naturze zachwyca mnie to, co monumentalne- wielkie góry, potężne wodospady, rwące rzeki; w Huanglong właściwie nic takie nie było, park był cichy, spokojny, dostojny, a przy tym niesamowicie piękny w detalach. Zachwycały kolory i formy, spokojna woda, grunt, roślinność, kamienie, wszystko. W Huanglong nie było nic monumentalnego, a był przepiękny. W mojej prywatnej skali piękna to niesamowity wyczyn.

Staś śpi, my się zachwycamy
Właściwie co kawałek kolejny piękny widok
Na końcu ścieżki znajduje się buddyjska świątynia

Żeby przejść cały park potrzebowaliśmy około pięciu godzin (trzy na wspinaczkę w górę, dwie na powrót; z mniej więcej czterema przerwami) i była to głównie wspinaczka po drewnianych schodach. W alternatywie była kolejka linowa, ale w tym wypadku uważam to za wyjątkowo kiepskie rozwiązanie, bo właściwie cały czas podczas wspinaczki napotykaliśmy na coraz piękniejsze miejsca, których z kolejki nie byłoby widać. Dla nas był to spory wysiłek, ale też ogromna satysfakcja. I obłędnie piękne widoki. Tak piękne, że zastanawialiśmy się z Krukiem czy to nie jest najpiękniejsze, co w życiu widzieliśmy. Chociaż nie mogliśmy tego stwierdzić z całą pewnością, to zdecydowanie Park Narodowy Huanglong jest miejscem pięknym i niesamowitym.

Krystalicznie czyste jeziora Muni Gu

Park Krajobrazowy Muni jest podobno małą namiastką zamkniętego teraz Parku Jiuzhaigou- jeśli tak, park ten nie bez powodu jest główną atrakcją okolicy. Jeziora w Muni miały rzadko spotykane kolory od jasno zielonego po modry i bez względu na to, jak były głębokie, zawsze idealnie było widać ich dno. A cała okolica parku była piękna i nienaruszona przez człowieka (poza pozostałościami po buddyjskiej świątyni, które w tym wypadku dość mocno szpeciły teren parku). Oprócz krystalicznie czystych jezior były tam też gorące źródła, w których można było moczyć nogi- chociaż „gorące” były tylko z nazwy- myślę że nie miały więcej, niż dwadzieścia stopni Celsjusza.

Muni Gu jest podobno namiastką największego, zamkniętego teraz parku
Jesienne kolory czyniły go jeszcze bardziej niesamowitym
Zdjęcie bez żadnych filtrów i żadnego fotoshopa
Niestety, w pewnym miejscu w parku były pozostałości po buddyjskiej świątyni z mnóstwem chorągiewek modlitewnych porozwieszanych między drzewami i leżących na ziemi

W przeciwieństwie do Hauanglong, po dolinie Muni głównie spacerowało się po płaskim terenie, dlatego trzy godziny tam spędzone, były raczej przyjemnym spacerem, niż wysiłkiem. Przyjemnym spacerem z bobasem w chuście, rzecz jasna.

Wodospad Zhaga

Jest to część Parku Krajobrazowego Muni Gu i można tam wejść kupując jedną wejściówkę. Teren wodospadu jest w porównaniu do dwóch poprzednich miejsc niewielki i składa się na początku z niskich, ale rozległych wodospadów- (ciekawe, bo pośród spływającej wody rosły drzewa), a później z imponujących rozmiarów właściwego wodospadu. Można wspiąć się prawie do samego szczytu wodospadu, co pozwala poczuć jego wielkość i daje przyjemne uczucie satysfakcjonującego zmęczenia.
My pod sam wodospad wspinaliśmy się po kolei, jedno wchodziło (Kruk nawet chwilę wbiegał, taki jest szalony), a drugie czekało ze Stasiem na dole, gdzie był widok na majestatytczny wodospad, a Staś miał czas na swoje fikanie.

Bardzo zmęczeni i bardzo szczęśliwi
Dość zaskakujący widok
Mama się cieszy, że tu dotarła
A potem wspięła się jeszcze wyżej

Cała wizyta zajęła nam około półtorej godziny i oprócz relatywnie krótkiej wspinaczki przy wodospadzie, była raczej spokojnym spacerem, tak jak pierwsza część parku Muni Gu.

Chłód i deszcz w Songpan

Sam Songpan raczył nas chłodną, a czasem deszczową pogodą i wiecznym zimnem w hostelu (ale mieliśmy tak wielkie żarówki w łazience, że dogrzewaliśmy się, zapalajac w łazience światło), ale niesamowite piękno krainy, w której jest położony rekompensował te i wszystkie inne niewygody podróży. Chociaż z chęcią wróciliśmy na południe łapać resztki lata, to wizyta w Songpan była jak dotąd najlepszym punktem tej wycieczki.

 

Wielki Chiński Mur

Chyba pierwsze skojarzenie z Chinami, “must see” każdego odwiedzającego ten kraj- Wielki Mur Chiński. No, może poza Krukiem, którego do Muru trzeba było sporo przekonywać, ale ostatecznie dał się namówić i zdecydowanie nie żałował.

O Wielkim Murze

Wielki Mur Chiński to pojęcie, które odnosi się do całego szeregu umocnień na północy Chin i w zdecydowanej większości miejsc wcale nie wygląda, jak ten Wielki Mur, który przywykliśmy oglądać w mediach. W tylko nielicznych jest ładnie odrestaurowany i udostępniony dla zwiedzających. To sprawia, że te miejsca są lepem na turystów, do których prowadzą drogie busy lub prywatne taksówki, na miejscu można zakupić całą masę pamiątek, a na sam Wielki Mur wjechać kolejką linową. A żeby było ciekawiej, zjechać można w wielkiej zjeżdżalni na specjalnym siedzisku. Powaga.
Krukowi najbardziej marzyło się zobaczyć taki nieodrestaurowany, dziki fragment Muru, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że szkoda by było podjechać spory kawałek drogi, by na miejscu odkryć, że z jakiegoś powodu nie jesteśmy w stanie do takiej nieodrestaurowanej części Muru dotrzeć i wcale Muru nie zobaczyć.

Podróż do Muru

Postaraliśmy się więc wybrać na najmniej uczęszczany, ale turystyczny fragment Muru- padło na miejscowość Mutianyu. Okazało się, że w pobliże jeździ miejski autobus z Pekinu, a z jego przystanku można się zabrać taksówką (można też dalej jechać autobusami, ale te na ostatnim kawałku nie jeżdżą przesadnie regularnie)- i całość nie wychodzi wcale drogo. Jeszcze w autobusie spotkało nas niemiłe zaskoczenie, bo oto pewien pan w pewnym momencie zaczął nas instruować, że do „Great Wall” mamy wysiadać tutaj, energicznie postulując jakiś przystanek. Rzeczywiście powinniśmy byli wysiąść znacznie później, ale owy pan chciał nas wyciągnąć do swojej prywatnej taksówki i zwyczajnie naciągnąć na większe pieniądze. Ja mu zaufałam, jeszcze się cieszyłam, że spotykamy takich uczynnych ludzi na trasie, ale Kruk trzymał rękę na pulsie (a wzrok na GPSie) i nie dał się wykiwać. Toteż bez większych problemów i tylko z planowanymi uszczerbkami w portfelu, dotarliśmy do Wielkiego Chińskiego Muru. Widok już z dołu był imponujący: biała wstęga Muru wiła się między szczytami i nie sposób było określić, gdzie właściwie się kończy, a gdzie zaczyna. Nawet pomimo mgły (lub smogu), Mur robił naprawdę duże wrażenie.

Podróż pod Murem

Czytaliśmy, że piesze podejście pod Mur zajmuje około pół godziny, uznaliśmy że nawet ze Stasiem w chuście powinniśmy dać radę, toteż z kolejki linowej zrezygnowaliśmy. Zjeżdżalnia w drodze powrotnej trochę nas kusiła, ale raz, że Staś, a dwa, że to całkiem droga atrakcja, także chcąc niechcąc, na Mur wspinaliśmy się pieszo z bobasem na plecach lub na brzuchu, zawstydzając tym samym prawie sto procent pozostałych turystów. I faktycznie, nie trwało to długo.

Na trasie pustki

Podróż wzdłuż Muru

A widoki z góry rekompensowały wszystko. Piękne szczyty, porośnięte bujną, zieloną roślinnością poprzedzielane surowym, masywnym Murem, który wił się dookoła nich, jak gdyby był tam od zawsze, jakby był naturalnym elementem tych wzgórz.
Dodatkowo albo mieliśmy sporo szczęścia, albo dokonaliśmy naprawdę dobrego wyboru miejsca, bo zdarzało się, że na Murze nie widzieliśmy nikogo poza nami (może to kwestia mgły. Czy tam smogu). Toteż przechadzaliśmy się w tą i z powrotem rozkoszując się widokami; pierwotnie mieliśmy pomysł, żeby dojść aż do nieodrestaurowanej części, ale długi spacer w jedną stronę uświadomił nam, jak wielki jest ten Wielki Mur i spasowaliśmy. Zamiast tego pozwoliliśmy Stasiowi pokonać parę stopni samodzielnie (pokonał! Powspinał się po Wielkim Chińskim Murze!) i spędzaliśmy po prostu spokojny czas na tym niesamowitym tworze ludzkich rąk. Mamy dla Was kilka zdjęć:

Mama mówi, że widoki zachwycające
Parę schodów zdobyłem samodzielnie. A co!
Mama zachwyca się też swoimi chłopakami
Na koniec uznałem, że taki mur to dobra okazja do posiłku i gimnastyki

Bardzo polecamy

Zgodnie przyznaliśmy, że było naprawdę warto. Kruk, bardzo lubiący przyrodę i ja, lubiąca wytwory ludzkich rąk, oboje znaleźliśmy coś dla siebie. Staś też, bo miał sporo czasu na fikanie. Wielki Mur Chiński naprawdę robi niesamowite wrażenie. A na nieodrestaurowane części przyjdzie czas w kolejnej podróży, jeśli jeszcze kiedyś tu wrócimy. Na zjazdy wielkimi zjeżdżalniami też.