Wąwóz Skaczącego Tygrysa

Wąwóz Skaczącego Tygrysa to drugi największy kanion na świecie (po Wielkim Kanionie Kolorado), znajdujący się w prowincji Yunnan, w północno-zachodnich Chinach. W najgłębszym miejscu przewyższenie wynosi niemal 3800 metrów, a w dole majestatycznie wije się rzeka Jangcy. Dla nas Wąwóz Skaczącego Tygrysa był miejscem pierwszego trekkingu. I to nie tylko w tej podróży, ale właściwie był naszym pierwszym poważnym trekkingiem w ogóle.

Poziom trudności: średni. Pod jednym warunkiem

Wzdłuż wąwozu biegną dwie ścieżki: dolna i górna. Dolna jest przeznaczona do ruchu samochodowego i by oglądać z niej Wąwóz Skaczącego Tygrysa trzeba albo mieć samochód albo zapłacić za autobusową wycieczkę; górna ścieżka jest natomiast pozostałością po niegdysiejszych trasach lokalnych ludzi, którzy przemieszczali się w ten sposób pomiędzy wioskami ukrytymi wysoko w górach. Teraz są to zazwyczaj dobrze oznakowane, dość szerokie ścieżki górskie, po których generalnie idzie się dość przyjemnie, choć nie jest to pozbawione wysiłku. Jednak co ważne: kluczową rolę odgrywa pogoda. A że rejon jest wysokogórski, tę przewidzieć niełatwo. Niektóre fragmenty trekkingu to wąska ścieżka, bez barierek, niczym nieodgrodzona od głębokiej przepaści. Do tego na ścieżce mogą pojawić się kozy albo mały wodospad, który trzeba przejść. Rzecz jasna, w deszczu takie utrudnienia urastają do rangi dużego problemu i my mieliśmy dusze na ramieniu, kiedy przez takie fragmenty przechodziliśmy. Cała trasa przeciętnemu piechurowi powinna zajmować dziewięć godzin i rekomenduje się, by robić ją w dwa dni, choć podobno dobrze zdeterminowanemu i przygotowanemu wędrowcowi wystarczy jeden dzień. My jednak zdecydowaliśmy się rozbić tę podróż na trzy dni, raz dlatego, że nie jesteśmy „przeciętnym piechurem”, przez wzgląd na nasze nikłe doświadczenie i dziecko w chuście, a dwa dlatego, że zaczęliśmy pierwszego dnia trekking wczesnym popołudniem. Na szczęście po drodze, w wioskach jest miejsce, by zostać na noc lub zrobić przerwę na obiad czy prysznic.

Etap pierwszy- pod górę i w dół

Nasz trekking zaczęliśmy w Qiatou, gdzie dowiózł nas autobus. Początkowo mieliśmy do przejścia asfaltową drogę (dolna i górna ścieżka w tym miejscu się łączą), po której jeździły wypluwające z siebie tonę spalin ciężarówki. Zajęło nam to więcej czasu, niż chcieliśmy, w dodatku przyjemność z marszu była umiarkowana, a my nawet dobrze nie zaczęliśmy wspinaczki. Gdy już udało nam się odnaleźć rozwidlenie i rozpoczęliśmy właściwą wędrówkę górną ścieżką, byliśmy już zmęczeni i sfrustrowani. Stasiowi również wędrówka nie przypadła do gustu i co chwilę zgłaszał swoje niezadowolenie, że jest noszony w chuście, co tylko pogarszało wszystkim humory. Trasa pierwszego dnia była bardzo męcząca- wspinaliśmy się po stromych zboczach w górę, by za połową trasy odkryć, że teraz musimy schodzić po stromych zboczach w dół- co wcale nie było mniej męczące, a bardziej od tego bolały kolana. Ostatecznie, przeszliśmy pierwszy etap w cztery godziny, zamiast dwóch i byliśmy ogromnie umęczeni. Na szczęście nocleg w pierwszej z wiosek- w Naxi Family Guesthouse zapewnił nam wszystko, czego po długim i męczącym marszu potrzebowaliśmy- dobre jedzenie i miejsce do odpoczynku z niesamowitymi widokami. Co więcej, z racji tego, że mało kto robi przerwę na nocleg już w pierwszej wiosce (oprócz nas było tylko kilka par wędrowców), w Naxi Family Guesthouse było przytulnie i niemal rodzinnie.

Tak wyglądał sam początek trasy. O ile przed chwilą nie przejechała ciężarówka i droga nie tonęła w spalinach
Po drodze spotkaliśmy dziko rosnącą marihuanę. Co sprytniejsi tubylcy zwietrzyli w tym interes i przy trasie były stragany, na których można było kupić gotowe skręty. Po minie Kruka widać, że też rozważał taki biznes
Później zrobiło się trochę ciężej, ale za to dużo bardziej malowniczo
Wieczorem po długim marszu zwykła herbata ogromnie nas cieszyła

Etap drugi- dwadzieścia osiem zakrętów. Podobno.

Następnego dnia wyruszyliśmy z rana, by zmierzyć się z najtrudniejszym etapem wędrówki- dwudziestoma ośmioma zakrętami. W rzeczywistości było ich znacznie więcej, a cała trasa pięła się ostro w górę i po przejściu jej zdecydowanie uznaliśmy ten etap za najtrudniejszy. Jednak zaprawieni pierwszym dniem wędrówki i w trochę lepszych humorach, zaczęliśmy bardziej doceniać miejsce, które przemierzaliśmy. Widoki z górnej ścieżki były niesamowite: w dole majestatycznie wiła się ogromna rzeka Jangcy, w górze, za mgłą chowały się strzeliste szczyty gór. Pomiędzy rzeką a szczytami, zielone połacie, na które składała się różnorodna górska flora. Widzieliśmy też na naszej trasie dwa wygrzewające się na słońcu węże i sporo kozic. Niestety, Chiński rząd nie dba przesadnie o dziewiczą i piękną naturę Wąwozu Skaczącego Tygrysa i planuje w okolicy przeprawę pociągową łączącą Tybet z pozostałą częścią kraju. To sprawia, że czasem poza pięknymi widokami, ogląda się budowy ogromnych tuneli, a czasem (nawet z samego rana lub późnym wieczorem) słychać wybuchy dynamitu daleko w górach.

Malowniczy Wąwóz Skaczącego Tygrysa i mniej malownicza budowa tuneli przezeń
Na jednym z wielu zakrętów
Maszerujemy z naprawdę pięknymi widokami w tle

Etap trzeci- po płaskim

Bardzo dobrze się złożyło, że rozbiliśmy ten trekking na trzy, a nie na dwa dni, bo szybko odkryliśmy, że dwa pierwsze etapy z czterech są dużo trudniejsze od pozostałych dwóch, toteż dwudniowy trekking byłby bardzo nierównomierny, jeśli chodzi o wysiłek. Etap trzeci był bardzo przyjemnym marszem, głównie po płaskim terenie. Nawet, gdy złapał nas deszcz, nie był dużą przeszkodą, bo ścieżki były wystarczająco szerokie, by czuć się na nich pewnie nawet przy nie najlepszej pogodzie. W dobrych humorach (nawet Staś pogodził się odrobinę z noszeniem w chuście), pomimo deszczu podziwialiśmy górskie widoki i cieszyliśmy się naszym marszem. Etap trzeci zakończyliśmy w Half Way Guesthouse, jednym z popularniejszych miejsc do przerwy, toteż było tam odrobinę tłoczniej i mniej przytulnie, niż byśmy tego chcieli.

Sen nad przepaścią
W dole widok na rzekę Jangcy

Etap czwarty- jak nie stracić zdrowia i życia

Pozornie nie bardzo trudny, czwarty etap powitał nas rzęsistym deszczem, przy którym nawet płaskie ścieżki okazywały się problematyczne do przejścia. W rzeczywistości, w tym etapie głównie szliśmy w dół i po płaskim, ale to właśnie tam przemierzaliśmy wąskie ścieżki z widokami na bardzo strome i głębokie przepaści. Widoki tyleż zapierające dech w piersiach, co napawające strachem. Nie raz któreś z nas poślizgnęło się na błotnistej ścieżce i zaczęliśmy się zastanawiać, czy ten trekking był na pewno słuszną decyzją. Nie było za bardzo możliwości, żeby się cofnąć, więc jedyne, co nam pozostawało, to iść dalej wąskimi ścieżkami. Ewentualnie przeciskać się koło stada kóz lub przeskakiwać przez mały wodospad spływający w poprzek wąskiej i tak już śliskiej od deszczu ścieżki. Z duszą na ramieniu. Gdy już niebezpieczeństwo minęło, a my cali i zdrowi dotarliśmy do Tina’s Guesthouse, skąd odjeżdżał powrotny autobus do miasta, zgodnie stwierdziliśmy, że to było niesamowite doświadczenie. Choć, nie ukrywam, że było to też odrobinę nierozważne z naszej strony.

Staś był dobrze przygotowany na deszcz
Na wąskiej górskiej ścieżce i w deszczu- kozice
Potem wodospad. To, co na zdjęciu wygląda przyjemnie, a czasem malowniczo, na górskim szlaku w deszczu jest nie lada wyzwaniem
Po przejściu wielu kilometrów i wielkim wysiłku, ostatni rzut oka na Wąwóz przed zejściem na dół

Czy polecamy?

Zdecydowanie polecamy trekking w Wąwozie Skaczącego Tygrysa, zwłaszcza zaprawionym górskim wędrowcom. Pod warunkiem ładnej pogody mogę polecić go nawet rodzinom z dziećmi w chustach i nawet na pierwszy trekking, choć to może wydawać się odrobinę nierozsądne. Jednakowoż, widoki z górnej ścieżki są warte tego wysiłku, jaki trzeba włożyć, by ową ścieżkę przejść, a trekking cieszy, nawet jeśli jest się amatorem i o górskich wędrówkach nie ma się wielkiego pojęcia. Natomiast na pewno warto uważnie śledzić pogodę i nie porywać się na tę wędrówkę w porze deszczowej, bo może to być niebezpieczne lub niemożliwe do zrobienia.

Deszcz i słońce w raju

Ostatnie dwa tygodnie naszej podróży spędziliśmy odpoczywając na tajskich wyspach. Każda z nich (a odwiedziliśmy zaledwie mały ułamek tego, co południowa Tajlandia oferuje)- była zupełnie inna od pozostałych, ze swoim własnym klimatem i odrębnymi atrakcjami. Pogodę na wyspach mieliśmy przewrotną (choć byliśmy tam miesiąc po zakończeniu pory deszczowej), co mogło mieć znaczenie przy odbiorze poszczególnych miejsc, wszak dużo przyjemniej odpoczywa się na rajskich plażach przy pięknym słońcu, a nie podczas burz; jednakowoż o tym, gdzie według nas na wyspach warto zatrzymać się dłużej, gdzie są najpiękniejsze plaże, gdzie najwięcej turystów, gdzie można zobaczyć ponad metrowe jaszczury, gdzie jest ukryta plaża, a gdzie według nas lepiej nie jechać (a w każdym razie nie z dzieckiem)- to wszystko poniżej. 

Krabi i plaża Rayley

Naszą przygodę zaczęliśmy w Krabi, jeszcze na stałym lądzie, dokąd przyjechaliśmy nocnym pociągiem z Bangkoku. Na miejscu zastała nas raczej polska wakacyjna pogoda z przekropnymi deszczami i niespecjalnie urodziwa plaża z nieprzyjemnym gruntem do pływania. Jednak po dwóch i pół miesiącach tułaczki, daleko nam było do narzekania, zwłaszcza że plaża, chociaż nie najpiękniejsza, była przy przekropnej pogodzie dość pusta. Ceny w Krabi były dość przystępne (chociaż przyjeżdżając na południe Tajlandii trzeba się liczyć z wyższymi, niż na północy cenami), a wybór wszystkiego duży- od hosteli, przez restauracje aż po produkty w marketach.
Ja byłabym skłonna zadowolić się wypoczynkiem w stylu Krabi, jednak Krukowi marzyły się bardziej rajskie plaże, toteż podczas pobytu w Krabi, zdecydowaliśmy się na wycieczkę motorówką (tak zwanym speedboat’em) do pięknej plaży Rayley. Podróż nie trwała długo (aczkolwiek nie należała do tanich), jednak z jakiegoś powodu, na plaży Rayley wszystko było inne: piasek aksamitny, plaża szeroka, dno morskie odpowiednie do kąpieli- nawet pogoda nam dopisała i przez cały dzień słońce świeciło tak mocno, że przez większość czasu plażowaliśmy w cieniu. Jednak nie ma miejsc idealnych: ceny też były tam wyższe, a wybór wszystkiego dużo mniejszy. Warto to mieć na uwadze, gdyby ktoś planował ominąć w swojej podróży Krabi i skupić się na Rayley. Jednakowoż blisko plaż Rayley jest też jaskinia do zwiedzenia, mała buddyjska świątynia w skale poświęcona tematowi płodności z mnóstwem rzeźb penisów w środku, a cała okolica jest podobno rajem do wspinaczki, toteż Rayley odwiedzić zdecydowanie polecamy.

Takie plaże i takie nastroje mieliśmy w Krabi 
A tak było na plaży Rayley, zaledwie kilkanaście minut motorówką z Krabi
Jaskinia niedaleko plaży Rayley- ciekawa odskocznia od plażowania
Co najmniej nietypowa świątynia płodności. Również ciekawa odskocznia od plażowania, nieprawdaż?

Ulewne deszcze i wielkie rozczarowanie

Niegdyś uznana za jedną z najpiękniejszych wysp na świecie, Koh Phi Phi, ostatnio dorobiła się też tytułu jednej z najbardziej zatłoczonych. Przyznaję, że my mieliśmy pecha i cały nasz pobyt na Koh Phi Phi pogoda oscylowała między kiepską a fatalną, ale choć jestem zupełnie w stanie zrozumieć, czemu dorobiła się drugiego tytułu, pierwszy wydał mi się absolutnie bezpodstawny. Koh Phi Phi jest teraz pokryta niekończącymi się pasażami restauracji, barów, straganów i studiów tatuażu, a same plaże wcale nie są spektakularne. Podobno są jakieś ładniejsze, do których (jak w przypadku Krabi i Rayley) można podpłynąć motorówką, ale my ze względów pogodowych się na nie nie zdecydowaliśmy. Na Koh Phi Phi ceny były relatywnie wysokie (nawet jak na wyspy), a jeśli chodzi o wybór, nie brakowało tam knajpek i restauracji, ale ciężko było znaleźć zwyczajny sklep.
Koh Phi Phi mogła nie przypaść nam do gustu jeszcze z jednego względu- oprócz tytułów najpiękniejszej i najbardziej zatłoczonej, słynie też z imprez do białego rana nad brzegiem morza- tego aspektu wyspy nie sprawdziliśmy. Widzieliśmy za to mnóstwo stoisk, gdzie można było kupić całe wiaderka drinków do samodzielnego sporządzenia i wyglądały one całkiem apetycznie. My jednak zadowoliliśmy się jednym wieczorem w barze przy plaży, gdzie Tata Kruk zamówił sobie piwo, Mamie Kruk kawę, a Synkowi Kruk herbatę. Największą imprezę miały wtedy komary, bo zapomnieliśmy się popsikać repelentami i pogryzły nas straszliwie.
Toteż Koh Phi Phi odradzamy- w każdym razie rodzinom z dziećmi, może imprezy tam są naprawdę warte przeżycia. Jeśli nie, ta wyspa zdecydowanie nie powinna znajdować się na liście wysp koniecznych do zobaczenia wśród tajskich wysp.

Nie ukrywam, że pogoda miała istotne znaczenie przy ocenie Koh Phi Phi
Ale staraliśmy się zachowywać dobrą minę do złej gry
A to są rzeczone wiaderka z gotowymi do przyrządzenia drinkami w dużej ilości

Co robić i gdzie być, gdy pada deszcz?

Spędziliśmy tam dużo przyjemnego czasu- Koh Lanta jest dużą i niezbyt popularną wyspą. Widoki nie zapierały tchu w piersiach, nie było tam niczego naprawdę spektakularnego- ale nie było też tłumów, wysokich cen i małego wyboru restauracji czy produktów spożywczych w sklepach. My mieliśmy tam przewrotną pogodę: bywały burze, bywało przekropnie, czasem, acz rzadko pogoda była iście plażowa. Burzowy czas spędzaliśmy zazwyczaj w naszym bungalow’ie- bambusowej chatce, którą tam wynajęliśmy- było przytulnie, choć trochę ciasno. (Nie było też ciepłej wody. To pewnie nie przeszkadzałoby przy świetnej pogodzie, ale i przy naszej przewrotnej szło się przyzwyczaić.) Byliśmy już zaprawieni w zajmowaniu Małego Człowieka na małej przestrzeni i z niewielką ilością zabawek, toteż nawet podczas burz, czas na Lancie spędzało nam się miło. Sporo też udało nam się spędzić czasu nad brzegiem morza, gdzie często byliśmy prawie jedynymi plażowiczami, bo byliśmy wystarczająco zdeterminowani, by plażować i kąpać się przy lekkim deszczu. Na szczęście na tajskich wyspach deszcze są na tyle ciepłe, że to tylko mała niedogodność. Poza tym, udało nam się też znaleźć bardzo przyjemną, szeroką plażę przy zatoce Kantiang z odpowiednim dnem morskim do kąpieli, gdzie przy okazji plażowania i wypoczynku podglądaliśmy pracę tamtejszych rybaków.
Spotykaliśmy na Lancie sporo rodzin z dziećmi albo starszych ludzi, co dobrze oddaje klimat tej wyspy- jest spokojnie i rekreacyjnie. Zdarzają się od czasu do czasu bary (sami znaleźliśmy i bardzo polubiliśmy jeden z nich) czy plakaty informujące o imprezach przy pełni księżyca (najpopularniejsza impreza wysp), ale generalnie Lanta raczej spodoba się nie bardzo wymagającym, spokojnym turystom, chcącym odpocząć też od tłocznego i imprezowego klimatu innych wysp.

Nasza ulubiona plaża na Lancie, zupełnie opustoszała ze względu na pogodę
Na szczęście nie potrzebujemy świetnej pogody i spektakularnej wyspy, żeby się dobrze bawić

Kraina ogromnych jaszczurów

Ta wyspa zachowała najwięcej dziewiczości ze wszystkich odwiedzonych przez nas wysp- na Koh Rok nie ma hoteli, hosteli, sklepów ani restauracji. Jest tylko jedno pole namiotowe na jedynej dostępnej dla turystów plaży. Co prawda organizowane są tam wycieczki z pobliskich wysp, więc turystów trochę się tam kręci, ale wystarczy odejść kawałek, żeby odnieść niesamowite wrażenie, że jest się jedynym człowiekiem na zapomnianej, rajskiej wyspie. Plaże są tam cudowne, woda idealnie turkusowa, widoki obłędne. I więcej jeszcze, w okolicach Koh Rok są świetne miejsca do snorkowania (pływanie z maską i rurką), gdzie można z bliska przypatrzeć się rafie koralowej i różnorodności podwodnego życia. I żeby tego było mało, na Koh Rok przetrwał gatunek wielkich jaszczurek, które przy odrobinie szczęścia można tam oglądać. My szczęście mieliśmy- bo nie dość, że udało nam się spotkać wielką jaszczurkę na Koh Rok, to pogoda świetnie nam tam dopisała i bardzo udały nam się snorkowania- Krukowi udało się zobaczyć ponad metrową rybę zaplątaną w nieużywaną sieć rybacką, a mi węża morskiego (snorkowaliśmy na przemian, jedno zajmowało się Stasiem na łódce, drugie snorkowało). Koh Rok zdecydowanie skradło nasze serduszka i było wartą nawet kosztownej wycieczki z Lanty, bardzo unikatową wyspą. Polecamy ją bardzo, jak również opcję z zostaniem tam na noc, która jawi się nam jako bardzo interesująca, jednak może odrobinę frustrować podróżujących z niskim budżetem (jak to w tak trudno dostępnych miejscach bywa, wszystko tam było ekstremalnie drogie).

Tak wygląda plaża na Koh Rok, gdy tylko odejdzie się kawałek od miejsca do pływania
A tak w najbardziej turystycznym jej miejscu
Ogromny jaszczur, który przyszedł zobaczyć, czy coś nie zostało z naszego obiadu. Największa atrakcja na Koh Roku

Raj na własność

Koh Kradan to wypadkowa pomiędzy dziewiczością Koh Rok, a jakąkolwiek infrastrukturą pozostałych turystycznych wysp. Koh Kradan nie ma ani jednego stałego mieszkańca, ale jest tam parę hoteli, przy każdym restauracja i słownie jeden, bardzo pusty sklepik. Są tam też rajskie plaże, na których często w zasięgu wzroku nie ma żywego ducha i widoki jak z najpiękniejszych pocztówek- zanim się tam znalazłam, zawsze myślałam, że te widoki z pocztówek są odrobinę przekoloryzowane. Teraz wiem, że nie są. Tam jest po prostu jak w raju. Bezpośrednio z plaż można snorkować- rafa koralowa zaczyna się jeszcze zanim człowiek dobrze zanurzy się w wodzie, a widok zachodzącego słońca oglądany z plaży dopiero co odkrytej przez odpływ był wprost zachwycający. Pobyt jednak na Koh Kradan miał też swoje wady: dziewiczość była okupiona wysokimi cenami, a brak konkurencji nie wymuszał na właścicielach turystycznej infrastruktury specjalnie wysokiej jakości usług. Ale po pobycie tam stwierdziliśmy, że było warto. Koh Kradan urzeka prawie całkowitą dziewiczością; to wspaniałe miejsce, żeby się zatrzymać i poczuć jak w innym świecie. Wtedy wydała mi się idealna na podróż poślubną, ale nawet z małym dzieckiem była wspaniała.

Na Koh Kradan nie musieliśmy się absolutnie wysilać, żeby znaleźć tak puste kadry
I takie. Tylko łódka na horyzoncie zdradza, że wyspa nie jest zupełnie opuszczona
Tutaj akurat w kadrze jakiś zamyślony mały człowiek
Fenomenalny zachód słońca na Koh Kradan

O plaży schowanej wśród skał

Ostatnia z odwiedzonych przez nas wysp: Koh Mook to dość turystyczna, ale nie bardzo zatłoczona wyspa, o ładnej plaży z przyjemnym do pływania dnem morskim (cały nasz wolny czas spędzaliśmy na zachodniej plaży, bo mieliśmy zaraz przy niej zakwaterowanie). Pogoda bardzo nam dopisała i udało nam się tam wspaniale wypocząć.
Warta do odwiedzenia na wyspie jest Szmaragdowa Jaskinia (Emerald Cave)- po pierwsze dlatego, że zwiedza się ją wpław, co samo w sobie jest ciekawym doświadczeniem- jaskinia jest całkiem spora, woda morska faluje w środku i obija się z hukiem o ściany, wszystko powiela głębokie echo. W części jaskini panują absolutne ciemności i jedyne, co widać, to światło latarki przewodnika. Ale najlepsze czeka na końcu- po przepłynięciu kilkudziesięciu metrów dopływa się do malutkiej, ukrytej między wysokimi skałami pięknej plaży. Wprost jak z jakiejś opowieści o piratach albo poszukiwaczach przygód. Wrażenie jest absolutnie niezwykłe, choć niestety nie mamy stamtąd żadnych zdjęć, bo nasza wodoodporna kamera nie dotrwała do tej części wycieczki. Napiszę przewrotnie: trzeba pojechać na Koh Mook i zobaczyć to na własne oczy. Naprawdę warto! Ewentualnie poszukać w wyszukiwarce internetowej. W pobliżu Emerald Cave można też snorkować, ale w porównaniu do Koh Rok i Koh Kradan, podwodne życie w pobliżu Koh Mook nie jest aż tak porywające.
Koh Mook była dla nas strzałem w dziesiątkę. Mieliśmy blisko do plaży, piękną pogodę, duży wybór knajpek i jedną, którą szczególnie sobie upodobaliśmy, bo właściciele mieli nie tylko genialne jedzenie, ale też dwójkę dzieci w wieku Stasia, zawsze chętnych do zabaw. Do tego Szmaragdowa jaskinia i ukryta za nią plaża. Na sam koniec trafiliśmy na nasz numer jeden wśród tajskich wysp.

Zachodnia plaża na Koh Mook
Pośród takich skał schowana jest Szmaragdowa Jaskinia
Nasz Mały Włóczykij nawiązujący ostatnie w tej podróży znajomości

Czy polecamy?

Oczywiście! Na tajskich wyspach każdy znajdzie coś dla siebie: dla aktywnych jest możliwość wspinaczki, nurkowania albo snorkowania, dla mniej aktywnych są przepiękne plaże i miejsca, gdzie można dobrze zjeść i wypić. Są wyspy imprezowe i te spokojniejsze. Dla rodzin z dziećmi, dla rodzin bez dzieci, dla nie-rodzin. My na pewno tam wrócimy, jeśli jeszcze kiedyś zawitamy w tamte strony.

Jaskinie, nietoperze i świątynie. Relacja z Hpa-An, pierwszego miasta Birmy

Hpa-An było pierwszym birmańskim miastem, w którym spędziliśmy trochę czasu. Zwiedzaliśmy w nim głównie świątynie- jednak pomimo że trochę już świątyń podczas tej podróży widzieliśmy, te absolutnie nie przypominały poprzednich. O tym, co je wyróżniało, napisałam poniżej.

Jaskinie, świątynie i nietoperze

W Hpa-An doskonale można poczuć, że buddyzm jest religią kultywującą naturę. Wiele z tamtejszych buddyjskich świątyń jest urządzonych w miejscach wyjątkowo ciekawych- w jaskiniach, na szczytach gór lub na nietypowym kamieniu. Czasem to tylko kilka pomników Buddy, podświetlonych w dość kiczowaty sposób i parę miejsc na datki- reszta to natura. To sprawia, że każda świątynia jest wyjątkowa i aż chce się je oglądać. Dodatkowo, dalekie są od spełniania jakichkolwiek norm bezpieczeństwa; to podnosi ryzyko, ale też przyjemność zwiedzania- próżno szukać tam barierek, ogrodzeń, ochroniarzy- jaskinie oprócz posągów Buddy i czasem ścieżek, są absolutnie nienaruszone, bywają ogromne- z ogromną ilością stalagimtów, nacieków i wielu innych form rzeźb krasowych. Chodzi się w nich na boso, co samo w sobie jest bardzo ciekawym doświadczeniem. Poza tym słychać pisk nietoperzy i trzeba uważać na kapiącą wodę. W jednej z jaskiń można było nawet pływać łodzią- pod niskim stropem jaskini było spore jezioro, po którym za niewielką opłatą lokalni mężczyźni obwozili łodziami.
Pomimo, że jaskinie te pełniły funkcje sakralne, to nie było tam tłoczno- ani modlących się, ani turystów nie było przesadnie dużo. To sprawiało, że jaskinie te wydawały się zaskakująco puste, dostojne, czasem monumentalne i bardzo zachwycające.

Wnętrze jednej ze świątyń w Hpa-An
Niektóre z jaskiń-świątyń były bardziej zagospodarowane przez człowieka, inne bardziej dziewicze
Staś część z nich zwiedzał na własnych stopach (bosych, jak to w buddyzmie)
Ogromne formy krasowe wewnątrz jaskini
Jeszcze jedno zdjęcie niesamowitych form krasowych jednej z jaskiń w Hpa-An
I mniejsze, za to przypominające kształtem wielkie, wiszące kwiaty

Jedna z jaskiń, Bat Cave (Jaskinia Nietoperzów), która zresztą również pełni funcje sakralne, jest znana z niesamowitego zjawiska- każdego popołudnia, gdy tylko się ściemni, wylatuje z niej ogromne stado nietoperzy na wieczorne łowy. Stado jest tak duże, że wylatującym wielką chmarą ssakom zajmuje to około dwadzieścia minut, zanim wszystkie opuszczą jaskinię. Rzecz to tyleż niezwykła, co monotonna, więc nam po kilku minutach tego przestawienia trochę się zaczynało dłużyć, cóż dopiero mówić o Stasiu, chociaż wyglądało to dość spektakularnie. Na pewno warto podjechać do Bat Cave w godzinie zmierzchu i wziąć udział chociaż w części niesamowitego nietoperzego przedstawienia.

To najlepsze zdjęcie, jakie udało nam się zrobić po zmierzchu i w ruchu- stado nietoperzy wylatujących ze świątynnej jaskini na nocne łowy

Inna ze znanych świątyń jest usytuowana na szczycie kamienia o bardzo nietypowym kształcie. Co prawda świątynia, jak wiele innych świątyń (po obejrzeniu ich w sporej ilości, buddyjskie świątynie przestały robić na nas wrażenie, chyba że coś je bardzo wyróżnia), ale sam kamień był wart zobaczenia- w kształcie wielkiej maczety, wąski na dole i szeroki u góry ze świątynką na szczycie. Niektórym nie przyszłoby do głowy, by się na niego wspinać, a ktoś inny postanowił zbudować tam budynek.

Wspaniałe dzieło natury wykorzystane, ale nie zniszczone przez człowieka

Hpa-An w pigułce

Słowem- buddyjskie świątynie w Hpa-An są świetnym pretekstem do oglądania prawie zupełnie nienaruszonych przez człowieka jaskiń i innych cudów natury w okolicy. Nawet jeśli buddyjskie świątynie są zazwyczaj podobne do siebie, to te w Hpa-An zdecydowanie warto zobaczyć właśnie ze względu na ich ciekawe usytuowanie. Jeśli jedzie się drogą lądową z Tajlandii do Birmy, postój w Hpa-An jest prawie konieczny- ze względu na długie i bardzo męczące przejazdy birmańskimi drogami. Jest to jednak miasteczko ciekawe i jest tam co oglądać, odpoczywając przed kolejną długą przeprawą.

O cesarzu, który bardzo bał się śmierci- Terakotowa Armia i Xi’an

Jedna z największych atrakcji turystycznych Chin, Terakotowa Armia, mnie z jednej strony odrobinę rozczarowała, z drugiej zaskoczyła. Okazała się też jedną z najdroższych atrakcji Chin, na którą sobie pozwoliliśmy. Za to Xi’an, miasto koło którego się znajdowała, zdziwiło nas tylko pozytywnie. O tych wszystkich zdziwieniach napisałam dla Was poniżej.

Po co komu Terakotowa Armia?

To wszystko sprawka pierwszego cesarza dynastii Qin (zmarł w 210 roku p.n.e.), który podobno już w wieku trzynastu lat postanowił, że chce być pochowany wraz z ogromną (liczącą ponad osiem tysięcy posągów) armią z terakoty, która po śmierci miała go chronić i pomóc mu w odzyskaniu władzy. Jako cesarz mógł sobie pozwolić nie tylko na to, żeby jego mauzoleum zajmowało powierzchnię ponad sto metrów kwadratowych, ale i na to, by w prace nad teraktowymi żołnierzami strzegącymi jego pośmiertnego spokoju zaangażować ponad siedemset tysięcy ludzi na prawie czterdzieści lat. Badania nad Terakotową Armią sugerują, że każdy z żołnierzy ma nawet inny wyraz twarzy.
To wszystko brzmi niesamowicie. Próbowałam sobie wyobrazić tego trzynastolatka, który- oczywiście- nie bawi się z rówieśnikami, bo jest cesarzem; ale ciężko mi było zrozumieć, jak bardzo musiała zaprzątać mu głowę myśl o śmierci, że posunął się do aż takiego rozmachu w budowie swojego grobowca.

Mała część wielkiego mauzoleum
To najbardziej majestatyczny rzut oka na Armię

Co w tym rozczarowującego?

Rozczarowujące w tym wszystkim jest to, że tego rozmachu nie widać. Terakotowa Armia jest ciągle w trakcie rekonstrukcji dokonywanej przez grupy archeologów, toteż nie wszystko i nie tak, jak się spodziewałam, można tam obejrzeć. Na miejscu można wejść do oddzielnych budynków, w których są doły, a w dołach- zależy; w jednym wielkie wały ziemi i trzeba na słowo uwierzyć, że tam jest Terakotowa Armia, w innym odkopani już żołnierze, ale porozrzucani i zdekompletowani, jak stare, niechciane zabawki. W kolejnym można zobaczyć archeologów, którzy przypasowują torsy do nóg i układają koło siebie, jak wielkie, niezrozumiałe dla laika puzzle, a tylko w jednym z budynków, Terakotowa Armia dostojnie się pręży i można poczuć jej majestat. Ale jej żołnierze stoją w swoim dole, więc zobaczyć różnice w wyrazach twarzy niepodobna. Jedna z figur z każdego typu, ładnie zachowana i odrestaurowana, stoi co prawda dumnie u góry, na wysokości wzroku. Jak już się przebije przez tłum tyrustów można podejść i spojrzeć im głęboko w oczy, ale to wciąż nie sprawia, że można poczuć rozmach tego dzieła.
Toteż, w zderzeniu z moimi oczekiwaniami, Terakotowa Armia była trochę rozczarowująca- spodziewałam się figur w dużo większej ilości i bardziej dostępnych. A zobaczenie ich wymagało przedarcia się przez spory tłum i było całkiem drogie.

W tych kopcach na prawo i lewo też są szczątki Terakotowej Armii. Po środku porozrzucane elementy, czekające na swoją kolej

Co w Terakotowej Armii pozytywnie mnie zaskoczyło?

Jestem z natury optymistycznie nastawionym człowiekiem i w zwiedzaniu Terakotowej Armii również znalazłam mały pozytyw, który bardzo mnie zaskoczył i ucieszył. Mianowicie, nigdy nie miałam okazji podejrzeć pracy archeologów z tak bliska. Dopasowujących części terakotowych żołnierzy, jak ogromnej układanki albo siedzących za biurkiem z jakimś elementem, nad którym właśnie pracują. Co do końca robią? Nie wiem. Ale trochę im pozazdrościłam, że ich codzienna praca pozwala na obcowanie z czymś tak majestatycznym, nawet jeśli to tylko mały ułamek czegoś majestatycznego.
A przy okazji ucieszyłam się, że miałam okazję nie tylko zobaczyć Terakotową Armię, ale też podejrzeć archeologów podczas ich zwyczajnego dnia pracy. W tak niezwykłym miejscu.

Bardzo skomplikowane puzzle
Wygląda na niesamowitą pracę!

Co poza tym w Xi’an?

Xi’an słynie z tego, że nieopodal (niecałą godzinę drogi) znajduje się Terakotowa Armia. W związku z tym nie narzeka na brak turystów, ale samo w sobie raczej kusi nocnym życiem, niż atrakcjami. Są tam dwie wieże- Wieża Bębna i Dzwonu (Drum Tower i Bell Tower), które kiedyś obwieszczały ludności wschód i zachód słońca, a teraz po zachodzie słońca, są pięknie podświetlone. W ogóle w Xi’an po raz pierwszy odkryliśmy, że Chińczycy opanowali grę światłem w podświetlaniu obiektów do perfekcji. Można też na wieże wejść i obejrzeć podświetloną starówkę miasta. W dzielnicy muzułmańskiej prężnie działa nocny targ, na którym można zakupić zarówno bardzo dziwne, jak i bardzo smaczne jedzenie, a całe centrum Xi’an pełne jest barów i knajpek i aż kipi życiem po zmroku. Jako młodzi rodzice nie nacieszyliśmy się tym faktem przesadnie, ale nasz krótki pobyt w Xi’an, nawet pomimo deszczowej pogody, bardzo nam się podobał.

Pięknie podświetlona Bell Tower w Xi’an

Czy polecamy?

To wyjątkowo trudna kwestia, naprawdę sama nie wiem, czy to doświadczenie polecam. Uważam, że Terakotowa Armia nie jest warta swojej ceny, ale z drugiej strony jest czymś na tyle unikatowym, że trudno nie uwzględnić jej w swoich podróżniczych planach; rozczarowujące może być to, jak duża część Armii nie jest jeszcze przygotowana do oglądania, z drugiej strony samo przygotowywanie jej do oglądania też jest ciekawym do podpatrzenia zjawiskiem.
Xi’an jest miłym miejscem do spędzenia w nim czasu, zwłaszcza jeśli nie jest się młodym rodzicem, bo słynie z nocnego życia. Jednak uważam, że warto do niego zajrzeć tylko, jeśli ma się w planach odwiedzić Terakotową Armię.

 

Beijing czyli Północna Stolica

Mieliśmy odnośnie Pekinu sporo dyskusji. Jechać czy nie jechać? Na jego niekorzyść przemawiała odległość (docelowo zmierzaliśmy na południe Chin, jadąc do Pekinu oddalaliśmy się sporo na północ), a co za tym idzie kłopotliwy i drogi transport, jak i to, że to kolejną wielka metropolia. Na korzyść- Zakazane Miasto, Tiananmen i Mur Chiński w pobliżu. Kruk już chciał zrezygnować, ja się upierałam, Staś pozostawał bezstronny. Finalnie zdecydowaliśmy się jechać tam nocnym pociągiem z miejscami do siedzenia. Dość wygodnymi, ale tej nocy nie spaliśmy dobrze. Mi po drodze włączyły się wizje zamachowców w pociągu, toteż do Pekinu przyjechaliśmy ekstremalnie zmęczeni. Na szczęście Pekin wynagrodził nam trudy podróży i okazał się wielką metropolią wartą obejrzenia.

Zakazane Miasto

To kompleks pałacowy w samym centrum Pekinu, tuż obok placu Tiananmen. Został zbudowany w XV wieku (nie mogłam się oprzeć i sprawdziłam, że to mniej więcej wtedy, co Machu Piccu) i służył za dom kolejnym 24 cesarzom dynastii Ming i Qing.
Nazwa okazuje się bardzo sensowna- kompleks jest tak duży, że z powodzeniem mógłby być uznany za miasto w mieście; zakazane dlatego że tylko nieliczni, ważni urzędnicy i dworzanie mieli tam wstęp. Przejście przez kompleks nasunęło mi skojarzenia z buddyjskimi świątyniami- przejście przez Zakazne Miasto składało się z przejść przez liczne place, które prowadzadziły do kolejnych pałaców. Stojąc na dziedzińcu widziało się tylko kolejny pałac i dopiero po przejściu przez wszystkie, miało się realne wyobrażnie o wielkości obiektu. Na pierwszym placu kilka razy do roku mogli zbierać się zwykli ludzie, kolejne były już zastrzeżone tylko dla wybranych. Niemniej, w moim odczuciu wszystkie były podobnie wykwintne. W ogóle po dłuższym spacerze odnosiłam wrażenie, że wszystkie te place i pałace, są do siebie niezmiernie podobne i można by tam się kręcić w kółko. Spacer kończył się w cesarskich ogrodach. Całość jest wspaniale zachowana (pomimo rewolucji kulturalnej, podczas której komuniści niszczyli wszystkie zabytki i dorobek kulturowy) i świetnie działa na wyobraźnię. Bez problemu można odnieść wrażenie, że trafiło się na dwór cesarski podczas jakiegoś święta (stąd tłumy) i ma się rzadką okazję popatrzeć na przepych cesarskiego domu.

Podobny widok miał cesarz chiński ze swojego pierwszego pałacu parę razy do roku, kiedy na pierwszym placu mogli zbierać się zwykli ludzie. Chociaż pewnie było więcej ludzi
Kruk na początku liczył smoki występujące na zdobieniach. Szybko spasował
Po przejściu przez wiele placów i pałaców dotarliśmy do części mieszkalnej
Spacer wieńczyły cesarskie ogrody ze świątynią

Plac Niebiańskiego Spokoju

Plac Tiananmen to największy plac na świecie, główny plac w Pekinie, przylegający do cesarskiego pałacu, a teraz wykorzystywany jako plac defiladowy, na którym odbywają się wszelkie państwowe uroczystości. Na bramie do cesarskiego pałacu wisi teraz wielki portret Mao Zedonga. Plac jest jednak głównie znany ze swojej ciemnej historii- z masakry dokonanej na studentach w 1989 (która de facto wydarzyła się na ulicy prowadzącej do Placu, o ironio, Niebiańskiego Spokoju). Protest zaczął się od demonstracji studentów i intelektualistów popierającej demokratyczne zmiany w państwie. Demonstracja przerodziła się później w strajk głodowy, a na koniec we wspomnianą masakrę, która pochłonęła rzesze ludzi (dokładna ilość nie jest znana, źródła podają bardzo różne wartości). Teraz na placu znajduje się mauzoleum Mao Zedonga (do którego nie wchodziliśmy), jest stamtąd widok na Zakazane Miasto, ale sam plac wydaje się mało interesujący i poza symboliką, niewiele ma do zaoferowania.

Udało nam się uchwycić prawie pusty plac. W rzeczywistości ciągle były na nim tłumy
Zwyczajny dzień na placu Tienanmen

Buddyjska Świątynia Lama’s Temple

Bodaj najpopularniejsza buddyjska świątynia w Pekinie, na której placach było duszno od dymu kadzideł, w świątyniach słychać było modlących się mnichów, można było zakręcić młynkiem modlitewnym i zapatrzeć się na wielkie posągi Buddy. Lubimy sobie w takich miejscach wyobrażać, że żyjemy wiele lat temu i ogromne posągi, ogólny przepych i woń kadzideł robi na mnie tym większe wrażenie, łatwo wtedy poddać się sakralnemu uniesieniu. Warto jednak pamiętać, że pomimo, że Lama’s Temple jest bardzo turystycznym miejscem i równie łatwo można spotkać mnicha medytującego w świątyni, co mnicha z tabletem w ręku, jest to wciąż miejsce pielgrzymek wyznawców buddyzmu.

Budda o wyjątkowo radosnej twarzy
W każdym kolejnym budynku kolejne posągi buddy
Mnich w przerwie między modłami, sprawdza wiadomości na facebooku
W buddyźmie wierzy się, że modlitwa działa, jeśli jest w ruchu. Stąd kręcenie młynkami z wyrytymi modlitwami albo powiewające na wietrze chorągiewki

Street market

Jedzenie tam tak nas zaskoczyło, że nic nie spróbowaliśmy. Przywitał nas widok żywych malutkich skorpionów nadzianych na kijki i gotowych do upieczenia; były też macki ogromnych ośmiornic, karaluchy, koniki morskie i skorpiony normalnej wielkości. Na szczęście żywe były tylko te małe skorpiony, ale skutecznie odebrały nam apetyty. Z bardziej znanych nam rzeczy można było zjeść pocięte smażone ziemniaki, owoce maczane w gęstym cukrowym syropie albo nadziewane bułki gotowane na parze w specjalnych bambusowych koszykach.
Ten street food zrobił na nas ogromne wrażenie- przede wszystkim porządnie zaskoczył, poza tym, ma to swój klimat: przejść się wąską uliczką, na której mieszają się wszystkie możliwe zapachy, a handlarze krzykiem zachęcają do zjedzenia ich specjałów.
Toteż nasyciliśmy nasze zmysły węchu, wzroku i słuchu do syta. Na zmysł smaku czas przyjdzie później.

Takie widoki wyjątkowo źle wpłynęły na nasze europejskie apetyty
I takie. Te były jeszcze żywe
I jeszcze wije. Kuchnia raczej dla odważnych

Pekin w pigułce

Być może po Szanghaju już trochę przywykliśmy do tłumów, bo w stolicy nie przeszkadzały nam aż tak. Być może była to kwestia naszego hostelu, który był ulokowany tylko kilka stacji metra od placu Tienanmen i tym samym nie spędzaliśmy długich godzin na podróżowaniu metrem, by dostać się do wielu atrakcji. Ale najważniejsze było chyba to, że miejsca, które oglądaliśmy w Pekinie pozwalały na chwilę zanurzyć się w zupełnie innym świecie: pałacu cesarskim, świątyni, tłocznym bazarze, toteż łatwo było zapomnieć o ogromnej metropolii, w której się w istocie było. Dlatego też przywozimy ze stolicy Państwa Środka bardzo miłe wspomnienia i możemy ją śmiało polecać innym podróżującym.

Songpan i niewyobrażalnie piękna kraina

Songpan, miejscowość położona w północnym Syczuanie, leży na prawie czterech tysiącach metrów i jest główną bazą wypadową do eksplorowania pobliskich Parków Narodowych i Krajobrazowych. Najpopularniejszy z nich, Park Narodowy Jiuzhaigou po ostatnim trzęsieniu ziemi w sierpniu tego roku został zamknięty na czas przynajmniej dwunastu miesięcy. Dowiedzieliśmy się o tym na krótko przed wyjazdem do Songpan i nawet przez chwilę się zastanawialiśmy, czy jechać. Ostatecznie się zdecydowaliśmy i była to jak do tej pory najlepsza decyzja tej wycieczki.

Szczęście w nieszczęściu

Parki, które udało nam się zobaczyć, były niewyobrażlnie ładne. Ale nasze szczęście nie na tym polegało. Nie zdawaliśmy sobie wcześniej sprawy, że dylemat czy jechać do Songpan, skoro główna jego atrakcja jest zamknięta, mieliśmy nie tylko my. Wiele zorganizowanych wycieczek zostało odwołanych, a i pewnie wielu prywatnych turystów zmieniło swoje plany (w końcu chiński turysta może równie dobrze pojechać tam za rok. My nie). Toteż Songpan, nawet pomimo chińskiego narodowego święta, pozostało spokojną mieściną, w której z radością odpoczywaliśmy od metra, tłumów i zgiełku, a odwiedzone przez nas parki były piękne, spokojne i niemalże puste.
Wszystkie trzy miejsca, do których dotarliśmy były w odległości około czterdziestu minut do godziny jazdy samochodem od Songpan. Jeżdżą tam też busy, ale bardzo wcześnie rano, a nasz hostel organizował tam wycieczki, na które dla wygody się zdecydowaliśmy.

Kaskadowe jeziora w parku Huanglong

Nasz niekwestionowany numer jeden to Park Narodowy Huanglong. Słynie z kaskadowych jezior, unikalnych na świecie (jest tylko parę miejsc na ziemi, gdzie można coś takiego zobaczyć), ale cały park zapiera dech w piersiach i to nie tylko z powodu dużej wysokości nad poziomem morza. W Huanglong zachowała się dziewicza natura, potężne, stare drzewa, niewielkie, ale rozległe wodospady, duża jaskinia z ogromną ilością stalaktytów i dwie buddyjskie świątnie na końcu trasy widokowej. Zwykle w naturze zachwyca mnie to, co monumentalne- wielkie góry, potężne wodospady, rwące rzeki; w Huanglong właściwie nic takie nie było, park był cichy, spokojny, dostojny, a przy tym niesamowicie piękny w detalach. Zachwycały kolory i formy, spokojna woda, grunt, roślinność, kamienie, wszystko. W Huanglong nie było nic monumentalnego, a był przepiękny. W mojej prywatnej skali piękna to niesamowity wyczyn.

Staś śpi, my się zachwycamy
Właściwie co kawałek kolejny piękny widok
Na końcu ścieżki znajduje się buddyjska świątynia

Żeby przejść cały park potrzebowaliśmy około pięciu godzin (trzy na wspinaczkę w górę, dwie na powrót; z mniej więcej czterema przerwami) i była to głównie wspinaczka po drewnianych schodach. W alternatywie była kolejka linowa, ale w tym wypadku uważam to za wyjątkowo kiepskie rozwiązanie, bo właściwie cały czas podczas wspinaczki napotykaliśmy na coraz piękniejsze miejsca, których z kolejki nie byłoby widać. Dla nas był to spory wysiłek, ale też ogromna satysfakcja. I obłędnie piękne widoki. Tak piękne, że zastanawialiśmy się z Krukiem czy to nie jest najpiękniejsze, co w życiu widzieliśmy. Chociaż nie mogliśmy tego stwierdzić z całą pewnością, to zdecydowanie Park Narodowy Huanglong jest miejscem pięknym i niesamowitym.

Krystalicznie czyste jeziora Muni Gu

Park Krajobrazowy Muni jest podobno małą namiastką zamkniętego teraz Parku Jiuzhaigou- jeśli tak, park ten nie bez powodu jest główną atrakcją okolicy. Jeziora w Muni miały rzadko spotykane kolory od jasno zielonego po modry i bez względu na to, jak były głębokie, zawsze idealnie było widać ich dno. A cała okolica parku była piękna i nienaruszona przez człowieka (poza pozostałościami po buddyjskiej świątyni, które w tym wypadku dość mocno szpeciły teren parku). Oprócz krystalicznie czystych jezior były tam też gorące źródła, w których można było moczyć nogi- chociaż „gorące” były tylko z nazwy- myślę że nie miały więcej, niż dwadzieścia stopni Celsjusza.

Muni Gu jest podobno namiastką największego, zamkniętego teraz parku
Jesienne kolory czyniły go jeszcze bardziej niesamowitym
Zdjęcie bez żadnych filtrów i żadnego fotoshopa
Niestety, w pewnym miejscu w parku były pozostałości po buddyjskiej świątyni z mnóstwem chorągiewek modlitewnych porozwieszanych między drzewami i leżących na ziemi

W przeciwieństwie do Hauanglong, po dolinie Muni głównie spacerowało się po płaskim terenie, dlatego trzy godziny tam spędzone, były raczej przyjemnym spacerem, niż wysiłkiem. Przyjemnym spacerem z bobasem w chuście, rzecz jasna.

Wodospad Zhaga

Jest to część Parku Krajobrazowego Muni Gu i można tam wejść kupując jedną wejściówkę. Teren wodospadu jest w porównaniu do dwóch poprzednich miejsc niewielki i składa się na początku z niskich, ale rozległych wodospadów- (ciekawe, bo pośród spływającej wody rosły drzewa), a później z imponujących rozmiarów właściwego wodospadu. Można wspiąć się prawie do samego szczytu wodospadu, co pozwala poczuć jego wielkość i daje przyjemne uczucie satysfakcjonującego zmęczenia.
My pod sam wodospad wspinaliśmy się po kolei, jedno wchodziło (Kruk nawet chwilę wbiegał, taki jest szalony), a drugie czekało ze Stasiem na dole, gdzie był widok na majestatytczny wodospad, a Staś miał czas na swoje fikanie.

Bardzo zmęczeni i bardzo szczęśliwi
Dość zaskakujący widok
Mama się cieszy, że tu dotarła
A potem wspięła się jeszcze wyżej

Cała wizyta zajęła nam około półtorej godziny i oprócz relatywnie krótkiej wspinaczki przy wodospadzie, była raczej spokojnym spacerem, tak jak pierwsza część parku Muni Gu.

Chłód i deszcz w Songpan

Sam Songpan raczył nas chłodną, a czasem deszczową pogodą i wiecznym zimnem w hostelu (ale mieliśmy tak wielkie żarówki w łazience, że dogrzewaliśmy się, zapalajac w łazience światło), ale niesamowite piękno krainy, w której jest położony rekompensował te i wszystkie inne niewygody podróży. Chociaż z chęcią wróciliśmy na południe łapać resztki lata, to wizyta w Songpan była jak dotąd najlepszym punktem tej wycieczki.

 

Wielki Chiński Mur

Chyba pierwsze skojarzenie z Chinami, “must see” każdego odwiedzającego ten kraj- Wielki Mur Chiński. No, może poza Krukiem, którego do Muru trzeba było sporo przekonywać, ale ostatecznie dał się namówić i zdecydowanie nie żałował.

O Wielkim Murze

Wielki Mur Chiński to pojęcie, które odnosi się do całego szeregu umocnień na północy Chin i w zdecydowanej większości miejsc wcale nie wygląda, jak ten Wielki Mur, który przywykliśmy oglądać w mediach. W tylko nielicznych jest ładnie odrestaurowany i udostępniony dla zwiedzających. To sprawia, że te miejsca są lepem na turystów, do których prowadzą drogie busy lub prywatne taksówki, na miejscu można zakupić całą masę pamiątek, a na sam Wielki Mur wjechać kolejką linową. A żeby było ciekawiej, zjechać można w wielkiej zjeżdżalni na specjalnym siedzisku. Powaga.
Krukowi najbardziej marzyło się zobaczyć taki nieodrestaurowany, dziki fragment Muru, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że szkoda by było podjechać spory kawałek drogi, by na miejscu odkryć, że z jakiegoś powodu nie jesteśmy w stanie do takiej nieodrestaurowanej części Muru dotrzeć i wcale Muru nie zobaczyć.

Podróż do Muru

Postaraliśmy się więc wybrać na najmniej uczęszczany, ale turystyczny fragment Muru- padło na miejscowość Mutianyu. Okazało się, że w pobliże jeździ miejski autobus z Pekinu, a z jego przystanku można się zabrać taksówką (można też dalej jechać autobusami, ale te na ostatnim kawałku nie jeżdżą przesadnie regularnie)- i całość nie wychodzi wcale drogo. Jeszcze w autobusie spotkało nas niemiłe zaskoczenie, bo oto pewien pan w pewnym momencie zaczął nas instruować, że do „Great Wall” mamy wysiadać tutaj, energicznie postulując jakiś przystanek. Rzeczywiście powinniśmy byli wysiąść znacznie później, ale owy pan chciał nas wyciągnąć do swojej prywatnej taksówki i zwyczajnie naciągnąć na większe pieniądze. Ja mu zaufałam, jeszcze się cieszyłam, że spotykamy takich uczynnych ludzi na trasie, ale Kruk trzymał rękę na pulsie (a wzrok na GPSie) i nie dał się wykiwać. Toteż bez większych problemów i tylko z planowanymi uszczerbkami w portfelu, dotarliśmy do Wielkiego Chińskiego Muru. Widok już z dołu był imponujący: biała wstęga Muru wiła się między szczytami i nie sposób było określić, gdzie właściwie się kończy, a gdzie zaczyna. Nawet pomimo mgły (lub smogu), Mur robił naprawdę duże wrażenie.

Podróż pod Murem

Czytaliśmy, że piesze podejście pod Mur zajmuje około pół godziny, uznaliśmy że nawet ze Stasiem w chuście powinniśmy dać radę, toteż z kolejki linowej zrezygnowaliśmy. Zjeżdżalnia w drodze powrotnej trochę nas kusiła, ale raz, że Staś, a dwa, że to całkiem droga atrakcja, także chcąc niechcąc, na Mur wspinaliśmy się pieszo z bobasem na plecach lub na brzuchu, zawstydzając tym samym prawie sto procent pozostałych turystów. I faktycznie, nie trwało to długo.

Na trasie pustki

Podróż wzdłuż Muru

A widoki z góry rekompensowały wszystko. Piękne szczyty, porośnięte bujną, zieloną roślinnością poprzedzielane surowym, masywnym Murem, który wił się dookoła nich, jak gdyby był tam od zawsze, jakby był naturalnym elementem tych wzgórz.
Dodatkowo albo mieliśmy sporo szczęścia, albo dokonaliśmy naprawdę dobrego wyboru miejsca, bo zdarzało się, że na Murze nie widzieliśmy nikogo poza nami (może to kwestia mgły. Czy tam smogu). Toteż przechadzaliśmy się w tą i z powrotem rozkoszując się widokami; pierwotnie mieliśmy pomysł, żeby dojść aż do nieodrestaurowanej części, ale długi spacer w jedną stronę uświadomił nam, jak wielki jest ten Wielki Mur i spasowaliśmy. Zamiast tego pozwoliliśmy Stasiowi pokonać parę stopni samodzielnie (pokonał! Powspinał się po Wielkim Chińskim Murze!) i spędzaliśmy po prostu spokojny czas na tym niesamowitym tworze ludzkich rąk. Mamy dla Was kilka zdjęć:

Mama mówi, że widoki zachwycające
Parę schodów zdobyłem samodzielnie. A co!
Mama zachwyca się też swoimi chłopakami
Na koniec uznałem, że taki mur to dobra okazja do posiłku i gimnastyki

Bardzo polecamy

Zgodnie przyznaliśmy, że było naprawdę warto. Kruk, bardzo lubiący przyrodę i ja, lubiąca wytwory ludzkich rąk, oboje znaleźliśmy coś dla siebie. Staś też, bo miał sporo czasu na fikanie. Wielki Mur Chiński naprawdę robi niesamowite wrażenie. A na nieodrestaurowane części przyjdzie czas w kolejnej podróży, jeśli jeszcze kiedyś tu wrócimy. Na zjazdy wielkimi zjeżdżalniami też.

O wielkim mieście i starych Chinach- krótka relacja z Szanghaju i okolic

Szanghaj jest największym miastem Chin i jedną z największych metropolii świata. Zazwyczaj to dla nas wystarczająca recenzja, by takich miast unikać; pewnie gdyby nie długi lot właśnie tutaj, w ogóle byśmy się tu nie zatrzymali. Nie jesteśmy fanami tłoku, korków i wieżowcowych panoram, nie przepadamy podróżować godzinami podziemnymi labiryntami metra (chociaż to bywa w pewien sposób fascynujące) i zwiedzać w ścisku turystów.

Co amatorzy spokoju polecają w Szanghaju

W Szanghaju pozwoliliśmy sobie na sporą dawkę odpoczynku (nawet Staś chętnie z nami odsypiał, pomimo że przespał prawie cały nocny lot), ale postawiliśmy sobie za cel poszukać jakichś interesujących miejsc. I je znaleźliśmy. Przede wszystkim interesujący okazał się park przy People’s Square, który od czasu do czasu pełnił rolę biura matrymonialnego (opisałam go w Czterech pierwszych zdziwieniach); okazuje się, że tradycja swatania dzieci przez ich rodziców w Chinach jest dalej żywa. Mam nadzieję, że to taka tradycyjna wersja portali randkowych i w ten sposób wybrani młodzi ludzie mają okazję się poznać i dokonać samodzielnych wyborów. Mamy w planach spać w Chinach nie tylko w hostelach, ale też u gospodarzy z couchsurfingu i jeśli tak się stanie, koniecznie o to dopytam.
Wracam jednak do naszego pobytu w Szanghaju- po wizycie w tym przedziwnym parku przeszliśmy się najbardziej znaną sklepową aleją, Nanjing Road (która zrobiła na nas średnie wrażenie; była imponujących rozmiarów i imponująco zatłoczona) i dotarliśmy do Bundu, czyli nabrzeża rzeki Huangpu, skąd rozpościera się widok na wieżowcową część miasta, ze wszystkimi jej drapaczami chmur i ze słynnym wieżowcem wyglądającym jak otwieracz do piwa. Po zmroku, kiedy wszystko jest podświetlone na milion różnych kolorów wygląda naprawdę ładnie.

To którędy idziemy?

Bund najlepiej prezentuje się po zmierzchu

Stamtąd wzdłuż rzeki przeszliśmy się do Yu Garden, ogrodów, w których można podejrzeć rosnące bambusy, a które łączą się ze starą częścią miasta. Część z budynków jest odrestaurowana i przerobiona na sklepy i atrakcje dla turystów, jednak zanim ją znaleźliśmy, udało nam się znaleźć fragment Szanghaju, który zdecydowanie nie wyglądał jak ten z pocztówek i przewodników- przechodziliśmy pomiędzy ciasno upakowanymi budyneczkami o orientalnym dla nas wyglądzie, dookoła rozmieszczone były stragany i warsztaty, golibroda golił kogoś na środku ulicy, w oknach suszyło się pranie i aż trudno było uwierzyć, że to serce wielkiej metropolii. To było naprawdę ciekawe doświadczenie.

Takie widoki dwadzieścia minut od ścisłego centrum Szanghaju

Kiedy potem znaleźliśmy tę odrestaurowaną część, nie mogliśmy odmówić jej uroku i klasy- wyglądała dokładnie tak, jak się oczekiwało; dominował kolor czerwony i żółty, daszki miały specyficzny kształt, pełno było lampionów, smoków i innych zdobień- ale pełno też było turystów i ciężko było nie odnieść wrażenia, że wszystko to jest odrobinę sztuczne.

Staś uznał, że taka wersja starych Chin to jednak komercja i on idzie spać

I przespał naprawdę ładne miejsca

Podróż do Tong li

To zainspirowało nas do poszukiwania prawdziwych starych Chin, oczywiście w miarę możliwości. Następnego dnia, w którym zamierzaliśmy kręcić się dalej po Szanghaju, zamiast tego, wybraliśmy się do Tong li, tysiącletniego miasteczka, w którym zachowała się stara zabudowa, a dodatkowo nie było przepełnione turystami. Po dość długiej podróży szybką koleją, później busikiem, a na końcu pieszo, znaleźliśmy to, czego szukaliśmy. Co prawda Tong li na turystów czeka i jest gotowe na przyjęcie znacznej ich ilości, ale jeszcze można się w nim zupełnie zgubić i zanurzyć w jego klimacie. Co więcej, część z domów jest jeszcze zamieszkała, więc przed starymi domkami stoją współczesne skutery, a gdy przechodziliśmy obok kanału, Chinka płukała w wodzie owoce. Tong li jest całe poprzecinane kanałami, co dodaje mu uroku, a spragnieni wrażeń, mogą się przepłynąć stara łodzią. Można tu skosztować tradycyjnych wypieków (i tylko zgadywać, które będą słone, a które słodkie), ale można też kupić cała gamę współczesnych pamiątek. Można obejrzeć od środka stare chińskie domy co ważniejszych osobistości (które wyglądały zupełnie jak w „Mulan”!), z okrągłymi przejściami, sadzawkami i pięknymi ogródkami. A przede wszystkim, poczuć się chociaż przez chwilę jak w podróży w czasie i zanurzyć się w duchu historycznych, starych Chin.

Zwyczajny ładny widok w Tong li

I niezwyczajny dom

Chłopacy zapatrzyli się na łodzie

Część dotąd zamieszkana- z miniaturowymi okienkami

Toteż, chociaż nie zabrzmi to najlepiej, najbardziej z Szangahju podobało nam się Tong li, miasteczko oddalone od niego o wiele kilometrów. Pomimo że stamtąd ruszyliśmy od razu do Pekinu (bo upierałam się jak kózka przy Wielkim Murze i Zakazanym Mieście), postanowiliśmy że resztę podróży spędzimy raczej w małych miejscowościach, rozkoszując się ich spokojem i odrobiną autentyczności.