Kobiety z plemienia Karen

Plemię Karen to jedna z najstarszych społeczności Azji Południowo-Wschodniej. Chociaż zamieszkują też Tajlandię, ludzie z plemienia Karen w rzeczywistości są uchodźcami z Birmy, którzy w Tajlandii mogą przebywać, ale nie mają prawa opuszczać swoich wiosek. Kobiety z tego plemienia noszą na szyjach grube i ciężkie obręcze, które mają sprawiać, że ich szyje będą długie- stąd nazywa się je Długimi Szyjami (Long Neck) i z tego są znane na całym świecie.

Czy to już ludzkie zoo?

Trudno nie odnieść wrażenia, że coś jest nie tak z tą atrakcją. Przyjeżdża się do wioski, przed którą trzeba zapłacić za wstęp, a główną atrakcją są ludzie- kobiety z plemienia Karen. Mówi się nawet o „ludzkim zoo”- i faktycznie, z początku tak się właśnie czuliśmy. To jednak, czego nie wiedzieliśmy na wstępie to to, że ci birmańscy uchodźcy nie mają praw jak Tajowie- nie kończą szkół, nie mogą znaleźć pracy poza wioską, toteż ich niemalże jedynym źródłem utrzymania jest ich rękodzieło i to, że ktoś chce ich odwiedzać ze względu na ich dziwaczną tradycję.
Wioska to kilkanaście kramików z pamiątkami i rękodziełem. Za kramikami schowana jest mieszkalna część wioski- są to ubogie, drewniane domki ze słomianymi dachami. Wyglądają bardzo podobnie do tych, które widzieliśmy w dżungli w Laosie. I tutaj też wdarły się znamiona cywilizacji- na ziemi leżą porozrzucace plastikowe zabawki, a zza domów spoziera wielka antena satelitarna.
Kobiety z plemienia Karen tradycyjnie trudniły się tkactwem, więc i teraz część z nich siedzi przy krosnach, pochylonych nad pracą. Inne po prostu sprzedają pamiątki; nieliczne umieją mówić po angielsku i chętnie odpowiadają na pytania turystów. My na szczęście wybraliśmy się tam z naszym autostopowym kierowcą, który w razie potrzeby służył nam za tłumacza, toteż nie straszna nam była bariera językowa.

Kobieta z plemienia Karen przy krosnach

Być kobietą Karen

Obręcz jest bardzo ciężka- na samym początku zwiedzania wioski leży jeden pokazowy naszyjnik, który można zważyć w ręku i dotknąć. Pierwszą obręcz zakłada się, gdy dziewczynka ma kilka lat i potem stopniowo dokłada się kolejne, więc do finalnego ciężaru dochodzi się stopniowo.

Za krótka szyja na takie naszyjniki

Pytam pierwszą z kobiet, jak się z tym czuje. Uśmiecha się lekko i mówi, że można się przyzwyczaić. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to wyuczona kwestia, ale bądź co bądź kobieta rozmawia ze mną po angielsku, co jest tutaj rzadkością, więc to zapewne jest wyuczona kwestia. Zauważam, że pomiędzy obręczą a szyją ma włożoną chustkę. Pewnie, żeby było wygodniej.

Spotykamy mamę z dziećmi. Okazuje się, że najmłodsza córka ma dwa latka i ma już założoną pierwszą obręcz. Dziewczynka pociera ją i widać, że nie jest z tego powodu szczęśliwa. „Na początku to nie jest przyjemne, mała dopiero co ma ją założoną”, tłumaczy nam nasz autostopowy kierowca słowa matki, „później się przyzwyczajasz”.

Na końcu wioski, przy kolejnym kramiku, siedzi kobieta z wyraźnym brzuszkiem. Jako młodą mamę, bardzo mnie ten widok cieszy, podchodzę więc i zagaduję. Na początek, czy jest w ciąży, potem, czy wie już, czy chłopiec czy dziewczynka. Mówi, że nie wie. Podejrzewam, że mogła nie zrozumieć pytania, więc proszę naszego kierowcę, by zapytał ją w moim imieniu. Kierowca mówi mi, że kobieta jest w siódmym miesiącu ciąży, ale nie miała żadnego badania USG, więc przy porodzie dowie się, jakiej płci jest dziecko. Dopytuję, czy to dlatego, że formalnie ludzie z plemienia Karen są uchodźcami w Tajlandii, ale ten spokojnie mówi, że nie. Opieka medyczna jest w Tajlandii bezpłatna, ale nie obejmuje badań USG w ciąży. „Przy porodzie mamy niespodziankę”, śmieje się i wiem, że wie, o czym mówi, bo sam jest świeżo upieczonym tatą. Opowiadam mu, jak jest w Polsce, ale nie wyjaśniam, że w badaniach USG w ciąży chodzi o coś znacznie więcej, niż o zwykłe sprawdzenie płci dziecka- bo trochę mi głupio za tę nierówność na świecie. Proszę tylko, by przekazał ciężarnej kobiecie ode mnie życzenia szczęścia i uśmiecham się do niej ciepło.

Jakoś tak naturalnie ciągnie mnie do młodych mam, więc zatrzymujemy się też przy mamie z kilkumiesięcznym maluchem. Okazuje się, że to dziewczynka. Pytamy mamę, czy mała będzie nosiła obręcze. Odpowiada, że tylko, jak będzie chciała. Jeśli jednak zakłada się je kilkuletnim dziewczynkom to brzmi to trochę jak pusty frazes. Dopytujemy, do jakiego czasu można bez szkody dla układu kostnego pozbyć się na stałe obręczy. Okazuje się, że do wieku dwunastu lat- czyli dziewczynki faktycznie mają wybór. Jednak nasz autostopowy kierowca dodaje od siebie, że raczej się na to nie zdecydują, bo to tradycja i bo koleżanki będą nosiły. Zgaduję, że może mieć rację- takie mechanizmy faktycznie potrafią bardzo długo działać.

Portret dwurodzinny
Ciekawe, czy za kilkanaście lat ta dziewczynka też będzie nosiła obręcze

Jak to będzie za kilka, kilkanaście lat?

Bardzo mnie ciekawi ta kwestia- nawet w lekko odciętej od świata wiosce plemienia Karen jest już telewizja satelitarna, pojawia się mnóstwo turystów z zewnątrz. Kobiety z tego plemienia doskonale wiedzą, że ich tradycja jest bardzo nietypowa. Z jednej strony, jest to sposób na utrzymanie, z drugiej- niewygodna ozdoba, której nie można się pozbyć do końca życia. Czy wygra siła tradycji w kontrze do nowoczesnego, modnego świata? Nie znam odpowiedzi na pytanie, jaki los czekają obręcze kobiet z plemienia Karen, ale bardzo jestem jej ciekawa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.