Transport dzieci po azjatycku

Wspaniale kontrastujące ze sobą wielomilionowe metropolie i małe mieściny złożone z kilkunastu domostw położonych wzdłuż piaszczystej drogi, mają bodaj jedną cechę wspólną- ciężko przemieszczać się po nich z dziecięcym wózkiem. Te pierwsze z powodu rzeszy ludzi na każdym kroku, wśród której czasem ciężko się przemieścić i bez wózka, a drugie z prostej przyczyny braku chodników w ogóle albo fatalnego ich stanu. Oczywiście, będąc wystarczająco upartym, da się podróżować (i żyć) w Azji z wózkiem dziecięcym, jednak podpatrując życie lokalnych ludzi można z powodzeniem założyć, że nie jest to najwygodniejsza opcja. Oto mała fotorelacja, jak podróżują mali Azjaci.

Jeśli w Azji koniecznie wózek, to jaki?

W Chinach spędziliśmy miesiąc. I to miesiąc na przełomie chińskiego lata i jesieni. Przez cały ten czas zobaczyłam na ulicach miast tylko jeden głęboki wózek. A mój matczyny radar wyłapuje takie rzeczy dość dobrze. Spacerówek było już trochę więcej, było też trochę bardzo kompaktowych, trójnogich wózków, które składały się właściwie tylko z siedziska, nóżek i uchwytu dla rodzica. To dla bardziej stabilnych dzieci, ale za to po złożeniu prawie nie zajmowały miejsca i wyglądały na bardzo lekkie. Innym typem wózka, który nie sprawdzał się specjalnie jako wózek miejski, ale jednak widziałam kilka wózków tego rodzaju to wiklinowe krzesełko z kółkami. Kiedy zobaczyłam tą konstrukcję po raz pierwszy, byłam przekonana, że to wózek własnej roboty. Później odkryłam, że jest ich więcej. Zapewne wygrywał z ergonomicznymi, wygodnymi, miejskimi wózkami o ogromnych kołach i świetnym zawieszeniu, wózkami rynków zachodnich tym, że był zwyczajnie lekki. I zajmował stosunkowo mało miejsca, więc można się z nim było przecisnąć przez tłum ludzi.

Trójkołowe cudo, które jako jedno z niewielu wynalazków nadawało się na transport dziecka w wielomilionowej metropolii
Bardzo lekki, choć niezbyt kompaktowy i raczej nie należący do wygodnych miejski chiński wózek

A może nosić?

Największą popularnością w Chinach cieszyły się nosidełka ze specjalną grubą wkładką pod pupą dziecka (z ang. hip seat). W Polsce takich nie widziałam, ale tak jak dostępne u nas nosidełka, miały wiele wariantów noszenia- na plecach rodzica, na biodrze lub na brzuchu. Można było nosić dziecko poprawnie, czyli przodem do siebie, albo niepoprawnie- przodem do świata. Wygląda na to, że do Chińczyków świadomość o „poprawności” noszenia maluchów dociera powoli- widok dziecka noszonego przodem do świata był tam bardzo popularny. Na południu Chin częściej spotykaliśmy dzieci zamotane w chusty- a chusty te różniły się od naszych- były wielkości małego koca z długimi pasami do przewiązywania (nie wiem czy to rodzaj tak zwanego mei thai, czy jakiś jeszcze inny wymysł). Najczęściej widziałam je wiązane na plecach, ale można też było wiązać z przodu. Inny kształt chusty sprawiał, że motało się je zupełnie inaczej, niż popularne w Polsce chusty, choć generalna koncepcja była podobna. I tak, jak w przypadku nosideł, udało mi się wypatrzeć książkowo zamotane w te chińskie chusty maluchy, ale były też takie, których pozycja pozostawała wiele do życzenia. Jednak wydaje mi się, że w Chinach noszenie dzieci w chustach i używanie nosideł to bardziej sposób na wygodniejsze przemieszczanie, niż dbanie o właściwy transport malucha.

Sposób noszenia nierekomendowany przez szkoły noszenia, w Chinach bił rekordy popularności
Podobnie jak nosidła, które, co tu dużo mówić- można zawiązać lepiej lub gorzej
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że temu chińskiemu dziecku nie było najwygodniej

Praprzodek chusty

Jakież było moje zaskoczenie, gdy podczas trekkingu przez laotańską dżunglę, dotarłszy do wioski schowanej pośród dziczy i oddalonej od innych ludzkich siedzib, zobaczyłam dzieci noszone w chustach! Zdziwienie to było w zasadzie bezpodstawne, w końcu noszenie dzieci leży u podstaw naszej natury i jest dalece starszym konceptem, niż wózek na kółkach z dzieckiem w środku, jednak przyznaję, byłam zaskoczona. Chusty używane tam były znacznie krótsze od tych popularnych w Polsce, wystarczyły w zasadzie tylko na to, żeby obwiązać nią dziecko i siebie jednokrotnie i zawiązać węzeł. Właściwie, pewnie wcale nie były to chusty, tylko resztki starych koszul albo innej odzieży. Z całą pewnością nie miały też szeregu atestów i gwarancji, którymi mogą się poszczycić chusty wydawane na rynkach europejskich i nikt nie przejmował się splotem, gramaturą, gatunkiem czy domieszkami. Prawdopodobnie też chusty te dociągały się gorzej, od tych kupionych w specjalnych sklepach, ale tamtejszym rodzicom (i starszemu rodzeństwu, wszak nie tylko dorośli mieli tam zamotane maluchy) nie obce są założenia rodzicielstwa bliskości, choć pewnie gdyby ich o to spytać, nie mieliby pojęcia, o czym mowa.

Noszenie i karmienie w jednym. A jak mama się bardzo uprze, to jeszcze może dwiema rękami pracować
Maluch, który nosił malucha

Nie inaczej było w pozostałych krajach Azji Południowo- Wschodniej, które odwiedziliśmy: dominowało tam noszenie w (wyglądających na) własnoręcznie przygotowanych chustach i noszenie na rękach. Niejednokrotnie był to wybór nie tyle podyktowany chęcią bycia blisko z maluchem, co konieczność nie tylko służąca transportowi dziecka, ale też sposób na połączenie pracy z opieką nad dzieckiem. Dowiedzieliśmy się od jednej Tajki, że jeszcze kilkanaście lat temu w Tajlandii nie istniało coś takiego, jak urlop przysługujący kobiecie z racji urodzenia dziecka- ona sama wracała do pracy już w kilka dni po narodzinach swoich kolejnych dzieci. „Z ostatnim mogłam być aż trzy miesiące”, powiedziała z nieskrywaną dumą. Nic więc dziwnego, że maluchy w chustach spotykaliśmy zazwyczaj w miejscach pracy ich rodziców.

Rodzinny biznes w Laosie
Urlop macierzyński? W Tajlandii teraz są trzy miesiące urlopu macierzyńskiego. Wcześniej nie było czegoś takiego wcale. Nic więc dziwnego, że Tajki zabierają swoje dzieci do pracy

Transport dzieci po azjatycku

Paradoksalnie, noszenie dzieci w Azji jest tematem tyleż rozpowszechnionym, co mało znanym. Nosi tam prawie każdy rodzic, albo dlatego, że wózki są zwyczajnie za drogie, albo dlatego, że ciężko się z nimi przemieszczać, albo po prostu dlatego, że tylko w chuście rodzic może zabrać swoją pociechę do pracy. Jednak taki swego rodzaju przymus sprawia, że daleko tam jeszcze rodzicom do bezpiecznego i prawidłowego noszenia dzieci- i myślę, że jeszcze sporo wody w Mekongu upłynie, zanim ta kwestia stanie się im bliska.

Ja natomiast po powrocie do Polski, ukończyłam kurs na doradcę chustonoszenia, więc jeśli ktoś z Was albo Waszych znajomych chciałby się dowiedzieć, tu na miejscu, jak bezpiecznie i prawidłowo nosić malucha w chuście, służę pomocą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.