Luang Prabang- tam, gdzie w Laosie warto chorować

Luang Prabang jest jednym z tych miast, których klimat wytworzył się trochę samoistnie. Nie ma tam żadnego podróżniczego „must see”: jest wodospad, ale nie za duży, są jaskinie z posągami Buddy, jest parę świątyń, jest nocny targ, jak też w wielu innych miastach Południowo- Wschodniej Azji. A jednak przyciąga rzesze turystów, oferując im wspaniały klimat i tych kilka pomniejszych atrakcji. Bywa nawet nazywany mekką podróżników; Po pobycie tam (przedłużonym o parę dni choroby) zdecydowanie dołączamy do fanów tego miasta. Luang Prabang ma świetną atmosferę, trochę ciekawych rzeczy do zaoferowania i niezbyt wysokie ceny. Nie jest to może najbardziej laotańskie z laotańskich miast, ale jest świetną od nich odskocznią z przyjemnym klimatem.

Nocny targ, który skradł nasze serca

Stamtąd właśnie przywieźliśmy worek pamiątek i prezentów. Dzielnie się trzymaliśmy przez całe Chiny, kupowaliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, ale wystarczyło kilka dni w Luang Prabang i świadomość, że wkrótce spotkamy się z Kasią i Kamilem, którzy nasze zakupowe grzeszki odkupią i zabiorą rzeczy do Polski.
Na targu w Luang Prabang można kupić ubrania, rękodzieło, zabawki, rzeczy codziennego użytku. Słowem- wszystko, piękne i w dobrych cenach. Co ciekawe, jest też parę stoisk, gdzie sprzedawane są metalowe pamiątki przetopione z bomb, które spadły na Laos podczas wojny domowej w latach ’50 ubiegłego wieku. Otwieracze do piwa, łyżeczki, pałeczki, breloczki i inne gadżety utożsamiające ideę „make love, not war”. I jedzenie- małe, kokosowe naleśniczki, sajgonki ze słodko- ostrą sałatką z papai, mnóstwo wersji smażonego ryżu i makaronu. Są też robione na europejską modłę kanapki i pyszne soki owocowe.
Jak później odkryliśmy, podobne targi można znaleźć w wielu miastach Azji Południowo- Wschodniej i ten w Luang Prabang nie wyróżniał się wśród nich, ani jakością i wyborem rzeczy, ani cenami. Jednak skradł nasze serca, bo był dla nas pierwszym takim targiem i wracam do niego z dużym sentymentem.

W Laosie łączenie macierzyństwa z pracą zawodową jest na porządku dziennym. A że przy okazji mały słodki bobas zdobywa serca turystów, to nawet lepiej
Stragan z rękodziełem wytworzonym z przetopionych części samolotów i bomb używanych podczas laotańskiej wojny domowej. I laotański maluch
Kto raz spróbuje mini naleśników z kokosa, nie będzie mógł się im oprzeć. Słowo

Wodospad Kuang Si

Około godzinę drogi od Luang Prabang (oczywiście uwzględniając laotańskie drogi i ich ograniczenia do 30 kilometrów na godzinę. Całkiem zresztą rozsądne, czasem wręcz zbyt optymistyczne) znajduje się wodospad Kuang Si. Jest o tyle ciekawą atrakcją, że można się wykąpać w jego wartkim nurcie. Temperatura wody, co prawda, jak w Bałtyku w sezonie, ale to miła odmiana dla gorącego, parnego powietrza. Nawet Staś kąpał się przez chwilę. Trochę dłuższą, niż powinien, sądząc po trzęsących się usteczkach, ale protestował zawzięcie na wcześniejsze wychodzenie z wody.
Poza tym, na terenie wodospadu jest mały rezerwat azjatyckich niedźwiedzi księżycowych. Przyjemnie usytuowany, sprawia że spacer do wodospadu nie dłuży się, a i niedźwiedzi nie ogląda się w nieskończoność.
Wszystkie te elementy składowe: sam wodospad, kąpiel i wizyta u niedźwiedzi, złożyły się na bardzo przyjemny, półdniowy wypad.

Groźny miś księżycowy na szczęście za ogrodzeniem
Widok na wodospad Kuang Si akurat w miejscu, gdzie nikt się akurat nie kąpał
-Ale tato, proszę. Wyjdziemy, jak tylko zrobi się chłodno!

Zachód słońca nad Mekongiem

Luang Prabang położone jest nad Mekongiem i jedną z atrakcji w mieście, jest podziwianie zachodzącego nad rzeką słońca. Z tego powodu przy nadbrzeżu pełno jest mniej lub bardziej urokliwych knajpek, w których można zamówić kawę albo piwo i oglądać to niesamowite, acz codzienne zjawisko. Zachodzące tam słońce wygląda naprawdę spektakularnie, sprawia, że kokosowe palmy na tle pomarańczowego nieba wyglądają jeszcze bardziej zachwycająco. Zdecydowanie warte przeżycia.

A do takiego widoku, pyszna kawa i coś słodkiego. I bobas, który akurat chce chodzić w zupełnie innej części knajpki.

Grota Pak Ou

Podobnie jak w chrześcijaństwie, w buddyzmie nie ma prostego sposobu na utylizację sztuki sakralnej, gdy przestanie nadawać się do użytku. W okolicy Luang Prabang wykorzystano więc groty Pak Ou do trzymania w nich nieprzydatnych już posągów Buddy. Są tam posągi Buddy leżącego, siedzącego, stojącego- bez rąk, nóg, głów, czasem porysowane, czasem zniszczone. Wszystkie koło siebie, ciasno poustawiane- jak kolekcja zabawek, z których się wyrosło. Widok to dość oryginalny, zwłaszcza, że w skład grot Pak Ou wchodzą dwie jaskinie i jedna z nich pogrążona jest w mroku- zwiedzać ją można tylko z latarką. Jednakowoż, dojazd do grot zajął nam skuterem ponad godzinę i była to dość męcząca przeprawa, co rozbudziło w nas wątpliwości, czy było warto. Alternatywą było płynięcie slow boat’em, czyli „wolną łódką”, bardzo popularnym środkiem transportu na Mekongu. Myślę, że samo przepłynięcie, doświadczenie życia na łodzi (dotarcie do grot zajmuje około godzinę, ale są trasy, które wymagają spędzenia na tych łódkach dwóch dni) i przepiękne, dziewicze brzegi Mekongu mogłyby być przyjemnym doświadczeniem i nadawałyby więcej sensu grotom Pak Ou. Slow boat na tej trasie płynie tylko raz dziennie z samego rana i to jest główny powód, dla którego my zdecydowaliśmy się na skuter, jednak gdybym miała możliwość, następnym razem zdecydowałabym się na wczesną pobudkę, żeby podróż do grot była sama w sobie ciekawym doświadczeniem.

By dotrzeć do grot Pak Ou przeprawiliśmy się przez Mekong, jednak całą trasę do rzeki pokonaliśmy skuterem. Alternatywą było płynięcie tzw. slow boatem aż z Luang Prabang. Myślę, że takie widoki nie znudziłyby się przez całą drogę.
Całe mnóstwo niechcianych posągów Buddy
Niechcianym posągom Buddy w grotach Pak Ou również oddawało się cześć. Stały tam również małe kapliczki

Poranne karmienie mnichów

Stara buddyjska tradycja mówi, że mnisi powinni jeść dwa posiłki w ciągu dnia- po wschodzie słońca i o dziesiątej rano. Powinni też zjeść tylko to, co zostanie im ofiarowane przez ludność.
Nie wiem, czy współcześni buddyjscy mnisi sumiennie przestrzegają obu tych zasad, jednakowoż widok mnicha ze specjalną miską na pasku przechadzającego się o poranku w Azji Południowo- Wschodniej nie jest widokiem niezwykłym. Widzieliśmy takich mnichów w miastach Tajlandii, Birmy i Laosu, jednak ci z Luang Prabang, byli szczególnie warci uwagi.
Trzeba było wstać przed wschodem słońca i wybrać się przed buddyjskie świątynie w centrum miasta- niesposób przegapić to miejsce, bo wzdłuż całej ulicy siedziała spora ilość mieszkańców Luang Prabang, gotowa karmić mnichów. Żeby nie przeszkadzać w tym rytuale, turyści powinni stanąć po drugiej stronie ulicy i ze sporej odległości, w ciszy zjawisko obserwować i robić zdjęcia. Mieszkańcy mieli ze sobą koszyczki z ugotowanym ryżem, słodkie napoje i słodycze. Mnisi pojawili się wraz z pierwszymi zapowiedziami promieni słonecznych- szli długimi kolumnami, jeden za drugim, a mieszkańcy wrzucali im jedzenie- oddzielając rękoma małe kulki ryżu lub wrzucając gotowe produkty. Zabawne, bo datków było znacznie więcej, niż mnisia miska mogła pomieścić, toteż co jakiś czas stały skrzynki, do których mnisi odrzucali nadmiar jedzenia, by móc dalej przyjmować dary. Cała rzecz trwała tak długo, aż wszyscy mnisi (których było sporo) przeszli wzdłuż wszystkich mieszkańców miasta (których również było sporo)- a zatem całkiem długo. W żadnym innym mieście poranne karmienie mnichów nie było aż tak ciekawą rzeczą do zobaczenia, dla której zdecydowanie warto było wstać przed wschodem słońca.

Mieszkanka Luang Prabang gotowa na rozpoczęcie porannej ceremonii
Pewnie jeszcze niedawno taki widok był zwyczajny w wielu miejscach w Azji Południowo- Wschodniej
Dziś to jedna z atrakcji turystycznych. Biura podróży organizują nawet uczestnictwo turystom w tej buddyjskiej tradycji i możliwość wręczenia osobiście porannej strawy mnichom.

Luang Prabang w pigułce

Dla nas Luang Prabang był pierwszym dużym, turystycznym miastem w Azji Południowo- Wschodniej, toteż wiele typowych dla tej strony świata atrakcji, tam nas urzekło. Dodatkowo, spędziliśmy w tym mieście więcej czasu, niż zamierzaliśmy, bo dopadła nas w nim choroba- jednak mieliśmy sporo szczęścia; jeśli gdzieś w Laosie musieliśmy zachorować, to najlepiej właśnie tam. Luang Prabang nie bez powodu szczyci się mianem „mekki podróżników”- jest tam przyjemnie, ładnie i niezbyt drogo. Jest kilka miejsc wartych odwiedzenia i ciekawy klimat i wreszcie: można tam prawdziwie odpocząć. Moim zdaniem, podróżując po Laosie, nie można przegapić wizyty w Luang Prabang.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.