Jak podejść do słonia?

To trochę symbol egzotycznych wakacji- zaraz po rajskich plażach z palmami i kolorowych drinkach- słonie. Jako wzór na ubraniach albo te żywe. W różnych wersjach- można na nich jeździć, karmić, myć je, po prostu spędzać z nimi czas. Można wreszcie udać się na safari, by poszukiwać tych dziko żyjących, nie zamkniętych w ośrodkach czy rezerwatach. Jednak nie wszystkie z tych opcji są do końca etyczne i warto mieć to na uwadze planując swoje egzotyczne podróże. Chciałabym Wam napisać trochę kwestii etycznej właśnie, a trochę o naszym doświadczeniu ze słoniem.

Jak (etycznie) podejść do (kwestii) słonia?

Powiem Wam szczerze, że wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, czy turystyka związana ze słoniami jest etyczna czy nie. Słonie były dla mnie po prostu egzotycznym doświadczeniem; pierwszy raz (nie licząc zoo) miałam z nimi styczność w Indiach dwa lata temu. I jeździłam wtedy na słoniu, jakoś tak odruchowo zakwalifikowałam go do zwierząt jucznych, jak koń czy wielbłąd. Pięć minut jeżdżenia w kółko, ale zawsze nowe, ciekawe doświadczenie.

W turystycznych miejscowościach Tajlandii taki widok nikogo nie dziwi

Podczas tej podróży zwróciliśmy jednak uwagę, że część biur turystycznych w swoich ofertach podkreśla, że podczas ich wycieczek nie jeździ się na słoniu. W innych nie używa się wielkich siodeł, w innych haków. To dało nam do myślenia i zgłębiliśmy trochę temat. Okazuje się, że słonie ze względu na swoje gabaryty były wykorzystywane w przeszłości jako zwierzęta pociągowe. W Tajlandii wykorzystywało się je przy wycince drzew- wynosiły drewno na swoich grzbietach z dżungli. Ludzie kupowali je, wykorzystywali do pracy, a w zamian dawali im schronienie i żywili je. Używali różnych metod, by zdobyć posłuszeństwo zwierząt, od zwykłej tresury zaczynając, a kończąc na batach z hakami, którymi uderzano słonie w głowy.
Tak było do czasu, gdy rząd Tajlandii zakazał używania słoni w takiej roli, a to z powodu ich słabych kręgosłupów. To postawiło ich właścicieli przed sporym problemem- tak duże i tak wymgające zwierzę, nagle przestało być użyteczne, prawdopodobnie ciężko było je też sprzedać. Trzeba było zatem wymyślić inny sposób, żeby słoń stał się na nowo użyteczny. I wymyślono- prężnie rozwijająca się gałąź turystyki w Tajlandii okazała się strzałem w dziesiątkę- słonie stały się atrakcją dla turystów z dalekich stron. I tak jak wcześniej, słonie sporo musiały nosić, właściciele, którzy używali haków, dalej ich używali, a teraz doszli do tego turyści zadowoleni ze swoich zdjęć ze słoniem i z jeżdżenia na tak wielkim zwierzęciu. Pewnie to tylko kwestia czasu, kiedy rząd zakaże i takich praktyk, tymczasem jednak powstają ośrodki, w których na słoniach się nie jeździ i nie stosuje się wobec nich przemocy- wystarczy dobrze się rozejrzeć, by znaleźć opcję, która nie tylko okazuje większy szacunek samym słoniom, ale też pokazuje okolicznym właścicielom wielkich ssaków, że taka turystyka też może przynosić zysk.

Wyprowadzisz mojego słonia na spacer?

Jak się domyślacie, po takim zgłębieniu tematu, my zdecydowaliśmy się na taką opcję i bardzo ją polecamy. I to nie tylko ze względu na spokojne sumienie- w porównaniu do mojego indyjskiego doświadczenia, to było znacznie lepsze, znacznie bardziej prawdziwe, znacznie bardziej emocjonujące. Nasze doświadczenie polegało na spędzeniu ze słoniem jednego dnia. Jednego, zwykłego dnia ze słoniowej codzienności. Nasz właściciel posiadał tylko jedną słonicę, miała tajskie imię zaczynające się od „Ma”, więc dla nas została po prostu Ma. Nasza przygoda (pomijając godzinną podróż samochodem) zaczęła się od przygotowania dla niej posiłku, czyli wielkiego kosza bananów, które dla niej myliśmy. Wydało to mi się przesadą, ale nasz przewodnik wytłumaczył to tym, że banany mogą być pryskane, a Ma będzie jadła je ze skórą. Czy przesada czy nie- Ma dostała banany umyte. Karmiliśmy ją podając prosto do trąby po kilka bananów. Widać było, że to łasuch i nie mogła doczekać się kolejnych porcji do tego stopnia, że każde nasze ociąganie się, kończyło się obwąchiwaniem jej wielką trabą. Ja na początku podchodziłam do niej z dystansem, oswojona czy nie, jest ogromnym zwierzęciem, przy którym nie czułam się komfortowo. Za to Staś szybko odkrył w niej wielkie „kogo” (tak Staś nazywa zwierzęta) i był przeszczęśliwy, mogąc podejść do niej blisko i ją pogłaskać.

Słoń się uśmiecha, my się uśmiechamy

Potem poszliśmy z Ma na spacer do dżungli. Mieliśmy torby pełne bananów, żeby w kluczowych momentach zachęcić ją do pójścia w określonym kierunku, ale generalnie Ma chodziła, gdzie chciała i tylko co jakiś czas wracała na naszą ścieżkę. Robiła długie postoje na pożywianie się bezpośrednio roślinnością z dżungli, które my wykorzystywaliśmy na podpatrywanie jej i rozmowy z naszym przewodnikiem- zarówno o słoniach, jak i o Tajlandii, Polsce i życiu w ogólności. To był niesamowity czas, bardzo swobodny i bardzo naturalny, a doświadczenie słonia tak blisko zapewniało naprawdę dużą dawkę emocji.

Taki wielki towarzysz, dyszący w kark (dosłownie!), idący zaraz za plecami, może wzbudzić niepokój
A tutaj ujawniamy powód, dla którego słonica tak chętnie za nami podążała- mieliśmy ze sobą jej ulubioną przekąskę
Ale, jak wiadomo, dżungla jest duża, a nie samymi bananami słoń żyje

Po skończonym spacerze zjedliśmy przygotowany przez właścicieli lunch, a potem sami przygotowaliśmy dla Ma jeszcze jeden posiłek. Tym razem był to ryż z bananami, owocami tamaryndowca i solą. Wszystko wymieszane i zawinięte w liście bananowca. Ma zjadła to po kąpieli, którą przygotowaliśmy dla niej w rzece- polegało to na polewaniu ją wodą (uprzednio właściciel trochę przekonywał ją do kąpieli, woda była dla niej odrobinę chłodna), a potem uciekaniu w popłochu, bo po kąpieli słonie mają zwyczaj polewania się błotem, żeby nawilżyć swoją skórę i ochronić ją przed palącym słońcem. Na szczęście udało nam się uciec na czas.

Komenda „siad” w wersji tajskiej. I zwierzę odrobinę większe
Ma dała się przekonać, że jest wystarczająco ciepło na krótką kąpiel

Całe spotkanie ze słoniem, jak to w tych stronach bywa, było niespieszne, bardzo naturalne i bardzo ekscytujące. Byliśmy gośćmi w słoniowej codzienności, trochę w niej uczestniczyliśmy, ale głównie ją podpatrywaliśmy. Przez jeden dzień mogliśmy się poczuć jak starzy, dobrzy przyjaciele wielkiego, egzotycznego zwierza.

Bardzo polecamy

Doświadczenie podobało mi się nieskończenie bardziej, niż krótka przejżdżka na słoniu dwa lata temu w Indiach- teraz nawiązaliśmy z naszym słoniem przelotną znajomość, podglądaliśmy jego codzienność i uczestniczyliśmy w niej, ale nie napastowaliśmy swoją obecnością. Po słoniu widać było, że jest zrelaksowany i- zupełnie jak nasz Staś- ma sporo czasu na swoje fikanie (chociaż wyglądało to trochę inaczej w wydaniu ważącego trzy tony słonia, niż naszego dziecka). Zresztą, po Stasiu też było widać, że jest zachwycony obcowaniem z tak dużym zwierzęciem.
Uważamy, że taka forma turystyki ze słoniami jest nie tylko dużo bardziej etyczna, ale też bardziej ekscytująca i prawdziwa. Do tego świetnie nadaje się na podróż z dziećmi. My bardzo, bardzo polecamy.

Zabawki Małego Włóczykija

Jeśli jesteście rodzicami małych dzieci albo macie z nimi jakąś styczność, zapewne wiecie, że małe dzieci to lepy na zabawki. Przy dzieciach zabawki pojawiają się znikąd i jest ich pełno. Dostaje się je na wszelkiej maści okazje jako prezenty, w spadku po innych małych dzieciach albo zwyczajnje materializują się w domu, zupełnie nie wiadomo skąd. Można z tym walczyć, ale walka to żmudna i, wydaje się, niemożliwa do wygrania. O tym jak to u nas wygląda, w domu i w podróży, przeczytacie poniżej.

Minimalizm zabawkowy w codziennym życiu

My z Krukiem od samego początku bardzo staraliśmy się zabawek dla Stasia mieć jak najmniej. Ostatnio jesteśmy zainteresowani minimalizmem jako stylem życia, nie tylko w kwestii Stasia i jego zabawek, poza tym to doskonały trening przed podróżą, w której to, rzecz oczywista, tona zabawek z nami pojechać nie mogła. Toteż od samego początku staraliśmy się wszystkie zabawki Stasia zmieścić w jednej szufladzie i jednym koszu. Zaczęliśmy od pracy u podstaw: najpierw sami siebie mocno przekonywaliśmy, żeby nie kupować pięknych i bądź co bądź kuszących zabawek (jeszcze w czasach, jak Staś był po tamtej stronie brzucha, poddaliśmy się szałowi i kupiliśmy w Ikei wielką maskotkę rekina- od razu przyznam, nie mieści się ani w szufladzie, ani w koszu. Zajmuje honorowe miejsce na kanapie), potem próbowaliśmy nakłonić do tego hojnych darczyńców z rodzin i okolic. Preferowane prezenty to ubranka (chociaż w tej dziedzinie też łatwo o przesadę), pieluchy (dopóki nie przerzuciliśmy się na wielorazówki) albo rzeczy niematerialne (na przykład sesja zdjęciowa). Z zabawek najbardziej cieszymy się z książeczek- w naszej kolekcji są takie z wierszykami, z samymi obrazkami, wydające dźwięki i tańczące kankana (no dobra, książeczki tańczącej kankana nie mamy. Jeszcze). Dodam, że takim najlepszym najlepszym prezentem dla malucha i rodziców, jest trochę własnego czasu poświęconego maluchowi. Chyba każdy rodzic malucha przyzna mi w tej kwestii rację.
W każdym razie, w codziennym życiu udało nam się nie przesadzić z zabawkami, a Staś nigdy nie wyglądał na niezadowolonego z tego faktu. Druga sprawa, że zawsze pozwalaliśmy mu się bawić rzeczami codziennego użytku, więc pula zabawek zawsze była większa, niż suma zabawek. Doskonale sprawdziły nam się drewniane łyżki, zaparzecze do herbaty, opakowania po produktach spożywczych, a nawet ubrania. To już w pewnym sensie odpowiedź, jak radzimy sobie w podróży.

Zabawki made in China i made in Thailand

W naszych bagażowych listach napisałam, że wzięliśmy Stasiowi zabawki. Były to dwie maskotki, do których jednak Staś nie zapałał miłością w trakcie podróży- dla nich przygoda skończyła się w Bangkoku. Kupiliśmy mu w zamian za to małą książeczkę z obrazkami zwierząt- ma chińskie podpisy, ale przy wydawaniu dźwięków, to rodzic musi popisywać się kreatywnością, dmuchaną piłkę plażową i plastikowy zestaw małego majsterkowicza. Staś jest wielkim fanem zwierząt, dlatego książeczka potrafi go zająć na długie minuty (zwłaszcza strona z pieskiem i kotkiem jest mocno już wysłużona), zestaw małego majsterkowicza cieszy go umiarkowanie- służy głównie do potrząsania i wymachiwania (nie powinno mnie to dziwić, bo zdecydowaliśmy się na zestaw 3+), a piłką bawimy się rzadko. Często za to mamy pod ręką plastikową butelkę z wodą, dlatego nasze roczne dziecko opanowało sztukę odkręcania i zakręcania nakrętki i bawi go to niepomiernie. Staś lubi też pomagać przy rozpakowywaniu z worków ubrań (tudzież przeszkadzać w ich pakowaniu), pozwalamy mu też bawić się nie-delikatną elektroniką, na przykład powerbankiem. Zanim odesłaliśmy do Polski plastikowe naczynia i sztuće, służyły nam głównie jako zabawki dla Stasia właśnie. Pewnego razu dostaliśmy od pani Tajki origami słonia i bączka, które od tej pory jeździ z nami i na chwilę potrafi zająć Stasia. I zabawki, którą można znaleźć w każdej knajpce, a które jeszcze nie znudziły się Stasiowi- pałeczki. Do tego zabawki naturalne, czyli listki, kamyczki, gałązki i co tam jeszcze się znajdzie pod ręką, a rodzic zaaprobuje. Lista, jak widzicie jest całkiem długa, nawet jeśli nie zabrało się przesadnie dużo typowych dziecięcych zabawek.

Czy ta ruina wymaga naprawy? Mały Włóczykij sp. z o.o. już szykuje narzędzia
A tutaj zajmujemy się wkładaniem kijków do butelki. Będzie z nich pyszny napój!
Przyjmuję porady, jakie dźwięki wydają: tukan, delfin, meduza. I parę innych. Staś sporo da za te informacje

W podróży trochę łatwiej

Ułatwieniem dla podróżujących rodzin jest fakt, że częsta zmiana noclegów nie pozwala na nudę i wzmaga chęć do eksplorowania kolejnych przestrzeni. Staś sprawia wrażenie, jakby spanie w kolejnych nowych miejscach zupełnie mu nie przeszkadzało, często jednak komunikuje silną chęć wyjścia z pokoju nad ranem- wtedy zbawienna okazuje się przestrzeń wspólna w hostelu, przytulna i przyjemna, żeby rodzic nie był zmuszony do szukania czegoś na szybko w obcym mieście. Wtedy zazwyczaj żadne zabawki nie są potrzebne; nowe krzesła, fotele, stoliki i szafki są wystarczająco ciekawe, żeby zająć cały poranek ciekawskiemu maluchowi.

W podróży trochę trudniej

Z drugiej strony, czasem musimy dać prawdziwy popis kreatywności, jeśli na przykład zdecydujemy się na tanią, ale długą podróż. Autobusem. Z brakiem miejsca do fikania i prawie żadnymi zabawkami. W czasie drzemki Stasia, której uparcie nie chce uskutecznić. Wtedy bawimy się butelką, zakrętką, paczką słonej, suchej fasoli, puszką z napojem. Kombinerkami z zestawu małego majsterkowicza albo plastikowym workiem. Sznurkiem od mojej sukienki albo rękawem kruczej koszuli. Oglądamy widoki za oknem, łaskoczemy się, naśladujemy dźwięki. Wszystkie chwyty dozwolone. Po sześciu godzinach takiej jazdy ma się wrażenie, że cała kreatywność wyparowała z nas doszczętnie, ale zregeneruje się do następnej podróży. Na pewno. Nie będzie miała wyjścia.

Zabawki w podróży

W podróży nie sposób mieć dla dziecka ogromnej ilości zabawek, jednak jeśli pozwolić dziecku bawić się przedmiotami codziennego użytku, okazuje się, że nie są one niezbędnie potrzebne. Pewien niedosyt zabawkowy doskonale pobudza wyobraźnię- dziecka, ale przede wszystkim rodziców. I na co dzień i w podróży, czasem dobrze jest nie mieć przy sobie żadnej zabawki, dobrze rozejrzeć się dookoła i dać upust swojej kreatywności. Mały Włóczykij i rodzice bardzo to polecają.

Bagaż Rodziny Włóczykijów (w połowie podróży)

Bagaż w podróży puchnie. To niepodważalny fakt

Część z Was już wie, ale z tym naszym spakowaniem nie do końca wszystko wyszło tak, jak miało. Pisałam w Bagaż Rodziny Włóczykijów, że planowaliśmy zabrać dwa plecaki: duży (55+5 litrów) i mały (20 litrów). Ale jeszcze przed finalnym wyjściem z domu uznaliśmy, że są zapakowane tak po brzegi, jak się da i lepiej wziąć większe z pustym miejscem. Finalnie wyruszyliśmy z tym 55+5 litrów i 40 litrowym plecakiem. Popełniliśmy jednak spory błąd i jako bagaż podręczny wzięliśmy plecak- worek, który jest co prawda lekki i złożony zajmuje prawie nic miejsca, ale jest wyjątkowo niewygodny do noszenia. Toteż jeszcze w Chinach kupiliśmy 30-litrowy podręczny plecak. W Laosie dopadł nas szał kupowania pamiątek i prezentów i tak oto, zamiast dwóch plecaków, po półtora miesiąca mieliśmy zapakowane cztery, dwa duże i dwa małe. Jeden mały plecak z pamiatkami, reszta bagażu zwyczajnie nam spuchła. Nie wiemy jak to się stało, ale wśród podróżujących łatwo o takie przypadki. Na szczęście połowa naszego bagażu już dzisiaj wróciła do Polski, dzięki życzliwości Kasi i Kamila. Poniżej nasza lista z dokonanymi zmianami zaznaczonymi pochyłą czcionką:

Ubrania

  • Kurtka przeciwdeszczowa (Marta, Kruk)– użyliśmy tylko raz
  • Cienki, ale ciepły polar (Marta, Kruk, Staś)
  • Pełne buty do trekkingu (Marta, Kruk)– dwa trekkingi za nami, więcej nie planujemy
  • Sandały (Marta, Kruk)
  • Kapelusz/ Bandama (Marta, Kruk, Staś)
  • Bawełniana czapka (Staś)
  • Długie spodnie- cienkie (Marta, Kruk, Staś x2)
  • Krótkie spodenki (Marta, Kruk, Staś x2)
  • Długa spódnica (Marta)
  • Getry/legginsy/rajstopy- jakby było zimno pod długie spodnie (Marta, Kruk, Staś)
  • Koszulki z krótkim rękawem (Marta x6, Kruk x6, Staś x8)– zostawiliśmy x5
  • Koszulki z długim rękawem (Marta x2, Kruk x2, Staś x2)- zostawiliśmy x1
  • Majtki (Marta x6, Kruk x6)
  • Staniki (Marta x2)
  • Skarpety (Marta x3, Kruk x3, Staś x3)– pozbyliśmy się butów, więc nie potrzebujemy
  • Strój kąpielowy (Marta, Kruk)
  • Klapki (Marta, Kruk)
  • Pasek do spodni (Kruk)- kupiliśmy, bo schudł biedaczek w podróży
  • Buty dla Stasia
  • Sukienka (Marta)- nie powstrzymałam się

Higiena

  • Pieluchy wodoodporne x2
  • Paczka pieluch BabyDream z Rossmanna (są mega skompresowane w porównaniu z innymi markami!)
  • Mokre chusteczki
  • Ręczniki x3

Kosmetyczka

  • Obcinaczka do paznokci
  • Żel pod prysznic+ szampon (Marta+ Staś, Kruk)
  • Dezodorant w sztyfcie (Marta, Kruk)
  • Szczoteczki do zębów (Marta, Kruk, Staś)
  • Pasta do zębów (Marta+ Kruk, Staś)
  • Antybakteryjny płyn do rąk
  • Krem z filtrem (odpowiedni dla dzieci)
  • Krem Bambino
  • Maskara
  • Szczotka do włosów
  • Gumki do włosów
  • Maszynka do golenia
  • Bepanthen maść ochronna
  • Patyczki do uszu

Gospodarstwo domowe

  • Igły i nici (mały zestaw)
  • Scyzoryk
  • Karty do gry
  • Kości do gry
  • Długopisy
  • Sznurek
  • Latarka- zepsuła nam się w trakcie podróży
  • Plastikowe sztućce (widelec, łyżka i nóż w jednym) x3-
  • Plastikowe kubki x2
  • Plastikowe miski x2

Apteczka

  • Malarone (lek przeciwmalaryczny)
  • Apap (lek przeciwbólowy)
  • Solpadine (lek przeciwbólowy)
  • Witamina D (dla Stasia)
  • Acidolit (saszetki nawadniające w przypadku biegunki)
  • Fenistil (maść na ukąszenia)
  • Nurofen (lek przeciwgorączkowy dla dzieci)
  • Ocetnisept (środek odkażający)
  • Jednorazowe rękawiczki
  • Plastry
  • Gazik jałowy x2
  • Koc termiczny
  • Bandaż elastyczny
  • Środek na komary z DEET
  • Środek na komary dla dzieci

Elektronika

  • Kamerka GoPro– okazało się, że zabraliśmy zepsutą
  • Aparat+ ładowarka
  • Smartfon
  • Stary telefon + ładowarka– nie używaliśmy, zapominaliśmy ładować
  • Tablet
  • Mała klawiatura– nie używaliśmy
  • Selfiestick
  • Słuchawki x2
  • Powerbank
  • Uniwersalna ładowarka x2
  • Przejściówka na dwie pary słuchawek
  • Przejściówka SD-> microUSB
  • Czytnik Kindle– zero przeczytanych książek, jedna próba na półtora miesiąca

Dokumenty

  • Paszport (Marta, Kruk, Staś)
  • Dowody osobiste (Marta, Kruk)
  • Zdjęcia paszportowe x6 (Marta, Kruk, Staś)
  • Dwie karty płatnicze, jedna karta płatnicza atrapa
  • Międzynarodowe prawo jazdy (Kruk)
  • Karta potwierdzająca kurs nurkowania (Marta, Kruk)
  • Książeczki szczepień (Marta, Kruk, Staś)
  • Ksera dokumentów (paszportów, biletów, rezerwacji)

Inne

  • Stary, brzydki portfel
  • Saszetka do schowania pod ubraniem
  • Dmuchana poduszka
  • Polarowy, cienki koc
  • Dwie- trzy zabawki dla Stasia
  • Kartka z wydrukowanymi symbolami podstawowych potrzeb
  • Plecak 55+5 litrów
  • Plecak 20 30 litrów
  • Chusta do noszenia dziecka

Teraz jest lekko

Toteż w połowie podróży i małym remanencie bagażowym, znów spróbujemy podróżować z małą ilością bagażu. Na samym początku popełniliśmy błąd i zabraliśmy niewygodny plecak podręczny, dlatego musileiśmy kupić kolejny. Jednakże, pomijając ostatni zakup worka prezentów, który to kupowaliśmy z myślą szybkiego odesłania do Polski, z naszym bagażem nie chodziło się źle (nawet gdy spuchł) i wprowadziliśmy do niego niezbyt duże zmiany.

Refleksje bagażowe

Generalnie jesteśmy zadowoleni z naszego pierwszego spakowania w trzymiesięczną podróż- spakowaliśmy wystarczająco mało, żeby to wszystko nosić, ale wystarczająco dużo, żeby pranie robić raz na parę dni.  Niczego bardzo istotnego nam w pierwszej połowie podróży nie zabrakło. Mamy sobie do zarzucenia tylko to, że nie sprawdziliśmy przed podróżą, w jakim jest stanie nasza elektronika i czy będziemy jej używać. To sprawiło, że od samego początku woziliśmy ze sobą trochę sprzętu, którego prawie wcale albo wcale nie użyliśmy, a teraz wysłaliśmy z powrotem do Polski.

 

O cesarzu, który bardzo bał się śmierci- Terakotowa Armia i Xi’an

Jedna z największych atrakcji turystycznych Chin, Terakotowa Armia, mnie z jednej strony odrobinę rozczarowała, z drugiej zaskoczyła. Okazała się też jedną z najdroższych atrakcji Chin, na którą sobie pozwoliliśmy. Za to Xi’an, miasto koło którego się znajdowała, zdziwiło nas tylko pozytywnie. O tych wszystkich zdziwieniach napisałam dla Was poniżej.

Po co komu Terakotowa Armia?

To wszystko sprawka pierwszego cesarza dynastii Qin (zmarł w 210 roku p.n.e.), który podobno już w wieku trzynastu lat postanowił, że chce być pochowany wraz z ogromną (liczącą ponad osiem tysięcy posągów) armią z terakoty, która po śmierci miała go chronić i pomóc mu w odzyskaniu władzy. Jako cesarz mógł sobie pozwolić nie tylko na to, żeby jego mauzoleum zajmowało powierzchnię ponad sto metrów kwadratowych, ale i na to, by w prace nad teraktowymi żołnierzami strzegącymi jego pośmiertnego spokoju zaangażować ponad siedemset tysięcy ludzi na prawie czterdzieści lat. Badania nad Terakotową Armią sugerują, że każdy z żołnierzy ma nawet inny wyraz twarzy.
To wszystko brzmi niesamowicie. Próbowałam sobie wyobrazić tego trzynastolatka, który- oczywiście- nie bawi się z rówieśnikami, bo jest cesarzem; ale ciężko mi było zrozumieć, jak bardzo musiała zaprzątać mu głowę myśl o śmierci, że posunął się do aż takiego rozmachu w budowie swojego grobowca.

Mała część wielkiego mauzoleum
To najbardziej majestatyczny rzut oka na Armię

Co w tym rozczarowującego?

Rozczarowujące w tym wszystkim jest to, że tego rozmachu nie widać. Terakotowa Armia jest ciągle w trakcie rekonstrukcji dokonywanej przez grupy archeologów, toteż nie wszystko i nie tak, jak się spodziewałam, można tam obejrzeć. Na miejscu można wejść do oddzielnych budynków, w których są doły, a w dołach- zależy; w jednym wielkie wały ziemi i trzeba na słowo uwierzyć, że tam jest Terakotowa Armia, w innym odkopani już żołnierze, ale porozrzucani i zdekompletowani, jak stare, niechciane zabawki. W kolejnym można zobaczyć archeologów, którzy przypasowują torsy do nóg i układają koło siebie, jak wielkie, niezrozumiałe dla laika puzzle, a tylko w jednym z budynków, Terakotowa Armia dostojnie się pręży i można poczuć jej majestat. Ale jej żołnierze stoją w swoim dole, więc zobaczyć różnice w wyrazach twarzy niepodobna. Jedna z figur z każdego typu, ładnie zachowana i odrestaurowana, stoi co prawda dumnie u góry, na wysokości wzroku. Jak już się przebije przez tłum tyrustów można podejść i spojrzeć im głęboko w oczy, ale to wciąż nie sprawia, że można poczuć rozmach tego dzieła.
Toteż, w zderzeniu z moimi oczekiwaniami, Terakotowa Armia była trochę rozczarowująca- spodziewałam się figur w dużo większej ilości i bardziej dostępnych. A zobaczenie ich wymagało przedarcia się przez spory tłum i było całkiem drogie.

W tych kopcach na prawo i lewo też są szczątki Terakotowej Armii. Po środku porozrzucane elementy, czekające na swoją kolej

Co w Terakotowej Armii pozytywnie mnie zaskoczyło?

Jestem z natury optymistycznie nastawionym człowiekiem i w zwiedzaniu Terakotowej Armii również znalazłam mały pozytyw, który bardzo mnie zaskoczył i ucieszył. Mianowicie, nigdy nie miałam okazji podejrzeć pracy archeologów z tak bliska. Dopasowujących części terakotowych żołnierzy, jak ogromnej układanki albo siedzących za biurkiem z jakimś elementem, nad którym właśnie pracują. Co do końca robią? Nie wiem. Ale trochę im pozazdrościłam, że ich codzienna praca pozwala na obcowanie z czymś tak majestatycznym, nawet jeśli to tylko mały ułamek czegoś majestatycznego.
A przy okazji ucieszyłam się, że miałam okazję nie tylko zobaczyć Terakotową Armię, ale też podejrzeć archeologów podczas ich zwyczajnego dnia pracy. W tak niezwykłym miejscu.

Bardzo skomplikowane puzzle
Wygląda na niesamowitą pracę!

Co poza tym w Xi’an?

Xi’an słynie z tego, że nieopodal (niecałą godzinę drogi) znajduje się Terakotowa Armia. W związku z tym nie narzeka na brak turystów, ale samo w sobie raczej kusi nocnym życiem, niż atrakcjami. Są tam dwie wieże- Wieża Bębna i Dzwonu (Drum Tower i Bell Tower), które kiedyś obwieszczały ludności wschód i zachód słońca, a teraz po zachodzie słońca, są pięknie podświetlone. W ogóle w Xi’an po raz pierwszy odkryliśmy, że Chińczycy opanowali grę światłem w podświetlaniu obiektów do perfekcji. Można też na wieże wejść i obejrzeć podświetloną starówkę miasta. W dzielnicy muzułmańskiej prężnie działa nocny targ, na którym można zakupić zarówno bardzo dziwne, jak i bardzo smaczne jedzenie, a całe centrum Xi’an pełne jest barów i knajpek i aż kipi życiem po zmroku. Jako młodzi rodzice nie nacieszyliśmy się tym faktem przesadnie, ale nasz krótki pobyt w Xi’an, nawet pomimo deszczowej pogody, bardzo nam się podobał.

Pięknie podświetlona Bell Tower w Xi’an

Czy polecamy?

To wyjątkowo trudna kwestia, naprawdę sama nie wiem, czy to doświadczenie polecam. Uważam, że Terakotowa Armia nie jest warta swojej ceny, ale z drugiej strony jest czymś na tyle unikatowym, że trudno nie uwzględnić jej w swoich podróżniczych planach; rozczarowujące może być to, jak duża część Armii nie jest jeszcze przygotowana do oglądania, z drugiej strony samo przygotowywanie jej do oglądania też jest ciekawym do podpatrzenia zjawiskiem.
Xi’an jest miłym miejscem do spędzenia w nim czasu, zwłaszcza jeśli nie jest się młodym rodzicem, bo słynie z nocnego życia. Jednak uważam, że warto do niego zajrzeć tylko, jeśli ma się w planach odwiedzić Terakotową Armię.

 

Co łączy dziadka Kruka z Laosem?

Dziadek Benek mieszka w Borach Tucholskich, godzinę drogi od Bydgoszczy, w małej miejscowości niedaleko jeziorka. Chyba nigdy nie był za granicą i mógłby nie wiedzieć, zapytany, gdzie jest Laos. A jednak ma pewną cechę, która sprawia, że czułby się tutaj jak ryba w wodzie.

Gdyby dziadek żył w Laosie

Dziadek Benek prowadzi małe gospodarstwo, z małym inwentarzem i małym polem do obsiewania. Jego dzień jest podporządkowany rutynowym pracom w gospodarstwie, zależnymi od pory roku, oprócz tego zajmuje się drobnymi naprawami, handelem wymiennym i krótkimi rozmowami z sąsiadami. Każdy wie, co u kogo słychać. Dziadek wstaje o świcie i chodzi spać z kurami, po osiemnastej lepiej do niego nie dzwonić. W domu ma telewizor i radio, ale sam nigdy ich nie włącza. Nie czytuje książek i nie rozwiązuje krzyżówek. Swój wolny czas spędza siedząc pod orzechem przed domem i myśląc. Czasem, gdy przechodzi jakiś sąsiad, zamieni z nim parę słów, czasem przejedzie jakiś samochód; przez większość czasu nie będzie działo się nic. Dziadek będzie siedział i myślał. I to mu się nie znudzi.
Takich właśnie siedzących na ganku i myślących Laotańczyków mijamy przejeżdżając z miasta do miasta, siedząc w busie. Jest nam trochę niedobrze, bo drogi wyjąkowo kręte- żałujemy, bo tyle moglibyśmy rzeczy zrobić podczas przejazdów. Zwłaszcza, jak Staś śpi. Poczytać o miejscach, do których się wybieramy, zarezerwować noclegi. Odpisać na wiadomości, napisać zaległe notatki na blogu. Albo chociaż obejrzeć razem jakiś film, może poczytać coś dla przyjemności. Ale nie, walczymy z nudnościami i nie możemy zrobić nic.
To skłania nas do refleksji, że ludzie, których mija nasz autobus, siedzą zapewne wiele godzin przed swoimi domostwami, z rzadka zamieniają z kimś parę słów. Mają talerze satelitarne, ale jednak nie oglądają telewizji. Siedzą i myślą. Nudzą się, jak na moje. Ale to ich styl bycia. Mieszkańcy Laosu zdecydowanie żyją powoli. Oczywiście, zapewne wielu z nich książki czyta i zna na pamięć epizody tajskich telenoweli; to jednak, co ich od nas różni, to to, że powolny, spokojny czas nie jest dla nich czasem zmarnowanym. I nam się to podoba, choć przyzwyczajenie do pośpiechu jest w nas silne.

Dobrze wykorzystany spokojny czas w stylu Lao

To nie tylko kwestia wiosek

Taki styl bycia widać też w codziennych sytuacjach, nawet w większych miastach. W Luang Prabang pewnego razu weszliśmy do sklepu po wodę. Pani ekspedientka siedziała na podłodze razem ze swoją małą córeczką. Przywitaliśmy się i zapytaliśmy o wodę, pani gestem dłoni wskazała, gdzie są butelki z wodą. Mieliśmy się obsłużyć sami. Po czym rzuciła cenę; nie podeszła do lady odebrać pieniędzy, ani nawet sprawdzić, czy banknotów nie rozwiewa wiatr. Ot, siedziała sobie z córeczką na podłodze i spędzała z nią miły czas. Innym razem, w małej miejscowości Oudomxay, chciałam kupić Stasiowi kask na wypadek, gdyby udało nam się trochę popodróżować tutaj na skuterze. Udało mi się znaleźć sklep z rowerkami dziecięcymi, ale pani ekspedientka leżała sobie przykryta kołdrą na łóżku w tyłach sklepu i nie podeszła nawet, by zapytać, po co przyszłam. Nie sądzę, żeby była niemiła. Myślę raczej, że uznała, że nie ma nic, co mogłaby mi sprzedać, albo że zwyczajnie nie będzie się w stanie ze mną porozumieć, więc nie ma sensu, żeby wstawała z łóżka.

Pewna knajpka w godzinach otwarcia. Proponujemy zabawę w „znajdź sprzedawcę”

Bądźmy bardziej Lao

Nam czasem trudno to zrozumieć, czasem się denerwujemy. Jak autobus się spóźnia, albo jak kierowca robi milion przerw podczas podróży, bo autobus się przegrzewa. Bo chcemy mieć wszystko dokładnie wyliczone, zaplanowane. Wszystko musi się zgadzać. Ale w głębi duszy trochę Laotańczykom zazdrościmy tego spokoju, tego, że nie czują presji, żeby coś robić, bo inaczej czas będzie zmarnowany.
Podczas pobytu w Laosie, zwłaszcza w Luang Prabang, gdzie dopadła nas choroba, uczymy się, jak żyć trochę wolniej, jak nie gonić z miejsca na miejsce. Odpoczywamy. Trochę nam z tym nieswojo, ale siedzimy w jednym miejscu, mamy czas na wszystko i dużo myślimy. Jest bardzo przyjemnie.

Beijing czyli Północna Stolica

Mieliśmy odnośnie Pekinu sporo dyskusji. Jechać czy nie jechać? Na jego niekorzyść przemawiała odległość (docelowo zmierzaliśmy na południe Chin, jadąc do Pekinu oddalaliśmy się sporo na północ), a co za tym idzie kłopotliwy i drogi transport, jak i to, że to kolejną wielka metropolia. Na korzyść- Zakazane Miasto, Tiananmen i Mur Chiński w pobliżu. Kruk już chciał zrezygnować, ja się upierałam, Staś pozostawał bezstronny. Finalnie zdecydowaliśmy się jechać tam nocnym pociągiem z miejscami do siedzenia. Dość wygodnymi, ale tej nocy nie spaliśmy dobrze. Mi po drodze włączyły się wizje zamachowców w pociągu, toteż do Pekinu przyjechaliśmy ekstremalnie zmęczeni. Na szczęście Pekin wynagrodził nam trudy podróży i okazał się wielką metropolią wartą obejrzenia.

Zakazane Miasto

To kompleks pałacowy w samym centrum Pekinu, tuż obok placu Tiananmen. Został zbudowany w XV wieku (nie mogłam się oprzeć i sprawdziłam, że to mniej więcej wtedy, co Machu Piccu) i służył za dom kolejnym 24 cesarzom dynastii Ming i Qing.
Nazwa okazuje się bardzo sensowna- kompleks jest tak duży, że z powodzeniem mógłby być uznany za miasto w mieście; zakazane dlatego że tylko nieliczni, ważni urzędnicy i dworzanie mieli tam wstęp. Przejście przez kompleks nasunęło mi skojarzenia z buddyjskimi świątyniami- przejście przez Zakazne Miasto składało się z przejść przez liczne place, które prowadzadziły do kolejnych pałaców. Stojąc na dziedzińcu widziało się tylko kolejny pałac i dopiero po przejściu przez wszystkie, miało się realne wyobrażnie o wielkości obiektu. Na pierwszym placu kilka razy do roku mogli zbierać się zwykli ludzie, kolejne były już zastrzeżone tylko dla wybranych. Niemniej, w moim odczuciu wszystkie były podobnie wykwintne. W ogóle po dłuższym spacerze odnosiłam wrażenie, że wszystkie te place i pałace, są do siebie niezmiernie podobne i można by tam się kręcić w kółko. Spacer kończył się w cesarskich ogrodach. Całość jest wspaniale zachowana (pomimo rewolucji kulturalnej, podczas której komuniści niszczyli wszystkie zabytki i dorobek kulturowy) i świetnie działa na wyobraźnię. Bez problemu można odnieść wrażenie, że trafiło się na dwór cesarski podczas jakiegoś święta (stąd tłumy) i ma się rzadką okazję popatrzeć na przepych cesarskiego domu.

Podobny widok miał cesarz chiński ze swojego pierwszego pałacu parę razy do roku, kiedy na pierwszym placu mogli zbierać się zwykli ludzie. Chociaż pewnie było więcej ludzi
Kruk na początku liczył smoki występujące na zdobieniach. Szybko spasował
Po przejściu przez wiele placów i pałaców dotarliśmy do części mieszkalnej
Spacer wieńczyły cesarskie ogrody ze świątynią

Plac Niebiańskiego Spokoju

Plac Tiananmen to największy plac na świecie, główny plac w Pekinie, przylegający do cesarskiego pałacu, a teraz wykorzystywany jako plac defiladowy, na którym odbywają się wszelkie państwowe uroczystości. Na bramie do cesarskiego pałacu wisi teraz wielki portret Mao Zedonga. Plac jest jednak głównie znany ze swojej ciemnej historii- z masakry dokonanej na studentach w 1989 (która de facto wydarzyła się na ulicy prowadzącej do Placu, o ironio, Niebiańskiego Spokoju). Protest zaczął się od demonstracji studentów i intelektualistów popierającej demokratyczne zmiany w państwie. Demonstracja przerodziła się później w strajk głodowy, a na koniec we wspomnianą masakrę, która pochłonęła rzesze ludzi (dokładna ilość nie jest znana, źródła podają bardzo różne wartości). Teraz na placu znajduje się mauzoleum Mao Zedonga (do którego nie wchodziliśmy), jest stamtąd widok na Zakazane Miasto, ale sam plac wydaje się mało interesujący i poza symboliką, niewiele ma do zaoferowania.

Udało nam się uchwycić prawie pusty plac. W rzeczywistości ciągle były na nim tłumy
Zwyczajny dzień na placu Tienanmen

Buddyjska Świątynia Lama’s Temple

Bodaj najpopularniejsza buddyjska świątynia w Pekinie, na której placach było duszno od dymu kadzideł, w świątyniach słychać było modlących się mnichów, można było zakręcić młynkiem modlitewnym i zapatrzeć się na wielkie posągi Buddy. Lubimy sobie w takich miejscach wyobrażać, że żyjemy wiele lat temu i ogromne posągi, ogólny przepych i woń kadzideł robi na mnie tym większe wrażenie, łatwo wtedy poddać się sakralnemu uniesieniu. Warto jednak pamiętać, że pomimo, że Lama’s Temple jest bardzo turystycznym miejscem i równie łatwo można spotkać mnicha medytującego w świątyni, co mnicha z tabletem w ręku, jest to wciąż miejsce pielgrzymek wyznawców buddyzmu.

Budda o wyjątkowo radosnej twarzy
W każdym kolejnym budynku kolejne posągi buddy
Mnich w przerwie między modłami, sprawdza wiadomości na facebooku
W buddyźmie wierzy się, że modlitwa działa, jeśli jest w ruchu. Stąd kręcenie młynkami z wyrytymi modlitwami albo powiewające na wietrze chorągiewki

Street market

Jedzenie tam tak nas zaskoczyło, że nic nie spróbowaliśmy. Przywitał nas widok żywych malutkich skorpionów nadzianych na kijki i gotowych do upieczenia; były też macki ogromnych ośmiornic, karaluchy, koniki morskie i skorpiony normalnej wielkości. Na szczęście żywe były tylko te małe skorpiony, ale skutecznie odebrały nam apetyty. Z bardziej znanych nam rzeczy można było zjeść pocięte smażone ziemniaki, owoce maczane w gęstym cukrowym syropie albo nadziewane bułki gotowane na parze w specjalnych bambusowych koszykach.
Ten street food zrobił na nas ogromne wrażenie- przede wszystkim porządnie zaskoczył, poza tym, ma to swój klimat: przejść się wąską uliczką, na której mieszają się wszystkie możliwe zapachy, a handlarze krzykiem zachęcają do zjedzenia ich specjałów.
Toteż nasyciliśmy nasze zmysły węchu, wzroku i słuchu do syta. Na zmysł smaku czas przyjdzie później.

Takie widoki wyjątkowo źle wpłynęły na nasze europejskie apetyty
I takie. Te były jeszcze żywe
I jeszcze wije. Kuchnia raczej dla odważnych

Pekin w pigułce

Być może po Szanghaju już trochę przywykliśmy do tłumów, bo w stolicy nie przeszkadzały nam aż tak. Być może była to kwestia naszego hostelu, który był ulokowany tylko kilka stacji metra od placu Tienanmen i tym samym nie spędzaliśmy długich godzin na podróżowaniu metrem, by dostać się do wielu atrakcji. Ale najważniejsze było chyba to, że miejsca, które oglądaliśmy w Pekinie pozwalały na chwilę zanurzyć się w zupełnie innym świecie: pałacu cesarskim, świątyni, tłocznym bazarze, toteż łatwo było zapomnieć o ogromnej metropolii, w której się w istocie było. Dlatego też przywozimy ze stolicy Państwa Środka bardzo miłe wspomnienia i możemy ją śmiało polecać innym podróżującym.

W laotańskiej dżungli

Mniej lub bardziej dziewicza dżungla pokrywa znaczną część powierzchni Laosu. Na pierwszy rzut oka, są tu tylko malutkie mieścinki przy wąskich, kiepskiej jakości drogach i jak okiem sięgnąć połacie pięknych lasów rozpostarte na wzgórzach. Nic więc dziwnego, że tubylcy, zaprawieni w przemierzaniu tych terenów, zaczęli organizować w dżungli trekkingi dla odważnych turystów, którzy przez krórtki czas chcieliby zanurzyć się w dzikość i niesamowitość dżungli.

Jest w czym wybierać

My na nasz pierwszy nocleg w Laosie wybraliśmy Luang Namtha, miejscowość rozpostartą wzdłuż głównej drogi i dwóch równoległych do niej uliczek. Całość do przejścia pewnie w nie więcej, niż pół godziny, chociaż technicznie w skład miasta wchodzą też okoliczne wioseczki wraz z dworcem autobusowym i nawet lotniskiem (!), oddalone od centrum miasta o dziesięć kilometrów.

Ścisłe centrum Luang Namtha

W Luang Namtha poza targiem nocnym nie ma zbyt wiele do roboty, a mimo to pełno jest miejsc oferujących noclegi, biur podróży i samych turystów. A to właśnie za sprawą możliwości wyjścia na trekking do dżungli. Możliwości jest sporo- można wyjść na dzień, dwa, trzy lub cztery do dżungli, można popływać kajakiem po okolicznej rzece albo pojeździć rowerem po okolicznych wzgórzach. Można spać w dżungli albo w małej wioseczce, podpatrując życie tubylców. Jedno z biur podróży oferuje nawet wycieczkę, w której przewodnik na bieżąco, specjalnie pod wycieczkę, wycina w dżungli trasę maczetą. My zdecydowaliśmy się na dwudniowy trekking z noclegiem w dżungli, chociaż rozważaliśmy też spanie w lokalnej wiosce. Ciężko mi cały ten trekking jednoznacznie ocenić, zaraz opowiem, dlaczego.

Poziom trudności: trudny. Bardzo

Trekking polubiliśmy stosunkowo niedawno, jesteśmy w tej dziedzinie amatorami. Bardzo zdeterminowanymi, ale jednak amatorami. Z dzieckiem w chuście. A trekking w dżungli to bardzo wymagająca przeprawa po błotnistych, śliskich ścieżkach, przechodzenie przez strumienie, marsze nad przepaściami, strome podejścia i zejścia. Nie raz poślizgnęliśmy się w błocie, parę razy któreś z nas straciło równowagę. Sama w sobie ta trasa była bardzo trudna, a dodatkowo robiliśmy ją z bardzo ciężkimi bagażami, bo oprócz standardowego bagażu nosiliśmy wodę na dwa dni, maty i śpiwory (jedzenie niósł nasz przewodnik). Były pijawki podgryzające nas w nogi, ale przy tym wszystkim, to było najmniejsze zmartwienie. Pierwszego dnia poważnie rozważałam, czy nie lepiej byłoby się cofnąć.

Trudne trudnego początki
Cieszę się, że przez chwilę idziemy po płaskim i prawie nie śliskim

W dziewiczej dżungli

Sporą część trekkingu skupiałam się na tym, żeby utrzymać równowagę i zwyczajnie dać radę, ale miejsca przez które przechodziliśmy, były niewiarygodnie piękne. Część trekkingu, którą przemierzaliśmy po płaskim w dziewiczej dżungli, była warta każdego wysiłku. Ten, kto myśli, że w tak dziewiczym miejscu, jest głusza, jest w poważnym błędzie. Byliśmy w samym środku najprawdziwszego koncertu cykad, świerszczy, gałęzi- sami nie wiemy czego. Od rana do środka nocy, w dżungli jest naprawdę głośno. Naprawdę przyjemnie głośno. Poza tym, dżungla pachnie. Trochę jak słodki gotowany ryż, trochę ziołami, różnie w zależności od miejsca. Nawet z katarem było to czuć. No i widoki- motyle wielkości małej dłoni (ale nie Stasia. Małej dorosłej dłoni), czasem o skrzydłach grubych, czarnych i trochę jakby puszystych, czasem cieniutkich i przeźroczystych. Niebieskie, żółte albo idealnie białe. Pająki większe od tych motyli na pajęczynach o ogromnej powierzchni. Bywały takie o bardzo chudych nogach, bardzo grubych nogach, podłużnych lub okrągłych odwłokach. Czarne albo z zielonkawymi plamkami. Był też żuk, patyczak, termity, mrówki i wszelkiej maści nieznane nam owady. Niczego większego nie udało nam się wypatrzeć- na nieszczęście i na szczęście.

Duży żuczek i mały Staszek
Duży, podłużny pająk, którego nikt do ręki nie wziął

Były za to bambusy, liany, bananowce, wszelkiej maści kwiaty, drzewa obrastające inne drzewa, tak potężne, że nie sposób było nie tylko ogarnąć je obiektywem aparatu, ale ciężko było ogarnąć je wzrokiem. Dżungla jest po prostu oszałamiająca w swej różnorodności i mnogości życia, które się w niej znajduje. I jest zdecydowanie czymś, co warto doświadczyć chociaż raz w życiu.

Dżunglowy roślinny przepych
Drzewo, które jest hipsterem
I przeogromne drzewo, które obrosło inne drzewo

Obozowisko w dżungli

Dodatkowo, coś, co zdecydowanie polecamy, to trekking z noclegiem w dżungli. O ile trekkingiem w tak wymagającej okolicy można się nasycić w jeden dzień i o ile na zachwyt dżunglą jeden dzień też by wystarczył, to samo spanie w tej dziczy było tak ciekawym i tak niepodobnym do żadnego noclegu wcześniej doświadczeniem, że zdecydowanie warto.
Obóz mieliśmy pod daszkiem z bananowych liści (nieprzemakającym nawet podczas poważnego deszczu- mieliśmy okazję sprawdzić), na bambusowym podłożu pół metra nad ziemią.

Nocleg pod gwiazdami

Nasz przewodnik gotował pyszne posiłki (tym smaczniejsze po dużym wysiłku) na palenisku obok, uraczył nas też pieczonymi ślimakami zebranymi po drodze (nam smakowało, dla Stasia były za trudne do pogryzienia), a kąpaliśmy się w zimnym strumieniu. Zaraz po zmierzchu obóz ogarniała całkowita ciemność- właściwie nic się nie zmieniało po otworzeniu oczu; jeśli wyjść poza obóz i zajrzeć poza bananowy daszek, niebo było niesamowicie rozgwieżdżone, a dżungla, tak głośna za dnia, stawała się jeszcze głośniejsza w nocy. Roje ciem oblatywały nasze przepocone ubrania i buty, które zostawiliśmy poza moskitierą. Takiego doświadczenia nie moglibyśmy mieć, gdyby nie nasz wymagający i bardzo męczący trekking.

Staś przyczynił się do zebrania chrustu na opał
Po czym zmęczył się i poszedł spać
Posiłek lepszy, niż w niejednej restauracji- po dużym wysiłku, pod gołym niebem, a w dodatku pyszny
A nad ranem tacy szczęśliwi wyglądamy zza moskitiery

Wioska nieopodal

Kolejnym cennym doświadczeniem, choć nie tak porywającym, jak nocleg w dżungli, była wizyta w lokalnej wiosce następnego dnia. Wioska, do której wiodła jedna jedyna droga, oddalona o wiele kilometrów od kolejnych ludzkich siedzib, zachowała dość pierwotny wygląd, nie pozbawiony jednak znamion nowoczesności. Były więc tam drewniane, dwuizbowe chaty budowane na podwyższeniu- pod chatą było miejsce, żeby schować się w cieniu; a w środku wioski wielki talerz satelitarny. Dookoła ludzie zajęci swoimi sprawami, drobnym rzemiosłem, doglądaniem małego inwentarza, część z nich przysiadła, żeby na nas (głównie na Stasia) popatrzeć i się pouśmiechać. Dzieci chciały się ze Stasiem pobawić, część z nich nosiła w prostych wersjach chusty swoje młodsze rodzeństwo. Pod jedną z chat leżał mocno zdezylowany, plastikowy chodzik, dzieciaki miały koszulki z postaciami z bajek albo nazwiskami sportowców.
Nasz przewodnik służył nam za tłumacza, ale bariera językowa zrobiła swoje i naszym głównym zajęciem było uśmiechanie się do ludzi i dyskretne przypatrywanie się ich codziennemu życiu.

Staś nawiązuje znajomości. W przeciwieństwie do nas, nie ma problemu z barierą językową
Można by pomyśleć, że czas się tam zatrzymał…
… gdyby nie wielki talerz satelitarny pośrodku wioski. I parę innych detali
Chustowane maluchy zawsze mnie cieszą

Jednakowoż pomimo, że pewna ustalona część pieniędzy, którą zapłaciliśmy za trekking, trafiła do ludzi z tej wioski i był to dla nich zapewne spory zastrzyk finansowy, to ja czułam się tam odrobinę nieswojo, wchodząc z moimi trekkingowymi butami w ich życie i ich spokojną codzienność. Więc pomimo że doświadczenie to było ciekawe, mam co do niego mieszane uczucia.

Czy polecamy?

Trekking w dżungli był dla nas zdecydowanie niesamowitym doświadczeniem, jednym z najciekawszych, które mieliśmy w tej podróży. Złożyło się na to wiele czynników- satysfakcjonujące zmęczenie, niesamowite piękno dziewiczej dżungli, nocleg w samym środku dziczy. Była też wioseczka, kąpiel w strumyku i podgryzające pijawki. To może zabrzmieć przewrotnie, ale w zasadzie cieszę się, że nie zdawałam sobie sprawy, jak wymagający to trekking, bo nie wiem, czy bym się na to porwała jako amatorka z dzieckiem w chuście, a jednak daliśmy radę i przeżyliśmy coś niesamowitego.

Songpan i niewyobrażalnie piękna kraina

Songpan, miejscowość położona w północnym Syczuanie, leży na prawie czterech tysiącach metrów i jest główną bazą wypadową do eksplorowania pobliskich Parków Narodowych i Krajobrazowych. Najpopularniejszy z nich, Park Narodowy Jiuzhaigou po ostatnim trzęsieniu ziemi w sierpniu tego roku został zamknięty na czas przynajmniej dwunastu miesięcy. Dowiedzieliśmy się o tym na krótko przed wyjazdem do Songpan i nawet przez chwilę się zastanawialiśmy, czy jechać. Ostatecznie się zdecydowaliśmy i była to jak do tej pory najlepsza decyzja tej wycieczki.

Szczęście w nieszczęściu

Parki, które udało nam się zobaczyć, były niewyobrażlnie ładne. Ale nasze szczęście nie na tym polegało. Nie zdawaliśmy sobie wcześniej sprawy, że dylemat czy jechać do Songpan, skoro główna jego atrakcja jest zamknięta, mieliśmy nie tylko my. Wiele zorganizowanych wycieczek zostało odwołanych, a i pewnie wielu prywatnych turystów zmieniło swoje plany (w końcu chiński turysta może równie dobrze pojechać tam za rok. My nie). Toteż Songpan, nawet pomimo chińskiego narodowego święta, pozostało spokojną mieściną, w której z radością odpoczywaliśmy od metra, tłumów i zgiełku, a odwiedzone przez nas parki były piękne, spokojne i niemalże puste.
Wszystkie trzy miejsca, do których dotarliśmy były w odległości około czterdziestu minut do godziny jazdy samochodem od Songpan. Jeżdżą tam też busy, ale bardzo wcześnie rano, a nasz hostel organizował tam wycieczki, na które dla wygody się zdecydowaliśmy.

Kaskadowe jeziora w parku Huanglong

Nasz niekwestionowany numer jeden to Park Narodowy Huanglong. Słynie z kaskadowych jezior, unikalnych na świecie (jest tylko parę miejsc na ziemi, gdzie można coś takiego zobaczyć), ale cały park zapiera dech w piersiach i to nie tylko z powodu dużej wysokości nad poziomem morza. W Huanglong zachowała się dziewicza natura, potężne, stare drzewa, niewielkie, ale rozległe wodospady, duża jaskinia z ogromną ilością stalaktytów i dwie buddyjskie świątnie na końcu trasy widokowej. Zwykle w naturze zachwyca mnie to, co monumentalne- wielkie góry, potężne wodospady, rwące rzeki; w Huanglong właściwie nic takie nie było, park był cichy, spokojny, dostojny, a przy tym niesamowicie piękny w detalach. Zachwycały kolory i formy, spokojna woda, grunt, roślinność, kamienie, wszystko. W Huanglong nie było nic monumentalnego, a był przepiękny. W mojej prywatnej skali piękna to niesamowity wyczyn.

Staś śpi, my się zachwycamy
Właściwie co kawałek kolejny piękny widok
Na końcu ścieżki znajduje się buddyjska świątynia

Żeby przejść cały park potrzebowaliśmy około pięciu godzin (trzy na wspinaczkę w górę, dwie na powrót; z mniej więcej czterema przerwami) i była to głównie wspinaczka po drewnianych schodach. W alternatywie była kolejka linowa, ale w tym wypadku uważam to za wyjątkowo kiepskie rozwiązanie, bo właściwie cały czas podczas wspinaczki napotykaliśmy na coraz piękniejsze miejsca, których z kolejki nie byłoby widać. Dla nas był to spory wysiłek, ale też ogromna satysfakcja. I obłędnie piękne widoki. Tak piękne, że zastanawialiśmy się z Krukiem czy to nie jest najpiękniejsze, co w życiu widzieliśmy. Chociaż nie mogliśmy tego stwierdzić z całą pewnością, to zdecydowanie Park Narodowy Huanglong jest miejscem pięknym i niesamowitym.

Krystalicznie czyste jeziora Muni Gu

Park Krajobrazowy Muni jest podobno małą namiastką zamkniętego teraz Parku Jiuzhaigou- jeśli tak, park ten nie bez powodu jest główną atrakcją okolicy. Jeziora w Muni miały rzadko spotykane kolory od jasno zielonego po modry i bez względu na to, jak były głębokie, zawsze idealnie było widać ich dno. A cała okolica parku była piękna i nienaruszona przez człowieka (poza pozostałościami po buddyjskiej świątyni, które w tym wypadku dość mocno szpeciły teren parku). Oprócz krystalicznie czystych jezior były tam też gorące źródła, w których można było moczyć nogi- chociaż „gorące” były tylko z nazwy- myślę że nie miały więcej, niż dwadzieścia stopni Celsjusza.

Muni Gu jest podobno namiastką największego, zamkniętego teraz parku
Jesienne kolory czyniły go jeszcze bardziej niesamowitym
Zdjęcie bez żadnych filtrów i żadnego fotoshopa
Niestety, w pewnym miejscu w parku były pozostałości po buddyjskiej świątyni z mnóstwem chorągiewek modlitewnych porozwieszanych między drzewami i leżących na ziemi

W przeciwieństwie do Hauanglong, po dolinie Muni głównie spacerowało się po płaskim terenie, dlatego trzy godziny tam spędzone, były raczej przyjemnym spacerem, niż wysiłkiem. Przyjemnym spacerem z bobasem w chuście, rzecz jasna.

Wodospad Zhaga

Jest to część Parku Krajobrazowego Muni Gu i można tam wejść kupując jedną wejściówkę. Teren wodospadu jest w porównaniu do dwóch poprzednich miejsc niewielki i składa się na początku z niskich, ale rozległych wodospadów- (ciekawe, bo pośród spływającej wody rosły drzewa), a później z imponujących rozmiarów właściwego wodospadu. Można wspiąć się prawie do samego szczytu wodospadu, co pozwala poczuć jego wielkość i daje przyjemne uczucie satysfakcjonującego zmęczenia.
My pod sam wodospad wspinaliśmy się po kolei, jedno wchodziło (Kruk nawet chwilę wbiegał, taki jest szalony), a drugie czekało ze Stasiem na dole, gdzie był widok na majestatytczny wodospad, a Staś miał czas na swoje fikanie.

Bardzo zmęczeni i bardzo szczęśliwi
Dość zaskakujący widok
Mama się cieszy, że tu dotarła
A potem wspięła się jeszcze wyżej

Cała wizyta zajęła nam około półtorej godziny i oprócz relatywnie krótkiej wspinaczki przy wodospadzie, była raczej spokojnym spacerem, tak jak pierwsza część parku Muni Gu.

Chłód i deszcz w Songpan

Sam Songpan raczył nas chłodną, a czasem deszczową pogodą i wiecznym zimnem w hostelu (ale mieliśmy tak wielkie żarówki w łazience, że dogrzewaliśmy się, zapalajac w łazience światło), ale niesamowite piękno krainy, w której jest położony rekompensował te i wszystkie inne niewygody podróży. Chociaż z chęcią wróciliśmy na południe łapać resztki lata, to wizyta w Songpan była jak dotąd najlepszym punktem tej wycieczki.

 

Pierwszy miesiąc jako Włóczykije

Dokładnie miesiąc temu wsiedliśmy w pociąg do Warszawy, rozpoczynając tym samym naszą podróż. Potem były dwa samoloty i niezliczona ilość autobusów i pociągów. Mnóstwo pięknych miejsc. Czternaście różnych pokoi i łóżek do spania, cztery różne kuszetki. Miesiąc trudnej, ale ekscytującej przygody za nami. Dwa razy tyle przed nami. Z tej okazji napisałam o różnych aspektach podróżowania z dzieckiem.

Elastyczny plan wycieczki

Przed podróżami ze Stasiem, kreśliliśmy tylko orientacyjny plan podróży, wyszukiwaliśmy ciekawe miejsca na mapie i szacowaliśmy czasy przejazdów, żeby się zmieścić w ramach czasowych. Dziecko w tej kwestii nic nie zmieniło. A właściwie utwierdziło nas w starych zwyczajach- podróżując ze Stasiem nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy nie będziemy potrzebowali dnia przeznaczonego tylko na odpoczynek, czy uda nam się zobaczyć nasze punkty programu w wyznaczonym czasie; musimy być elastyczni. Ale nie tylko ze względu na Stasia- w Chengdu odkryliśmy, że park narodowy, który Kruk bardzo chciał zobaczyć, po ostatnim trzęsieniu ziemi jest zamknięty na kilka miesięcy, innym razem bilety na busa, którym planowaliśmy pojechać do kolejnej miejscowości zostały wyprzedane na dany dzień. Pomocne okazuje się rezerwowanie noclegów tylko na parę nocy do przodu i z możliwością odwołania.
Chociaż przez taki styl podróżowania nie zobaczyliśmy kilku rzeczy z naszej listy, a czasem zobaczyliśmy inne, czasem kosztowało nas to też trochę nerwów, to uważam, że podróżując z dzieckiem nie warto trzymać się sztywnych ram.

Wolniej, ale przyjemniej

To rzecz poniekąd oczywista- jeśli zwiedza się z dzieckiem, warto dać sobie więcej czasu. Na nieplanowane przerwy na fikanie albo jedzenie malucha czy odpoczynek dla rodziców zmęczonych noszeniem.
Łatwo o tym pisać, ciężej zrobić. Nam czasem zdarzało się oglądać coś na chwilę przed zamknięciem i zdecydowanie nie jest to najprzyjemniejsza forma spędzania czasu.

Zawsze jest dobra pora, żeby kupić na ulicy i zjeść pieczonego batata

Czas dla Stasia

Już o tym pisałam, ale podróż z rocznym dzieckiem wymaga częstych przerw na zabawę. Wiek to o tyle kłopotliwy, że Staś jeszcze samodzielnie nie chodzi, a już potrzebuje sporo czasu dla siebie. To wymaga szukania odpowiedniego miejsca dla raczkującego bobasa, który lubi ćwiczyć wstawanie i pierwsze kroczki- czyli najlepiej kawałek trawy i ławka lub niski murek. Jednak często Staś zgłasza swoją potrzebę nagle i gwałtownie, wtedy musimy popisywać się kreatywnością i znajdować miejsce na zabawę tam, gdzie jesteśmy. Bywa to kłopotliwe, ale jakoś zawsze udaje nam się wypracować satysfakcjonujące wszystkich rozwiązanie.

Czasem uda nam się ze Stasiem dogadać i czas na fikanie mamy w pięknym, spokojnym miejscu
Innym razem, na chwilę przed atrakcją, Staś upiera się, że musi poprzekładać kamyczki. Więc my siedzimy i czekamy

Pieluchy i chusteczki- nowe symbole luksusu

W dużych miastach nie było z tym problemu, ale im mniejsze odwiedzamy miejscowości, tym bardziej jednorazowe pieluszki i nawilżane chusteczki stają się symbolem luksusu. Ciężko je zdobyć, jak już są, to tylko dwa rozmiary (najmniejszy i największy) i potrafią być horrendalnie drogie.
Pieluchy chińskich marek są dużo mniej chłonne, a zdarzają się i takie, które w ogóle nie mają zapięć i w instrukcji użytkowania magicznie pojawia się jakiś pasek, który pieluchę powinien trzymać. W opakowaniu pieluch pasek magicznie się niestety nie pojawia. Toteż po zakupie takich pieluch, zaraz śmigaliśmy oo kolejne opakowanie i od tego momentu uważniej przypatrujemy się rysunkom na opakowaniu.
Co do chusteczek, próbowaliśmy przerzucić się na zwykłe chusteczki i wodę, ale pierwsza poważna kupa rozsmarowana po wszystkich częściach mojej i Stasia garderoby, wybiła nam ten pomysł z głowy. Próbowaliśmy też sił w odpieluchowaniu, na razie bezskutecznie. Pytania nasuwają mi się dwa. Pierwsze, co to będzie w Laosie i Birmie, jeśli tam nas wywieje; drugie, jak radzili sobie rodzice sprzed epoki tych wynalazków. Wiedzcie, że całym serduszkiem Was podziwiam. Przyjmuję też chętnie wszystkie rady w zakresie odpieluchowania. Pilne!

Posiłki Małego Włóczykija

Staś je metodą BLW czyli od początku rozszerzania diety jadł jedzenie w kawałkach, a nie papki. Jadł wszystko własnoręcznie, co pozwalało mi zawsze na jedzenie ciepłych posiłków, a jemu na samodzielne decydowanie co i w jakiej ilości chciałby zjeść. Dzięki temu przeskoczyliśmy jeden etap nauki, a ciekawość Stasia powodowała, że chętnie sięgał po prawie wszystko, co mu proponowaliśmy. I tak w Chinach zajada się ryżem, makaronem, warzywami i mięsem wprost z naszych talerzy. Pije z nami wodę ze zwykłej plastikowej butelki, którą wystarczy mu przechylić, a herbatę ze szkalnki.

Staś jeszcze nie rozkminił konceptu pałeczek. Ale ma jeszcze dwa mieisiące

Jednak o ile w knajpkach jemy raczej zdrowo, o tyle w sklepach bardzo ciężko o zdrową żywność. Wydawało mi się, że nie ma nic prostszego, ale chińskie sklepy szybko zweryfikowały mój pogląd- wybór jest tu między słodyczami a wszelkiego rodzaju mięsem w paczkach, które nie leżą w lodówce. Nabiał jest sumą powyższych- zawsze słodki i nie wymaga chłodzenia. Toteż, choć niechętnie, wprowadziliśmy do Stasia diety rzeczy słodzone.
Co istotne, Staś jest dalej karmiony piersią, co pozwala na podanie mu na pewno zdrowego posiłku oraz ratuje nas w sytuacji, kiedy o jakimś posiłku zapomnimy (sami wytrzymamy do najbliższej stacji/ sklepu/ knajpki) albo kiedy Staś ma problem, żeby zasnąć.

Spanie

W Polsce Staś spał u siebie w łóżeczku; tutaj, kierowani chęcią zabrania jak najmniejszej ilości rzeczy, nie wzięliśmy żadnego turatycznego łóżeczka ani niczego w tym stylu. W naszym pierwszym hotelu dostaliśmy turystyczne łóżeczko, ale Staś przespał w nim tylko chwilę i obudził się z krzykiem. Od tamtej pory śpi razem z nami w łóżku i zazwyczaj przesypia noce jeszcze lepiej, niż w Polsce, a musicie wiedzieć, że spał on tam naprawdę dobrze. Dzięki temu, że jest taki dobry w spanie, podczas tej podróży nie raz jeździliśmy nocnym pociągiem, zyskując tym samym sporo czasu i wyspiając się nienajgorzej.
Z drzemkami w ciągu dnia też nie mamy kłopotu, bo te zazwyczaj Staś urządza w chuście. Ale zdarzyło nam się parę razy, że zasnął, my chcieliśmy gdzieś iść, opanowaliśmy więc motanie w chustę śpiącego Stasia. Działa.

Staś na dworcu śpiący. Rodzicom się nie spieszyło

Myślę, że taki dobry sen Stasia to wypadkowa dwóch rzeczy- wrodzonego talentu i kwestii przyzwyczajenia. W domu często grała u nas muzyka, której nie ściszałam na Stasia drzemki i zawsze spał przy naturalnym oświetleniu za dnia. To sprawiło, że teraz jak jest zmęczony, śpi w chuście, w gwarnym pociągu, w restauracji, w parku, gdziekolwiek.
Ze spania Stasia w podróży jesteśmy bardzo, bardzo zadowoleni. Pytanie tylko, czy po powrocie do domu, damy go łatwo radę namówić na spanie z powrotem w osobnym łóżeczku, ale o to będziemy się martwić później.

Więzy rodzinne

Myślę, że aspektem, o którym rzadko się mówi w związku z podróżowaniem z dzieckiem jest to, że dziecko ma oboje rodziców dla siebie przez całą dobę. To wyjątkowa okazja do spędzenia ze sobą mnóstwa wartościowego czasu. Zwykle tylko jeden z rodziców ma taką okazję, a podróż staje się nie tylko poznawaniem nowych miejsc i kultur, ale też pretekstem do fajniejszej relacji z dzieckiem.

Staś gonił mamę. Jak widzicie, ubaw po malutkie paszki

Ale są i minusy. W Polsce mamy naszych rodziców i parę innych osób, którym mogliśmy Stasia podrzucić, żeby wyskoczyć na randkę albo zwyczajnie od trudów rodzicielstwa odpocząć. Tutaj nie ma o tym mowy. Jesteśmy zdani tylko na siebie i czasem bywa to ciężkie.
Z rodziną rozmawiamy na skype raz w tygodniu. Mamy tutaj strefę czasową o sześć godzin różną od polskiej, także u nas jest już późny wieczór, kiedy w Polsce dziadkowie dopiero kończą pracę. Ale zawsze udaje się chociaż na chwilę porozmawiać i Staś za każdym razem nie posiada się ze szczęścia, jak widzi znane sobie twarze w telefonie. Zresztą, dziadek, babcie i reszta rodziny też nie posiadają się ze szczęścia, że widzi Stasia.

Szczepienia

Tak na marginesie, jeśli będziecie planowali podróż ze swoim maluchem, to odradzam Wam naszą opcję czyli wyjazd zaraz po pierwszych urodzinach ze względu na szczepienia.
My jesteśmy zaszczepieni przeciw WZW A i B i na dur brzuszny. Stasiowi chcieliśmy zaserwować taki sam zestaw. WZW B jest w standardowym pakiecie szczepień, na dur brzuszny nie szczepi się dzieci poniżej trzeciego roku życia. Przeciw WZW A można zaszczepić dzieci od roku wzwyż.
Dodatkowo szczepienie przeciwko pneumokokom i meninogokokom wymaga jednej dawki mniej, jeśli zaczyna się szczepienie po pierwszych urodzinach- to ma znaczenie tylko jeśli nie szczepiliście na to swoich maluchów wcześniej. My nie szczepiliśmy i zdecydowaliśmy się dopiero pod wpływem wyjazdu.
Dlatego ze względu na szczepienia, warto wybrać się w podróż dwa trzy miesiące później, niż zaraz po pierwszych urodzinach. Jeśli wybieracie się z trzylatkiem, również proponuję wybrać się odrobinę później, niż zaraz po urodzinach, żeby spokojnie był czas, żeby go zaszczepić.

Rodzina z plecakiem

Po miesiącu podróżowania z dzieckiem, mamy wrażenie, jakbyśmy nigdy nie robili nic innego, nowy styl życia wszedł nam w krew i nawet nie zauważyliśmy, kiedy nasze kolejne hostele zaczęliśmy nazywać „domem”. Staś- trochę się tego obawiałam- szybko się przyzwyczaja do kolejnych miejsc, nie sprawia wrażenia, jakby mu przeszkadzało, że prawie codziennie śpi w innym łóżku. Ma dwójkę rodziców non stop przy sobie, ma swój czas na swoje aktywności, czasem tylko narzeka na zbyt dużo noszenia w chuście.
Śpi świetnie i je dużo nowych rzeczy. My staramy się planować tylko z małym wyprzedzeniem i dawać sobie na wszystko więcej czasu.
Myślę, że byłoby nam dużo łatwiej podróżować z dzieckiem odpieluchowanym i samodzielnie chodzącym. Doadtkowo, z praktycznego punktu widzenia lepiej odczekać trochę po roczku dziecka, żeby na spokojnie zrobić odpowiednie szczepienia.
Ale generalnie my całym serdudzkiem podróżowanie z dzieckiem polecamy. Żadna wcześniejsza podróż nie dawała nam tyle satysfakcji i radości co ta, w którą wybraliśmy się z naszym Małym Włóczykijem.

Wielki Chiński Mur

Chyba pierwsze skojarzenie z Chinami, “must see” każdego odwiedzającego ten kraj- Wielki Mur Chiński. No, może poza Krukiem, którego do Muru trzeba było sporo przekonywać, ale ostatecznie dał się namówić i zdecydowanie nie żałował.

O Wielkim Murze

Wielki Mur Chiński to pojęcie, które odnosi się do całego szeregu umocnień na północy Chin i w zdecydowanej większości miejsc wcale nie wygląda, jak ten Wielki Mur, który przywykliśmy oglądać w mediach. W tylko nielicznych jest ładnie odrestaurowany i udostępniony dla zwiedzających. To sprawia, że te miejsca są lepem na turystów, do których prowadzą drogie busy lub prywatne taksówki, na miejscu można zakupić całą masę pamiątek, a na sam Wielki Mur wjechać kolejką linową. A żeby było ciekawiej, zjechać można w wielkiej zjeżdżalni na specjalnym siedzisku. Powaga.
Krukowi najbardziej marzyło się zobaczyć taki nieodrestaurowany, dziki fragment Muru, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że szkoda by było podjechać spory kawałek drogi, by na miejscu odkryć, że z jakiegoś powodu nie jesteśmy w stanie do takiej nieodrestaurowanej części Muru dotrzeć i wcale Muru nie zobaczyć.

Podróż do Muru

Postaraliśmy się więc wybrać na najmniej uczęszczany, ale turystyczny fragment Muru- padło na miejscowość Mutianyu. Okazało się, że w pobliże jeździ miejski autobus z Pekinu, a z jego przystanku można się zabrać taksówką (można też dalej jechać autobusami, ale te na ostatnim kawałku nie jeżdżą przesadnie regularnie)- i całość nie wychodzi wcale drogo. Jeszcze w autobusie spotkało nas niemiłe zaskoczenie, bo oto pewien pan w pewnym momencie zaczął nas instruować, że do „Great Wall” mamy wysiadać tutaj, energicznie postulując jakiś przystanek. Rzeczywiście powinniśmy byli wysiąść znacznie później, ale owy pan chciał nas wyciągnąć do swojej prywatnej taksówki i zwyczajnie naciągnąć na większe pieniądze. Ja mu zaufałam, jeszcze się cieszyłam, że spotykamy takich uczynnych ludzi na trasie, ale Kruk trzymał rękę na pulsie (a wzrok na GPSie) i nie dał się wykiwać. Toteż bez większych problemów i tylko z planowanymi uszczerbkami w portfelu, dotarliśmy do Wielkiego Chińskiego Muru. Widok już z dołu był imponujący: biała wstęga Muru wiła się między szczytami i nie sposób było określić, gdzie właściwie się kończy, a gdzie zaczyna. Nawet pomimo mgły (lub smogu), Mur robił naprawdę duże wrażenie.

Podróż pod Murem

Czytaliśmy, że piesze podejście pod Mur zajmuje około pół godziny, uznaliśmy że nawet ze Stasiem w chuście powinniśmy dać radę, toteż z kolejki linowej zrezygnowaliśmy. Zjeżdżalnia w drodze powrotnej trochę nas kusiła, ale raz, że Staś, a dwa, że to całkiem droga atrakcja, także chcąc niechcąc, na Mur wspinaliśmy się pieszo z bobasem na plecach lub na brzuchu, zawstydzając tym samym prawie sto procent pozostałych turystów. I faktycznie, nie trwało to długo.

Na trasie pustki

Podróż wzdłuż Muru

A widoki z góry rekompensowały wszystko. Piękne szczyty, porośnięte bujną, zieloną roślinnością poprzedzielane surowym, masywnym Murem, który wił się dookoła nich, jak gdyby był tam od zawsze, jakby był naturalnym elementem tych wzgórz.
Dodatkowo albo mieliśmy sporo szczęścia, albo dokonaliśmy naprawdę dobrego wyboru miejsca, bo zdarzało się, że na Murze nie widzieliśmy nikogo poza nami (może to kwestia mgły. Czy tam smogu). Toteż przechadzaliśmy się w tą i z powrotem rozkoszując się widokami; pierwotnie mieliśmy pomysł, żeby dojść aż do nieodrestaurowanej części, ale długi spacer w jedną stronę uświadomił nam, jak wielki jest ten Wielki Mur i spasowaliśmy. Zamiast tego pozwoliliśmy Stasiowi pokonać parę stopni samodzielnie (pokonał! Powspinał się po Wielkim Chińskim Murze!) i spędzaliśmy po prostu spokojny czas na tym niesamowitym tworze ludzkich rąk. Mamy dla Was kilka zdjęć:

Mama mówi, że widoki zachwycające
Parę schodów zdobyłem samodzielnie. A co!
Mama zachwyca się też swoimi chłopakami
Na koniec uznałem, że taki mur to dobra okazja do posiłku i gimnastyki

Bardzo polecamy

Zgodnie przyznaliśmy, że było naprawdę warto. Kruk, bardzo lubiący przyrodę i ja, lubiąca wytwory ludzkich rąk, oboje znaleźliśmy coś dla siebie. Staś też, bo miał sporo czasu na fikanie. Wielki Mur Chiński naprawdę robi niesamowite wrażenie. A na nieodrestaurowane części przyjdzie czas w kolejnej podróży, jeśli jeszcze kiedyś tu wrócimy. Na zjazdy wielkimi zjeżdżalniami też.