Złotowłose dziecko, które przynosi szczęście- czyli mały biały człowiek w Chinach

Generanie nie jesteśmy bardzo spięci w życiu. Inaczej nie wybralibyśmy się w trzymiesięczną podróż po Azji z rocznym dzieckiem. Pozwalamy Stasiowi eksplorować na własną rękę restauracje, dworce, pociągi. Je z nami jedzenie na ulicy (unika tylko surowego), o knajpkach nie wspominając, bawi się pałeczkami, zapoznaje się z lokalnymi dziećmi. Lokalni ludzie zapoznają się ze Stasiem. Wszystko pięknie. Ale czasem przesadzają i atencja, jaką otaczają Chińczycy nasze dziecko, czasem doprowadza nas do białej gorączki.

Chusta robi robotę

Kiedy dziecko jest tak blisko rodzica, obcy ma mniej odwagi, żeby podejść i zaczepiać. Czasem dotknie wystającej z chusty nóżki, ale zazwyczaj tylko się uśmiechnie, powie coś po chińsku albo strzeli poważną sesję zdjęciową. Inaczej jest jak nosimy Stasia po prostu na rękach. Wtedy Chińczycy często mają odwagę chwycić za rączkę, co sprytniejsi próbują zachęcać Stasia do przejścia do nich na ręce. Na szczęście nasz pierworodny bardzo lubi kontakty z obcymi, ale zachowuje dystans i takie propozycje zwyczajnie go peszą. Chińczyków to nie peszy. Potrafią być naprawdę namolni w okazywaniu Stasiowi atencji.

Takie znajomości jak widać nas cieszą

Czas dla Stasia

Najgorzej jest, kiedy dajemy Stasiowi czas dla niego, żeby rozprostował nogi i trochę pofikał. Roczne dziecko potrzebuje sporo takiego czasu, żeby ćwiczyć nowe umiejętności, takie jak wstawanie czy stawianie pierwszych małych kroczków. Czasem po prostu chce się pobawić. Staramy się wybierać spokojne miejsca, zdala od dużych tłumów, najlepiej w ładnych okolicznościach przyrody, ale często to Staś dyktuje, kiedy takiego czasu potrzebuje. Z racji tego, często czas dla siebie wypada w pobliżu atrakcji turystycznej, której nasze złotowłose dziecko odbiera nagle tłumy turystów. Stają w pewnej odległości, czasem podchodzą. Robią zdjęcia z ukrycia albo bez krępacji i rzadko pytają o zgodę. Robią miliony zdjęć, naprawdę nie znają umiaru. Czasem chcą dotknąć rączki, pogłaskać po główce, co zazwyczaj ukrócamy. Staś nie wydaje się tym przejęty, czasem nie odrywa się od zabawy, czasem z uśmiechem pozuje do zdjęć. To my zaczynamy po pewnym czasie mieć dość. Zwłaszcza, że takie sytuacje pojawiają się kilkanaście razy dziennie.

Staś ze swoimi fanami. Zastanawiamy się nad pobieraniem jakichś opłat za zdjęcia czy coś

Ale mogło być gorzej

Spotkaliśmy w Luoyang parę Polaków podróżujących z dwójką dzieci- w wieku szkolnym i przedszkolnym. Kiedy zaczęliśmy opowiadać, z jaką atencją spotyka się tu Staś, powiedzieli że ich dzieci mają tak samo. Z tym że ich dzieci nie są noszone w chuście, która odcina je od zewnętrznego świata, a taka ilość nieproszonej uwagi zwyczajnie je denerwuje. Toteż myślę, że mogło być gorzej.

Czy polecamy?

Myślę, że Chiny z tak małym dzieckiem mogą być męczącym pod tym względem doświadczeniem. Nie jest bardzo źle, ale potrafi to działać na nerwy. Dodatkowo, myślę, że wózek pogorszyłby sprawę (zwiększa odległość dziecka od rodzica, myślę, że mogłoby to zachęcić Chińczyków do wzmożonej atencji). My Chiny z dzieckiem będziemy wspominać dobrze, ale zasługa między innymi chusty i zapasu nerwów ze stali.
Na pocieszenie jednak dodam, że moim zdaniem sytuacja będzie zmieniała się na lepsze. Chińczycy z czasem przyzwyczają się do młodych turystów (których pewnie będzie coraz więcej), a i sami może powyjeżdżają za granicę, gdzie będą mieli szansę nacieszyć się złotowłoaymi dziećmi do woli- w końcu chińskich wycieczek w Europie sporo.

O wielkim mieście i starych Chinach- krótka relacja z Szanghaju i okolic

Szanghaj jest największym miastem Chin i jedną z największych metropolii świata. Zazwyczaj to dla nas wystarczająca recenzja, by takich miast unikać; pewnie gdyby nie długi lot właśnie tutaj, w ogóle byśmy się tu nie zatrzymali. Nie jesteśmy fanami tłoku, korków i wieżowcowych panoram, nie przepadamy podróżować godzinami podziemnymi labiryntami metra (chociaż to bywa w pewien sposób fascynujące) i zwiedzać w ścisku turystów.

Co amatorzy spokoju polecają w Szanghaju

W Szanghaju pozwoliliśmy sobie na sporą dawkę odpoczynku (nawet Staś chętnie z nami odsypiał, pomimo że przespał prawie cały nocny lot), ale postawiliśmy sobie za cel poszukać jakichś interesujących miejsc. I je znaleźliśmy. Przede wszystkim interesujący okazał się park przy People’s Square, który od czasu do czasu pełnił rolę biura matrymonialnego (opisałam go w Czterech pierwszych zdziwieniach); okazuje się, że tradycja swatania dzieci przez ich rodziców w Chinach jest dalej żywa. Mam nadzieję, że to taka tradycyjna wersja portali randkowych i w ten sposób wybrani młodzi ludzie mają okazję się poznać i dokonać samodzielnych wyborów. Mamy w planach spać w Chinach nie tylko w hostelach, ale też u gospodarzy z couchsurfingu i jeśli tak się stanie, koniecznie o to dopytam.
Wracam jednak do naszego pobytu w Szanghaju- po wizycie w tym przedziwnym parku przeszliśmy się najbardziej znaną sklepową aleją, Nanjing Road (która zrobiła na nas średnie wrażenie; była imponujących rozmiarów i imponująco zatłoczona) i dotarliśmy do Bundu, czyli nabrzeża rzeki Huangpu, skąd rozpościera się widok na wieżowcową część miasta, ze wszystkimi jej drapaczami chmur i ze słynnym wieżowcem wyglądającym jak otwieracz do piwa. Po zmroku, kiedy wszystko jest podświetlone na milion różnych kolorów wygląda naprawdę ładnie.

To którędy idziemy?

Bund najlepiej prezentuje się po zmierzchu

Stamtąd wzdłuż rzeki przeszliśmy się do Yu Garden, ogrodów, w których można podejrzeć rosnące bambusy, a które łączą się ze starą częścią miasta. Część z budynków jest odrestaurowana i przerobiona na sklepy i atrakcje dla turystów, jednak zanim ją znaleźliśmy, udało nam się znaleźć fragment Szanghaju, który zdecydowanie nie wyglądał jak ten z pocztówek i przewodników- przechodziliśmy pomiędzy ciasno upakowanymi budyneczkami o orientalnym dla nas wyglądzie, dookoła rozmieszczone były stragany i warsztaty, golibroda golił kogoś na środku ulicy, w oknach suszyło się pranie i aż trudno było uwierzyć, że to serce wielkiej metropolii. To było naprawdę ciekawe doświadczenie.

Takie widoki dwadzieścia minut od ścisłego centrum Szanghaju

Kiedy potem znaleźliśmy tę odrestaurowaną część, nie mogliśmy odmówić jej uroku i klasy- wyglądała dokładnie tak, jak się oczekiwało; dominował kolor czerwony i żółty, daszki miały specyficzny kształt, pełno było lampionów, smoków i innych zdobień- ale pełno też było turystów i ciężko było nie odnieść wrażenia, że wszystko to jest odrobinę sztuczne.

Staś uznał, że taka wersja starych Chin to jednak komercja i on idzie spać

I przespał naprawdę ładne miejsca

Podróż do Tong li

To zainspirowało nas do poszukiwania prawdziwych starych Chin, oczywiście w miarę możliwości. Następnego dnia, w którym zamierzaliśmy kręcić się dalej po Szanghaju, zamiast tego, wybraliśmy się do Tong li, tysiącletniego miasteczka, w którym zachowała się stara zabudowa, a dodatkowo nie było przepełnione turystami. Po dość długiej podróży szybką koleją, później busikiem, a na końcu pieszo, znaleźliśmy to, czego szukaliśmy. Co prawda Tong li na turystów czeka i jest gotowe na przyjęcie znacznej ich ilości, ale jeszcze można się w nim zupełnie zgubić i zanurzyć w jego klimacie. Co więcej, część z domów jest jeszcze zamieszkała, więc przed starymi domkami stoją współczesne skutery, a gdy przechodziliśmy obok kanału, Chinka płukała w wodzie owoce. Tong li jest całe poprzecinane kanałami, co dodaje mu uroku, a spragnieni wrażeń, mogą się przepłynąć stara łodzią. Można tu skosztować tradycyjnych wypieków (i tylko zgadywać, które będą słone, a które słodkie), ale można też kupić cała gamę współczesnych pamiątek. Można obejrzeć od środka stare chińskie domy co ważniejszych osobistości (które wyglądały zupełnie jak w „Mulan”!), z okrągłymi przejściami, sadzawkami i pięknymi ogródkami. A przede wszystkim, poczuć się chociaż przez chwilę jak w podróży w czasie i zanurzyć się w duchu historycznych, starych Chin.

Zwyczajny ładny widok w Tong li

I niezwyczajny dom

Chłopacy zapatrzyli się na łodzie

Część dotąd zamieszkana- z miniaturowymi okienkami

Toteż, chociaż nie zabrzmi to najlepiej, najbardziej z Szangahju podobało nam się Tong li, miasteczko oddalone od niego o wiele kilometrów. Pomimo że stamtąd ruszyliśmy od razu do Pekinu (bo upierałam się jak kózka przy Wielkim Murze i Zakazanym Mieście), postanowiliśmy że resztę podróży spędzimy raczej w małych miejscowościach, rozkoszując się ich spokojem i odrobiną autentyczności.

W Chinach wszystko jest bardzo

Bardzo tłoczne. Bardzo kolorowe. Bardzo neonowe i krzykliwe. Bardzo głośne. Bardzo monumentalne. Chiny- jak dotąd widziane przez nas z perspektywy dwóch wielkich metropolii- po prostu muszą być bardzo, nieważne jakiego określenia chce się użyć do ich opisu. 

Bardzo tłoczne i głośne

To nie powinno dziwić- Chińczycy to jedna szósta (czy siódma) część świata, a terytorium Chiny zajmuje znacznie mniej. Do tego spora część kraju jest bardzo nieprzyjazna do zasiedlenia, więc te przyjazne tereny są pełne ludzi. To wszystko nie dziwi. Ale my dopiero co przyjechaliśmy z Pekinu do małej miejscowości Luoyang; a przynajmniej tak nam się wydawało, zanim tu przybyliśmy, bo Luoyang ma więcej ludności, niż Warszawa i choć widać, że jest tu znacznie biedniej, niż w metropoliach, nie jest tu mniej tłoczno. Koło północy tętni tu życie, sklepy są otwarte, ulice pełne, słychać co chwilę klaksony. Ale gdyby tego było, jadąc o dwudziestej przez jeszcze mniejsze miejscowości, widać co chwilę przydrożne knajpki pełne Chińczyków. Na dworcach i w metrze panuje wieczny ścisk, we wszystkich oglądanych przez nas do tej pory atrakcjach dziewięćdziesiąt pięć procent odwiedzających stanowili Chińczycy.

A w pierwszym tygodniu października nałożą się w Chinach dwa święta, co da Chińczykom tydzień wolnego od pracy. Podobno ma być wtedy jeszcze tłoczniej. Moja wyobraźnia nie działa aż tak dobrze, żebym mogła to sobie wyobrazić. (Ale zobaczę to na własne oczy i na pewno zrobimy zdjęcia).

To tylko część ludzi czekająca tylko na jeden pociąg. Szacowaliśmy, że w tym pociągu razem z nami jechało około tysiąca ludzi- a pociągi na tej trasie jeździły regularnie co parę godzin.

Bardzo fast

Nawet nie chodzi mi o to, że ludziom tutaj się zawsze spieszy, chociaż to też nie mija się z prawdą. Ale Chiny są bardzo „fast” jeśli chodzi o styl życia. Bez problemu można tu kupić całą gotowaną kaczkę zamkniętą hermetycznie w paczce, parówki o przedziwnym różowym kolorze albo inne mięso, które w sklepie nawet nie leży w lodówce. Nabiał też nie. Jest mnóstwo słodkich wyrobów, też w paczkach, gotowych do zabrania i zjedzenia po drodze. Generalnie trzy czwarte asortymentu sklepów to rzeczy w paczkach. Działy ze zdrową i ekologiczną żywnością jeszcze nie są tu w modzie. Jak na lekarstwo możliwości kupienia świeżych owoców i warzyw- przynajmniej jeśli chodzi o metropolie, z tym w Luoyang zauważyliśmy poprawę. Bez problemu można też zjeść tu w zachodnich fastfoodach, chociaż lokalne knajpki z jedzeniem cieszą się wciąż dużym powodzeniem.

Kurze łapki, kawełek wieprzowiny albo ryba jeszcze ze skórą. Są też inne przysmaki, których nie byliśmy w stanie zidentyfikować. Wszystko w paczce na raz, obywa się bez lodówki.

Bardzo monumentalne

Żeby pomieścić tych wszystkich ludzi, którzy na co dzień tłoczą się w metrze, na ulicach i atrakcjach turystycznych, potrzeba monumentalnych budowli. Na obrzeżach Luoyang budują się nowe wieżowce mieszkalne, w których z Krukiem doliczyliśmy się (uwaga!) trzydziestu trzech pięter. Oczywiście, żeby się wszyscy zmieścili, takie i odrobinę niższe wieżowce są wszędzie- w centrach miast, na obrzeżach, a nawet godzinę drogi pociągiem od miasta. Nawet pośrodku wsi widzieliśmy bloki, nie tak wysokie, ale bloki. Niestety ma to swoją cenę; ciągła rozbudowa miast sprawia, że zabytkowe hutongi (malutkie, urocze domki) są wyburzane, by móc stawiać coraz więcej i więcej wieżowców.

Stara, niska zabudowa do rozbiórki. Na tym samym miejscu będą mogły później mieszkać setki rodzin, zamiast kilku. Generalnie rozumiem, że taka kolej rzeczy, ale jednak trochę zrobiło mi się smutno.

Bardzo neonowe

Rzuca się to w oczy zwłaszcza nocą, kiedy na ulicach jest jasno od neonowych świateł, a reklamy krzyczą kolorami i kształtami. Co ciekawe- Chińczycy lubują się w kreskówkowym i komiksowym przedstawianiu świata i nawet poważne komunikaty (na przykład co robić w przypadku pożaru) są przedstawiane w taki sposób. Zabawne, bo zanim tu przyjechaliśmy, nie raz mieliśmy wrażenie, że to w Polsce jest za dużo reklam, od teraz będziemy uważniejsi w osądach.

Mała uliczka w Luoyang prowadząca do niczego konkretnego późnym wieczorem.

Bardzo, bardzo ciekawe

Bez dwóch zdań! Chociaż często nawet na migi ciężko się dogadać, a Chińczycy bywają natrętni, jedzenie niekiedy nas przeraża, blokowanie internetu bywa męczące, a przechodzenie co bardziej ruchliwymi ulicami kojarzy się raczej z tetrisem, niż zwykłą przechadzką, to absolutnie nie żałujemy, że wybraliśmy Chiny na naszą podróż. Bawimy się świetnie i wciąż mamy ochotę na więcej.

Cztery pierwsze zdziwienia

Chociaż już trochę w życiu widzieliśmy, podczas tej podroży jesteśmy co chwile czymś zadziwieni. Ta kultura jest tak odmienna od naszej i tak ciekawa, że nie sposób się nie zachwycać i nie dziwić jednocześnie. Poniżej przedstawiam Wam moją subiektywną listę zdziwień.

Park pełen parasolek

Zdecydowanie numer jeden w kategorii zaskoczeń.
Park w centrum miasta, z ciekawymi roślinami, chyba liliami, których liście miały ponad metr średnicy i kształt foremki do tarty- były idealnie okrągłe z wysokim prostym brzegiem; jednak to nie rośliny nas tam przyciągnęły. Było odrobinę ciszej, niż przy głównych drogach, ale choć zwykle uciekamy z miejskiego tłoku, tym razem nie tego tu szukaliśmy.
Według naszych informacji byliśmy już spóźnieni, a dalej nie wiedzieliśmy jak znaleźć interesujące nas miejsce, toteż trochę niepocieszeni wolnym krokiem przemierzaliśmy kolejne parkowe alejki. W pewnym momencie zrobiło się trochę bardziej tłoczno- wzdłuż jednej z alejek siedziało sporo osób w średnim wieku z parasolkami, do których przypięte były karteczki z chińskimi literami. To musiało być to. Cyfry na ogłoszeniach, a sporadycznie i zdjęcia upewniły nas, że znaleźliśmy to, czego szukaliśmy- miejsce poszukiwań matrymonialnych, gdzie zdesperowani rodzice opisują swoje dzieci na wydaniu. Powaga. Wcześniej o tym czytaliśmy, ale ja uwierzyłam dopiero, jak to zobaczyłam- były tam roczniki, wzrost, wymiary i krótkie opisy, czasem zdjęcia. Z ciekawości sprawdzałam roczniki, przeważały lata ‚`80, ale były i ‚`70, a rekordowy w drugą stronę był mój, czyli ‚`92. Na szczęście to oznacza, że mamy ze Stasiem jeszcze trochę czasu, zanim wystawimy mu ogłoszenie.

Parający się parowaniem zatroskani rodzice w jednym z parków w centrum Szanghaju

Jesteś tym, co jesz

Jeśli to prawda, jestem kaczymi flaczkami. Z porem, ale bez ryżu. Mogłabym być wołowym mózgiem, ale nie byłam na tyle odważna. A poważnie- tutejsza kuchnia jest zdecydowanie zaskoczeniem numer dwa.
Okazuje się, że dania kuchni chińskiej, które można znaleźć w polskich knajpkach są w jakimś stopniu odzwierciedleniem tutejszych potraw, ale jest też cała gama rzeczy, których u nas zwyczajnie się nie je, więc i w naszych chińskich knajpkach się ich nie serwuje.
Jako przekąskę można tu kupić w sklepie w paczuszkach kacze języki albo kurze nóżki, na ulicy można dostać pieczone skorpiony (nadziane na patyki jeszcze żywe, ruszające się), macki ośmiornicy, karaluchy albo koniki morskie. W menu restauracji pełno jest tak nietypowego mięsa i podrobów, że aż nie mieliśmy odwagi spróbować. Z całą pewnością, żadna część mięsa tutaj się nie marnuje. Udało nam się kupić sushi na wynos z żółtym serem i szynką, a na deser zamówiliśmy papaję i jabłko z majonezem i cukrową posypką. Jest dziwnie. Na ogół jemy bardzo smacznie i całkiem różnorodnie. Ale dopiero co przyjechaliśmy, a już odkryliśmy wiele zadzwijających oblicz kuchni chińskiej- zapowiada się, że to będzie bardzo ciekawa pod względem kulinarnym podróż.

Chcieliśmy spróbować. Zanim nie zobaczyliśmy, jak się ruszają

Mały Włóczykij i inne dzieci

To, że nasze dziecko będzie przyciągało dorosłych i inne dzieci, nie było dla nas zaskoczeniem. Podejrzewam, że nieczęsto typowy Chińczyk ma okazję widzieć dziecko zza granicy, nasze do tego jest złotowłose, co tutaj jest niezwykle oryginalne.
Zanim tu przyjechaliśmy, słyszeliśmy, że część tutejszych dzieci w ogóle nie nosi pieluszek- rozważaliśmy nawet podjęcia się odpieluchowania tutaj Stasia- jest ciepło i nie jest to nic dziwnego, że dziecko paraduje bez pieluszki, ale póki co nosimy Stasia w chuście lub na rękach i trochę nam to nie idzie w parze. Jednakże wielka sympatia Chińczyków do Stasia, pozwoliła mi zgłębić temat braku pieluszek u chińskich dzieci. Oczywiście, część nosi jednorazówki. Wielorazówek nie widziałam. Garderoba małych smyków uwzględnia naturalną higienę niemowląt, więc spodenki mają po prostu duże wycięcie w kroku. I teraz najlepsze- dorosłym absolutnie nie przeszkadza to w noszeniu swoich pociech. Jeszcze nie widzieliśmy, co dzieje się w przypadku wypadku, ale pewnie to tylko kwestia czasu. Nabieramy ponownej nadziei na odpieluchowanie Małego Włóczykija w podróży.

Mały Włóczykij nawiązuje znajomości

Przesadnie przesądni

Chińczycy tak mocno wierzą w pechowość cyfry „4” , że hotele nie mają czwartego piętra, numeracja pokoi hotelowych przeskakuje z trójki bezpośrednio do piątki. Podobno numery telefonów, które zawierają czwórkę są tańsze od pozostałych, a te posiadające szóstkę (ich szczęśliwa cyfrę) są droższe. Szkoda, że podobnie nie robią z piętrami i pokojami w hotelach, bo z chęcią byśmy na tym oszczędzili.
Trochę ironicznie wyszły mi akurat cztery pierwsze zdziwienia, ale szczęśliwie nie jestem przesadną Chinką.

Selfie w windzie bez czwartego piętra

Bagaż Rodziny Włóczykijów

Spakowanie rodziny na trzy miesiące na drugi koniec świata to nie lada wyzwanie

Zwłaszcza, jeśli w skład rodziny wchodzi maluch, który też ma trochę swojego ekwipunku, a którego to malucha trzeba nosić. My postanowiliśmy podróżować bez wózka (po naszej wyprawie wypowiem się szerzej na temat chusty i wózka w podróży, jednak nasze dotychczasowe doświadczenia podróżnicze stawiają wózek w raczej kiepskim świetle). Pakujemy się więc w plecak 55+ 5 litrów i do tego dwudziestolitrowy plecak jako bagaż podręczny.  Tak, żeby bez problemu jedno z nas mogło zabrać cały nasz bagaż, a drugie Stasia zawiązanego w chuście. Żeby osiągnąć taki wynik zabraliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, pranie zamierzamy robić co pięć-sześć dni. Na szczęście całkiem nam po drodze z ideą minimalizmu, toteż przedstawiam Wam naszą finalną listę rzeczy, które pojadą z nami w naszą podróż:

Ubrania

  • Kurtka przeciwdeszczowa (Marta, Kruk)
  • Cienki, ale ciepły polar (Marta, Kruk, Staś)
  • Pełne buty do trekkingu (Marta, Kruk)
  • Sandały (Marta, Kruk)
  • Kapelusz/ Bandama (Marta, Kruk, Staś)
  • Bawełniana czapka (Staś)
  • Długie spodnie- cienkie (Marta, Kruk, Staś x2)
  • Krótkie spodenki (Marta, Kruk, Staś x2)
  • Długa spódnica (Marta)
  • Getry/legginsy/rajstopy- jakby było zimno pod długie spodnie (Marta, Kruk, Staś)
  • Koszulki z krótkim rękawem (Marta x6, Kruk x6, Staś x8)
  • Koszulki z długim rękawem (Marta x2, Kruk x2, Staś x2)
  • Majtki (Marta x6, Kruk x6)
  • Staniki (Marta x2)
  • Skarpety (Marta x3, Kruk x3, Staś x3)
  • Strój kąpielowy (Marta, Kruk)
  • Klapki (Marta, Kruk)

Higiena

  • Pieluchy wodoodporne x2
  • Paczka pieluch BabyDream z Rossmanna (są mega skompresowane w porównaniu z innymi markami!)
  • Mokre chusteczki
  • Ręczniki x3

Kosmetyczka

  • Obcinaczka do paznokci
  • Żel pod prysznic+ szampon (Marta+ Staś, Kruk)
  • Dezodorant w sztyfcie (Marta, Kruk)
  • Szczoteczki do zębów (Marta, Kruk, Staś)
  • Pasta do zębów (Marta+ Kruk, Staś)
  • Antybakteryjny płyn do rąk
  • Krem z filtrem (odpowiedni dla dzieci)
  • Krem Bambino
  • Maskara
  • Szczotka do włosów
  • Gumki do włosów
  • Maszynka do golenia
  • Bepanthen maść ochronna

Gospodarstwo domowe

  • Igły i nici (mały zestaw)
  • Scyzoryk
  • Karty do gry
  • Kości do gry
  • Długopisy
  • Sznurek
  • Latarka
  • Plastikowe sztućce (widelec, łyżka i nóż w jednym) x3
  • Plastikowe kubki x2
  • Plastikowe miski x2

Apteczka

  • Malarone (lek przeciwmalaryczny)
  • Apap (lek przeciwbólowy)
  • Solpadine (lek przeciwbólowy)
  • Witamina D (dla Stasia)
  • Acidolit (saszetki nawadniające w przypadku biegunki)
  • Fenistil (maść na ukąszenia)
  • Nurofen (lek przeciwgorączkowy dla dzieci)
  • Ocetnisept (środek odkażający)
  • Jednorazowe rękawiczki
  • Plastry
  • Gazik jałowy x2
  • Koc termiczny
  • Bandaż elastyczny
  • Środek na komary z DEET
  • Środek na komary dla dzieci

Elektronika

  • Kamerka GoPro
  • Aparat+ ładowarka
  • Smartfon
  • Stary telefon + ładowarka
  • Tablet
  • Mała klawiatura
  • Selfiestick
  • Słuchawki x2
  • Powerbank
  • Uniwersalna ładowarka x2
  • Przejściówka na dwie pary słuchawek
  • Przejściówka SD-> microUSB
  • Czytnik Kindle

Dokumenty

  • Paszport (Marta, Kruk, Staś)
  • Dowody osobiste (Marta, Kruk)
  • Zdjęcia paszportowe x6 (Marta, Kruk, Staś)
  • Dwie karty płatnicze, jedna karta płatnicza atrapa
  • Międzynarodowe prawo jazdy (Kruk)
  • Karta potwierdzająca kurs nurkowania (Marta, Kruk)
  • Książeczki szczepień (Marta, Kruk, Staś)
  • Ksera dokumentów (paszportów, biletów, rezerwacji)

Inne

  • Stary, brzydki portfel
  • Saszetka do schowania pod ubraniem
  • Dmuchana poduszka
  • Dwie- trzy zabawki dla Stasia
  • Kartka z wydrukowanymi symbolami podstawowych potrzeb
  • Plecak 55+5 litrów
  • Plecak 20 litrów
  • Chusta do noszenia dziecka

Po powrocie zdam Wam relację, co byśmy w tym bagażu zmienili, bez czego nie szło żyć, a co wysłaliśmy pierwszym możliwym transportem z powrotem do Polski. Tymczasem mam nadzieję, że udało nam się to wszystko wcisnąć w nasze plecaki (jesteśmy tylko po wstępnym pakowaniu) i że nie zapomnieliśmy niczego bardzo istotnego.

Jedziemy w podróż!

Odkąd pamiętam, wśród rzeczy, które bardzo chciałabym zrobić, ale nigdy bym się odważyła, mogłam bez zastanowienia wymienić podróż dookoła świata. Nigdy nie miałam na nią konkretnego planu czy pomysłu, tym bardziej funduszy i w zasadzie wygodnie mi ją było pozostawiać w fazie marzeń. Zawsze można było do niej wrócić, kiedy za oknem było szaro i brzydko, ale jednocześnie nie było trzeba było wychodzić z własnej strefy komfortu.

Z szalonymi marzeniami tak to już jest, że żeby je faktycznie zrealizować, trzeba trochę wskoczyć na głęboką wodę, trochę zaryzykować, zrobić krok w nieznane- inaczej nie nazywałoby się ich szalonymi. I pewnie wiele z nich na zawsze pozostaje tylko takimi szalonymi marzeniami, które nigdy nie były zrealizowane, ale do których miło się wraca przy kubku ciepłej herbaty w wygodnym fotelu. Chyba że spotka się osobę, która ma podobne marzenie lub która tym marzeniem zarazi się tak mocno, że jest jak jej własne. Tak było w moim przypadku.

Czas, kiedy z Krukiem ze zwykłych znajomych, staliśmy się dla siebie świetnymi kompanami do rozmawiania przez długie godziny i nocnych wypadów nad morze, był dla nas też czasem, kiedy razem odkrywaliśmy, że bardzo lubimy podróżować. Zaczęło się od szalonych podróży stopem i spania pod namiotem albo poprzez couchsurfing, potem przyszła kolej na tanie loty, a potem na całkiem długie eskapady po innych kontynentach. W planach mieliśmy ciągle nasze wspólne wielkie szalone marzenie, podróż przez duże „P”, ale ciągle było mnóstwo innych, krótszych podróży do zrobienia, a oprócz tego normalne życie, praca i studia. Ale im dalej wyjeżdżaliśmy, tym byliśmy sobie bliżsi i właściwie mimochodem, między jedną podróżą a drugą, zaręczyliśmy się, wzięliśmy ślub i zostaliśmy rodzicami. I pomimo, że nawet z dzieckiem staraliśmy się nie zwalniać tempa i już z czteromiesięcznym Stasiem, naszym synkiem, wybraliśmy się w pierwszą wyprawę, to w pewnym momencie, gdzieś mnie uderzyło, że nasza podróż powoli odchodzi do strefy tych marzeń, tych, które nigdy nie zostaną zrealizowane, o których dobrze się myśli, ale strach je zrealizować. Podzieliłam się tymi obawami z Krukiem.

Niewiele minęło czasu, kiedy Kruk wrócił do domu z informacją, że znalazł tanie loty do Chin, że znalazł dogodny termin pod koniec roku na trzy miesiące i chciałby, żeby to było wstępem do naszej wielkiej podróży. Rzecz jasna, Chiny to nie cały świat, a i trzy miesiące, to mniej, niż kiedyś planowaliśmy, ale powiedzmy sobie szczerze- jeśli nad zakupem tych biletów debatowaliśmy tydzień, to znaczy, że to nie byle jaka wyprawa. Jeszcze z dzieckiem! To nie przypominało żadnej naszej wcześniejszej podróży i zdecydowanie było jej bliżej do naszej podróży przez wielkie „P”. A więc stało się- lub też- stanie się- jedziemy do Chin i Azji Południowo-Wschodniej. Rzucamy wszystko i spełniamy nasze wielkie, wspólne marzenie.

Po co Wam o tym piszę? Kiedy wyruszaliśmy w którąś z naszych małych podróż, wielu z naszych znajomych pisało, jak bardzo nam zazdrości, że chciałoby też, wypytywało o szczegóły. Rzecz nasiliła się, kiedy wróciliśmy z Izraela, który zwiedzaliśmy ze Stasiem.Postanowiłam więc opowiedzieć w jednym miejscu o wszystkich praktycznych aspektach podróżowania, o wszystkim, czego w drodze zdążyliśmy się nauczyć (lub czego ciągle się uczymy), pokazać, że jedyne, czego naprawdę człowiek potrzebuje, żeby wyruszyć w podróż, to wyzbyć się strachu i po prostu wyruszyć. Poza tym, jest też powód bardziej pragmatyczny- mam nadzieję, że ten blog zmotywuje nas do systematycznego spisywania naszych wrażeń z naszej najbliższej podróży. Zapraszamy do lektury!