Wąwóz Skaczącego Tygrysa

Wąwóz Skaczącego Tygrysa to drugi największy kanion na świecie (po Wielkim Kanionie Kolorado), znajdujący się w prowincji Yunnan, w północno-zachodnich Chinach. W najgłębszym miejscu przewyższenie wynosi niemal 3800 metrów, a w dole majestatycznie wije się rzeka Jangcy. Dla nas Wąwóz Skaczącego Tygrysa był miejscem pierwszego trekkingu. I to nie tylko w tej podróży, ale właściwie był naszym pierwszym poważnym trekkingiem w ogóle.

Poziom trudności: średni. Pod jednym warunkiem

Wzdłuż wąwozu biegną dwie ścieżki: dolna i górna. Dolna jest przeznaczona do ruchu samochodowego i by oglądać z niej Wąwóz Skaczącego Tygrysa trzeba albo mieć samochód albo zapłacić za autobusową wycieczkę; górna ścieżka jest natomiast pozostałością po niegdysiejszych trasach lokalnych ludzi, którzy przemieszczali się w ten sposób pomiędzy wioskami ukrytymi wysoko w górach. Teraz są to zazwyczaj dobrze oznakowane, dość szerokie ścieżki górskie, po których generalnie idzie się dość przyjemnie, choć nie jest to pozbawione wysiłku. Jednak co ważne: kluczową rolę odgrywa pogoda. A że rejon jest wysokogórski, tę przewidzieć niełatwo. Niektóre fragmenty trekkingu to wąska ścieżka, bez barierek, niczym nieodgrodzona od głębokiej przepaści. Do tego na ścieżce mogą pojawić się kozy albo mały wodospad, który trzeba przejść. Rzecz jasna, w deszczu takie utrudnienia urastają do rangi dużego problemu i my mieliśmy dusze na ramieniu, kiedy przez takie fragmenty przechodziliśmy. Cała trasa przeciętnemu piechurowi powinna zajmować dziewięć godzin i rekomenduje się, by robić ją w dwa dni, choć podobno dobrze zdeterminowanemu i przygotowanemu wędrowcowi wystarczy jeden dzień. My jednak zdecydowaliśmy się rozbić tę podróż na trzy dni, raz dlatego, że nie jesteśmy „przeciętnym piechurem”, przez wzgląd na nasze nikłe doświadczenie i dziecko w chuście, a dwa dlatego, że zaczęliśmy pierwszego dnia trekking wczesnym popołudniem. Na szczęście po drodze, w wioskach jest miejsce, by zostać na noc lub zrobić przerwę na obiad czy prysznic.

Etap pierwszy- pod górę i w dół

Nasz trekking zaczęliśmy w Qiatou, gdzie dowiózł nas autobus. Początkowo mieliśmy do przejścia asfaltową drogę (dolna i górna ścieżka w tym miejscu się łączą), po której jeździły wypluwające z siebie tonę spalin ciężarówki. Zajęło nam to więcej czasu, niż chcieliśmy, w dodatku przyjemność z marszu była umiarkowana, a my nawet dobrze nie zaczęliśmy wspinaczki. Gdy już udało nam się odnaleźć rozwidlenie i rozpoczęliśmy właściwą wędrówkę górną ścieżką, byliśmy już zmęczeni i sfrustrowani. Stasiowi również wędrówka nie przypadła do gustu i co chwilę zgłaszał swoje niezadowolenie, że jest noszony w chuście, co tylko pogarszało wszystkim humory. Trasa pierwszego dnia była bardzo męcząca- wspinaliśmy się po stromych zboczach w górę, by za połową trasy odkryć, że teraz musimy schodzić po stromych zboczach w dół- co wcale nie było mniej męczące, a bardziej od tego bolały kolana. Ostatecznie, przeszliśmy pierwszy etap w cztery godziny, zamiast dwóch i byliśmy ogromnie umęczeni. Na szczęście nocleg w pierwszej z wiosek- w Naxi Family Guesthouse zapewnił nam wszystko, czego po długim i męczącym marszu potrzebowaliśmy- dobre jedzenie i miejsce do odpoczynku z niesamowitymi widokami. Co więcej, z racji tego, że mało kto robi przerwę na nocleg już w pierwszej wiosce (oprócz nas było tylko kilka par wędrowców), w Naxi Family Guesthouse było przytulnie i niemal rodzinnie.

Tak wyglądał sam początek trasy. O ile przed chwilą nie przejechała ciężarówka i droga nie tonęła w spalinach
Po drodze spotkaliśmy dziko rosnącą marihuanę. Co sprytniejsi tubylcy zwietrzyli w tym interes i przy trasie były stragany, na których można było kupić gotowe skręty. Po minie Kruka widać, że też rozważał taki biznes
Później zrobiło się trochę ciężej, ale za to dużo bardziej malowniczo
Wieczorem po długim marszu zwykła herbata ogromnie nas cieszyła

Etap drugi- dwadzieścia osiem zakrętów. Podobno.

Następnego dnia wyruszyliśmy z rana, by zmierzyć się z najtrudniejszym etapem wędrówki- dwudziestoma ośmioma zakrętami. W rzeczywistości było ich znacznie więcej, a cała trasa pięła się ostro w górę i po przejściu jej zdecydowanie uznaliśmy ten etap za najtrudniejszy. Jednak zaprawieni pierwszym dniem wędrówki i w trochę lepszych humorach, zaczęliśmy bardziej doceniać miejsce, które przemierzaliśmy. Widoki z górnej ścieżki były niesamowite: w dole majestatycznie wiła się ogromna rzeka Jangcy, w górze, za mgłą chowały się strzeliste szczyty gór. Pomiędzy rzeką a szczytami, zielone połacie, na które składała się różnorodna górska flora. Widzieliśmy też na naszej trasie dwa wygrzewające się na słońcu węże i sporo kozic. Niestety, Chiński rząd nie dba przesadnie o dziewiczą i piękną naturę Wąwozu Skaczącego Tygrysa i planuje w okolicy przeprawę pociągową łączącą Tybet z pozostałą częścią kraju. To sprawia, że czasem poza pięknymi widokami, ogląda się budowy ogromnych tuneli, a czasem (nawet z samego rana lub późnym wieczorem) słychać wybuchy dynamitu daleko w górach.

Malowniczy Wąwóz Skaczącego Tygrysa i mniej malownicza budowa tuneli przezeń
Na jednym z wielu zakrętów
Maszerujemy z naprawdę pięknymi widokami w tle

Etap trzeci- po płaskim

Bardzo dobrze się złożyło, że rozbiliśmy ten trekking na trzy, a nie na dwa dni, bo szybko odkryliśmy, że dwa pierwsze etapy z czterech są dużo trudniejsze od pozostałych dwóch, toteż dwudniowy trekking byłby bardzo nierównomierny, jeśli chodzi o wysiłek. Etap trzeci był bardzo przyjemnym marszem, głównie po płaskim terenie. Nawet, gdy złapał nas deszcz, nie był dużą przeszkodą, bo ścieżki były wystarczająco szerokie, by czuć się na nich pewnie nawet przy nie najlepszej pogodzie. W dobrych humorach (nawet Staś pogodził się odrobinę z noszeniem w chuście), pomimo deszczu podziwialiśmy górskie widoki i cieszyliśmy się naszym marszem. Etap trzeci zakończyliśmy w Half Way Guesthouse, jednym z popularniejszych miejsc do przerwy, toteż było tam odrobinę tłoczniej i mniej przytulnie, niż byśmy tego chcieli.

Sen nad przepaścią
W dole widok na rzekę Jangcy

Etap czwarty- jak nie stracić zdrowia i życia

Pozornie nie bardzo trudny, czwarty etap powitał nas rzęsistym deszczem, przy którym nawet płaskie ścieżki okazywały się problematyczne do przejścia. W rzeczywistości, w tym etapie głównie szliśmy w dół i po płaskim, ale to właśnie tam przemierzaliśmy wąskie ścieżki z widokami na bardzo strome i głębokie przepaści. Widoki tyleż zapierające dech w piersiach, co napawające strachem. Nie raz któreś z nas poślizgnęło się na błotnistej ścieżce i zaczęliśmy się zastanawiać, czy ten trekking był na pewno słuszną decyzją. Nie było za bardzo możliwości, żeby się cofnąć, więc jedyne, co nam pozostawało, to iść dalej wąskimi ścieżkami. Ewentualnie przeciskać się koło stada kóz lub przeskakiwać przez mały wodospad spływający w poprzek wąskiej i tak już śliskiej od deszczu ścieżki. Z duszą na ramieniu. Gdy już niebezpieczeństwo minęło, a my cali i zdrowi dotarliśmy do Tina’s Guesthouse, skąd odjeżdżał powrotny autobus do miasta, zgodnie stwierdziliśmy, że to było niesamowite doświadczenie. Choć, nie ukrywam, że było to też odrobinę nierozważne z naszej strony.

Staś był dobrze przygotowany na deszcz
Na wąskiej górskiej ścieżce i w deszczu- kozice
Potem wodospad. To, co na zdjęciu wygląda przyjemnie, a czasem malowniczo, na górskim szlaku w deszczu jest nie lada wyzwaniem
Po przejściu wielu kilometrów i wielkim wysiłku, ostatni rzut oka na Wąwóz przed zejściem na dół

Czy polecamy?

Zdecydowanie polecamy trekking w Wąwozie Skaczącego Tygrysa, zwłaszcza zaprawionym górskim wędrowcom. Pod warunkiem ładnej pogody mogę polecić go nawet rodzinom z dziećmi w chustach i nawet na pierwszy trekking, choć to może wydawać się odrobinę nierozsądne. Jednakowoż, widoki z górnej ścieżki są warte tego wysiłku, jaki trzeba włożyć, by ową ścieżkę przejść, a trekking cieszy, nawet jeśli jest się amatorem i o górskich wędrówkach nie ma się wielkiego pojęcia. Natomiast na pewno warto uważnie śledzić pogodę i nie porywać się na tę wędrówkę w porze deszczowej, bo może to być niebezpieczne lub niemożliwe do zrobienia.

Wielki Chiński Mur

Chyba pierwsze skojarzenie z Chinami, “must see” każdego odwiedzającego ten kraj- Wielki Mur Chiński. No, może poza Krukiem, którego do Muru trzeba było sporo przekonywać, ale ostatecznie dał się namówić i zdecydowanie nie żałował.

O Wielkim Murze

Wielki Mur Chiński to pojęcie, które odnosi się do całego szeregu umocnień na północy Chin i w zdecydowanej większości miejsc wcale nie wygląda, jak ten Wielki Mur, który przywykliśmy oglądać w mediach. W tylko nielicznych jest ładnie odrestaurowany i udostępniony dla zwiedzających. To sprawia, że te miejsca są lepem na turystów, do których prowadzą drogie busy lub prywatne taksówki, na miejscu można zakupić całą masę pamiątek, a na sam Wielki Mur wjechać kolejką linową. A żeby było ciekawiej, zjechać można w wielkiej zjeżdżalni na specjalnym siedzisku. Powaga.
Krukowi najbardziej marzyło się zobaczyć taki nieodrestaurowany, dziki fragment Muru, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że szkoda by było podjechać spory kawałek drogi, by na miejscu odkryć, że z jakiegoś powodu nie jesteśmy w stanie do takiej nieodrestaurowanej części Muru dotrzeć i wcale Muru nie zobaczyć.

Podróż do Muru

Postaraliśmy się więc wybrać na najmniej uczęszczany, ale turystyczny fragment Muru- padło na miejscowość Mutianyu. Okazało się, że w pobliże jeździ miejski autobus z Pekinu, a z jego przystanku można się zabrać taksówką (można też dalej jechać autobusami, ale te na ostatnim kawałku nie jeżdżą przesadnie regularnie)- i całość nie wychodzi wcale drogo. Jeszcze w autobusie spotkało nas niemiłe zaskoczenie, bo oto pewien pan w pewnym momencie zaczął nas instruować, że do „Great Wall” mamy wysiadać tutaj, energicznie postulując jakiś przystanek. Rzeczywiście powinniśmy byli wysiąść znacznie później, ale owy pan chciał nas wyciągnąć do swojej prywatnej taksówki i zwyczajnie naciągnąć na większe pieniądze. Ja mu zaufałam, jeszcze się cieszyłam, że spotykamy takich uczynnych ludzi na trasie, ale Kruk trzymał rękę na pulsie (a wzrok na GPSie) i nie dał się wykiwać. Toteż bez większych problemów i tylko z planowanymi uszczerbkami w portfelu, dotarliśmy do Wielkiego Chińskiego Muru. Widok już z dołu był imponujący: biała wstęga Muru wiła się między szczytami i nie sposób było określić, gdzie właściwie się kończy, a gdzie zaczyna. Nawet pomimo mgły (lub smogu), Mur robił naprawdę duże wrażenie.

Podróż pod Murem

Czytaliśmy, że piesze podejście pod Mur zajmuje około pół godziny, uznaliśmy że nawet ze Stasiem w chuście powinniśmy dać radę, toteż z kolejki linowej zrezygnowaliśmy. Zjeżdżalnia w drodze powrotnej trochę nas kusiła, ale raz, że Staś, a dwa, że to całkiem droga atrakcja, także chcąc niechcąc, na Mur wspinaliśmy się pieszo z bobasem na plecach lub na brzuchu, zawstydzając tym samym prawie sto procent pozostałych turystów. I faktycznie, nie trwało to długo.

Na trasie pustki

Podróż wzdłuż Muru

A widoki z góry rekompensowały wszystko. Piękne szczyty, porośnięte bujną, zieloną roślinnością poprzedzielane surowym, masywnym Murem, który wił się dookoła nich, jak gdyby był tam od zawsze, jakby był naturalnym elementem tych wzgórz.
Dodatkowo albo mieliśmy sporo szczęścia, albo dokonaliśmy naprawdę dobrego wyboru miejsca, bo zdarzało się, że na Murze nie widzieliśmy nikogo poza nami (może to kwestia mgły. Czy tam smogu). Toteż przechadzaliśmy się w tą i z powrotem rozkoszując się widokami; pierwotnie mieliśmy pomysł, żeby dojść aż do nieodrestaurowanej części, ale długi spacer w jedną stronę uświadomił nam, jak wielki jest ten Wielki Mur i spasowaliśmy. Zamiast tego pozwoliliśmy Stasiowi pokonać parę stopni samodzielnie (pokonał! Powspinał się po Wielkim Chińskim Murze!) i spędzaliśmy po prostu spokojny czas na tym niesamowitym tworze ludzkich rąk. Mamy dla Was kilka zdjęć:

Mama mówi, że widoki zachwycające
Parę schodów zdobyłem samodzielnie. A co!
Mama zachwyca się też swoimi chłopakami
Na koniec uznałem, że taki mur to dobra okazja do posiłku i gimnastyki

Bardzo polecamy

Zgodnie przyznaliśmy, że było naprawdę warto. Kruk, bardzo lubiący przyrodę i ja, lubiąca wytwory ludzkich rąk, oboje znaleźliśmy coś dla siebie. Staś też, bo miał sporo czasu na fikanie. Wielki Mur Chiński naprawdę robi niesamowite wrażenie. A na nieodrestaurowane części przyjdzie czas w kolejnej podróży, jeśli jeszcze kiedyś tu wrócimy. Na zjazdy wielkimi zjeżdżalniami też.

O wielkim mieście i starych Chinach- krótka relacja z Szanghaju i okolic

Szanghaj jest największym miastem Chin i jedną z największych metropolii świata. Zazwyczaj to dla nas wystarczająca recenzja, by takich miast unikać; pewnie gdyby nie długi lot właśnie tutaj, w ogóle byśmy się tu nie zatrzymali. Nie jesteśmy fanami tłoku, korków i wieżowcowych panoram, nie przepadamy podróżować godzinami podziemnymi labiryntami metra (chociaż to bywa w pewien sposób fascynujące) i zwiedzać w ścisku turystów.

Co amatorzy spokoju polecają w Szanghaju

W Szanghaju pozwoliliśmy sobie na sporą dawkę odpoczynku (nawet Staś chętnie z nami odsypiał, pomimo że przespał prawie cały nocny lot), ale postawiliśmy sobie za cel poszukać jakichś interesujących miejsc. I je znaleźliśmy. Przede wszystkim interesujący okazał się park przy People’s Square, który od czasu do czasu pełnił rolę biura matrymonialnego (opisałam go w Czterech pierwszych zdziwieniach); okazuje się, że tradycja swatania dzieci przez ich rodziców w Chinach jest dalej żywa. Mam nadzieję, że to taka tradycyjna wersja portali randkowych i w ten sposób wybrani młodzi ludzie mają okazję się poznać i dokonać samodzielnych wyborów. Mamy w planach spać w Chinach nie tylko w hostelach, ale też u gospodarzy z couchsurfingu i jeśli tak się stanie, koniecznie o to dopytam.
Wracam jednak do naszego pobytu w Szanghaju- po wizycie w tym przedziwnym parku przeszliśmy się najbardziej znaną sklepową aleją, Nanjing Road (która zrobiła na nas średnie wrażenie; była imponujących rozmiarów i imponująco zatłoczona) i dotarliśmy do Bundu, czyli nabrzeża rzeki Huangpu, skąd rozpościera się widok na wieżowcową część miasta, ze wszystkimi jej drapaczami chmur i ze słynnym wieżowcem wyglądającym jak otwieracz do piwa. Po zmroku, kiedy wszystko jest podświetlone na milion różnych kolorów wygląda naprawdę ładnie.

To którędy idziemy?

Bund najlepiej prezentuje się po zmierzchu

Stamtąd wzdłuż rzeki przeszliśmy się do Yu Garden, ogrodów, w których można podejrzeć rosnące bambusy, a które łączą się ze starą częścią miasta. Część z budynków jest odrestaurowana i przerobiona na sklepy i atrakcje dla turystów, jednak zanim ją znaleźliśmy, udało nam się znaleźć fragment Szanghaju, który zdecydowanie nie wyglądał jak ten z pocztówek i przewodników- przechodziliśmy pomiędzy ciasno upakowanymi budyneczkami o orientalnym dla nas wyglądzie, dookoła rozmieszczone były stragany i warsztaty, golibroda golił kogoś na środku ulicy, w oknach suszyło się pranie i aż trudno było uwierzyć, że to serce wielkiej metropolii. To było naprawdę ciekawe doświadczenie.

Takie widoki dwadzieścia minut od ścisłego centrum Szanghaju

Kiedy potem znaleźliśmy tę odrestaurowaną część, nie mogliśmy odmówić jej uroku i klasy- wyglądała dokładnie tak, jak się oczekiwało; dominował kolor czerwony i żółty, daszki miały specyficzny kształt, pełno było lampionów, smoków i innych zdobień- ale pełno też było turystów i ciężko było nie odnieść wrażenia, że wszystko to jest odrobinę sztuczne.

Staś uznał, że taka wersja starych Chin to jednak komercja i on idzie spać

I przespał naprawdę ładne miejsca

Podróż do Tong li

To zainspirowało nas do poszukiwania prawdziwych starych Chin, oczywiście w miarę możliwości. Następnego dnia, w którym zamierzaliśmy kręcić się dalej po Szanghaju, zamiast tego, wybraliśmy się do Tong li, tysiącletniego miasteczka, w którym zachowała się stara zabudowa, a dodatkowo nie było przepełnione turystami. Po dość długiej podróży szybką koleją, później busikiem, a na końcu pieszo, znaleźliśmy to, czego szukaliśmy. Co prawda Tong li na turystów czeka i jest gotowe na przyjęcie znacznej ich ilości, ale jeszcze można się w nim zupełnie zgubić i zanurzyć w jego klimacie. Co więcej, część z domów jest jeszcze zamieszkała, więc przed starymi domkami stoją współczesne skutery, a gdy przechodziliśmy obok kanału, Chinka płukała w wodzie owoce. Tong li jest całe poprzecinane kanałami, co dodaje mu uroku, a spragnieni wrażeń, mogą się przepłynąć stara łodzią. Można tu skosztować tradycyjnych wypieków (i tylko zgadywać, które będą słone, a które słodkie), ale można też kupić cała gamę współczesnych pamiątek. Można obejrzeć od środka stare chińskie domy co ważniejszych osobistości (które wyglądały zupełnie jak w „Mulan”!), z okrągłymi przejściami, sadzawkami i pięknymi ogródkami. A przede wszystkim, poczuć się chociaż przez chwilę jak w podróży w czasie i zanurzyć się w duchu historycznych, starych Chin.

Zwyczajny ładny widok w Tong li

I niezwyczajny dom

Chłopacy zapatrzyli się na łodzie

Część dotąd zamieszkana- z miniaturowymi okienkami

Toteż, chociaż nie zabrzmi to najlepiej, najbardziej z Szangahju podobało nam się Tong li, miasteczko oddalone od niego o wiele kilometrów. Pomimo że stamtąd ruszyliśmy od razu do Pekinu (bo upierałam się jak kózka przy Wielkim Murze i Zakazanym Mieście), postanowiliśmy że resztę podróży spędzimy raczej w małych miejscowościach, rozkoszując się ich spokojem i odrobiną autentyczności.

W Chinach wszystko jest bardzo

Bardzo tłoczne. Bardzo kolorowe. Bardzo neonowe i krzykliwe. Bardzo głośne. Bardzo monumentalne. Chiny- jak dotąd widziane przez nas z perspektywy dwóch wielkich metropolii- po prostu muszą być bardzo, nieważne jakiego określenia chce się użyć do ich opisu. 

Bardzo tłoczne i głośne

To nie powinno dziwić- Chińczycy to jedna szósta (czy siódma) część świata, a terytorium Chiny zajmuje znacznie mniej. Do tego spora część kraju jest bardzo nieprzyjazna do zasiedlenia, więc te przyjazne tereny są pełne ludzi. To wszystko nie dziwi. Ale my dopiero co przyjechaliśmy z Pekinu do małej miejscowości Luoyang; a przynajmniej tak nam się wydawało, zanim tu przybyliśmy, bo Luoyang ma więcej ludności, niż Warszawa i choć widać, że jest tu znacznie biedniej, niż w metropoliach, nie jest tu mniej tłoczno. Koło północy tętni tu życie, sklepy są otwarte, ulice pełne, słychać co chwilę klaksony. Ale gdyby tego było, jadąc o dwudziestej przez jeszcze mniejsze miejscowości, widać co chwilę przydrożne knajpki pełne Chińczyków. Na dworcach i w metrze panuje wieczny ścisk, we wszystkich oglądanych przez nas do tej pory atrakcjach dziewięćdziesiąt pięć procent odwiedzających stanowili Chińczycy.

A w pierwszym tygodniu października nałożą się w Chinach dwa święta, co da Chińczykom tydzień wolnego od pracy. Podobno ma być wtedy jeszcze tłoczniej. Moja wyobraźnia nie działa aż tak dobrze, żebym mogła to sobie wyobrazić. (Ale zobaczę to na własne oczy i na pewno zrobimy zdjęcia).

To tylko część ludzi czekająca tylko na jeden pociąg. Szacowaliśmy, że w tym pociągu razem z nami jechało około tysiąca ludzi- a pociągi na tej trasie jeździły regularnie co parę godzin.

Bardzo fast

Nawet nie chodzi mi o to, że ludziom tutaj się zawsze spieszy, chociaż to też nie mija się z prawdą. Ale Chiny są bardzo „fast” jeśli chodzi o styl życia. Bez problemu można tu kupić całą gotowaną kaczkę zamkniętą hermetycznie w paczce, parówki o przedziwnym różowym kolorze albo inne mięso, które w sklepie nawet nie leży w lodówce. Nabiał też nie. Jest mnóstwo słodkich wyrobów, też w paczkach, gotowych do zabrania i zjedzenia po drodze. Generalnie trzy czwarte asortymentu sklepów to rzeczy w paczkach. Działy ze zdrową i ekologiczną żywnością jeszcze nie są tu w modzie. Jak na lekarstwo możliwości kupienia świeżych owoców i warzyw- przynajmniej jeśli chodzi o metropolie, z tym w Luoyang zauważyliśmy poprawę. Bez problemu można też zjeść tu w zachodnich fastfoodach, chociaż lokalne knajpki z jedzeniem cieszą się wciąż dużym powodzeniem.

Kurze łapki, kawełek wieprzowiny albo ryba jeszcze ze skórą. Są też inne przysmaki, których nie byliśmy w stanie zidentyfikować. Wszystko w paczce na raz, obywa się bez lodówki.

Bardzo monumentalne

Żeby pomieścić tych wszystkich ludzi, którzy na co dzień tłoczą się w metrze, na ulicach i atrakcjach turystycznych, potrzeba monumentalnych budowli. Na obrzeżach Luoyang budują się nowe wieżowce mieszkalne, w których z Krukiem doliczyliśmy się (uwaga!) trzydziestu trzech pięter. Oczywiście, żeby się wszyscy zmieścili, takie i odrobinę niższe wieżowce są wszędzie- w centrach miast, na obrzeżach, a nawet godzinę drogi pociągiem od miasta. Nawet pośrodku wsi widzieliśmy bloki, nie tak wysokie, ale bloki. Niestety ma to swoją cenę; ciągła rozbudowa miast sprawia, że zabytkowe hutongi (malutkie, urocze domki) są wyburzane, by móc stawiać coraz więcej i więcej wieżowców.

Stara, niska zabudowa do rozbiórki. Na tym samym miejscu będą mogły później mieszkać setki rodzin, zamiast kilku. Generalnie rozumiem, że taka kolej rzeczy, ale jednak trochę zrobiło mi się smutno.

Bardzo neonowe

Rzuca się to w oczy zwłaszcza nocą, kiedy na ulicach jest jasno od neonowych świateł, a reklamy krzyczą kolorami i kształtami. Co ciekawe- Chińczycy lubują się w kreskówkowym i komiksowym przedstawianiu świata i nawet poważne komunikaty (na przykład co robić w przypadku pożaru) są przedstawiane w taki sposób. Zabawne, bo zanim tu przyjechaliśmy, nie raz mieliśmy wrażenie, że to w Polsce jest za dużo reklam, od teraz będziemy uważniejsi w osądach.

Mała uliczka w Luoyang prowadząca do niczego konkretnego późnym wieczorem.

Bardzo, bardzo ciekawe

Bez dwóch zdań! Chociaż często nawet na migi ciężko się dogadać, a Chińczycy bywają natrętni, jedzenie niekiedy nas przeraża, blokowanie internetu bywa męczące, a przechodzenie co bardziej ruchliwymi ulicami kojarzy się raczej z tetrisem, niż zwykłą przechadzką, to absolutnie nie żałujemy, że wybraliśmy Chiny na naszą podróż. Bawimy się świetnie i wciąż mamy ochotę na więcej.

Cztery pierwsze zdziwienia

Chociaż już trochę w życiu widzieliśmy, podczas tej podroży jesteśmy co chwile czymś zadziwieni. Ta kultura jest tak odmienna od naszej i tak ciekawa, że nie sposób się nie zachwycać i nie dziwić jednocześnie. Poniżej przedstawiam Wam moją subiektywną listę zdziwień.

Park pełen parasolek

Zdecydowanie numer jeden w kategorii zaskoczeń.
Park w centrum miasta, z ciekawymi roślinami, chyba liliami, których liście miały ponad metr średnicy i kształt foremki do tarty- były idealnie okrągłe z wysokim prostym brzegiem; jednak to nie rośliny nas tam przyciągnęły. Było odrobinę ciszej, niż przy głównych drogach, ale choć zwykle uciekamy z miejskiego tłoku, tym razem nie tego tu szukaliśmy.
Według naszych informacji byliśmy już spóźnieni, a dalej nie wiedzieliśmy jak znaleźć interesujące nas miejsce, toteż trochę niepocieszeni wolnym krokiem przemierzaliśmy kolejne parkowe alejki. W pewnym momencie zrobiło się trochę bardziej tłoczno- wzdłuż jednej z alejek siedziało sporo osób w średnim wieku z parasolkami, do których przypięte były karteczki z chińskimi literami. To musiało być to. Cyfry na ogłoszeniach, a sporadycznie i zdjęcia upewniły nas, że znaleźliśmy to, czego szukaliśmy- miejsce poszukiwań matrymonialnych, gdzie zdesperowani rodzice opisują swoje dzieci na wydaniu. Powaga. Wcześniej o tym czytaliśmy, ale ja uwierzyłam dopiero, jak to zobaczyłam- były tam roczniki, wzrost, wymiary i krótkie opisy, czasem zdjęcia. Z ciekawości sprawdzałam roczniki, przeważały lata ‚`80, ale były i ‚`70, a rekordowy w drugą stronę był mój, czyli ‚`92. Na szczęście to oznacza, że mamy ze Stasiem jeszcze trochę czasu, zanim wystawimy mu ogłoszenie.

Parający się parowaniem zatroskani rodzice w jednym z parków w centrum Szanghaju

Jesteś tym, co jesz

Jeśli to prawda, jestem kaczymi flaczkami. Z porem, ale bez ryżu. Mogłabym być wołowym mózgiem, ale nie byłam na tyle odważna. A poważnie- tutejsza kuchnia jest zdecydowanie zaskoczeniem numer dwa.
Okazuje się, że dania kuchni chińskiej, które można znaleźć w polskich knajpkach są w jakimś stopniu odzwierciedleniem tutejszych potraw, ale jest też cała gama rzeczy, których u nas zwyczajnie się nie je, więc i w naszych chińskich knajpkach się ich nie serwuje.
Jako przekąskę można tu kupić w sklepie w paczuszkach kacze języki albo kurze nóżki, na ulicy można dostać pieczone skorpiony (nadziane na patyki jeszcze żywe, ruszające się), macki ośmiornicy, karaluchy albo koniki morskie. W menu restauracji pełno jest tak nietypowego mięsa i podrobów, że aż nie mieliśmy odwagi spróbować. Z całą pewnością, żadna część mięsa tutaj się nie marnuje. Udało nam się kupić sushi na wynos z żółtym serem i szynką, a na deser zamówiliśmy papaję i jabłko z majonezem i cukrową posypką. Jest dziwnie. Na ogół jemy bardzo smacznie i całkiem różnorodnie. Ale dopiero co przyjechaliśmy, a już odkryliśmy wiele zadzwijających oblicz kuchni chińskiej- zapowiada się, że to będzie bardzo ciekawa pod względem kulinarnym podróż.

Chcieliśmy spróbować. Zanim nie zobaczyliśmy, jak się ruszają

Mały Włóczykij i inne dzieci

To, że nasze dziecko będzie przyciągało dorosłych i inne dzieci, nie było dla nas zaskoczeniem. Podejrzewam, że nieczęsto typowy Chińczyk ma okazję widzieć dziecko zza granicy, nasze do tego jest złotowłose, co tutaj jest niezwykle oryginalne.
Zanim tu przyjechaliśmy, słyszeliśmy, że część tutejszych dzieci w ogóle nie nosi pieluszek- rozważaliśmy nawet podjęcia się odpieluchowania tutaj Stasia- jest ciepło i nie jest to nic dziwnego, że dziecko paraduje bez pieluszki, ale póki co nosimy Stasia w chuście lub na rękach i trochę nam to nie idzie w parze. Jednakże wielka sympatia Chińczyków do Stasia, pozwoliła mi zgłębić temat braku pieluszek u chińskich dzieci. Oczywiście, część nosi jednorazówki. Wielorazówek nie widziałam. Garderoba małych smyków uwzględnia naturalną higienę niemowląt, więc spodenki mają po prostu duże wycięcie w kroku. I teraz najlepsze- dorosłym absolutnie nie przeszkadza to w noszeniu swoich pociech. Jeszcze nie widzieliśmy, co dzieje się w przypadku wypadku, ale pewnie to tylko kwestia czasu. Nabieramy ponownej nadziei na odpieluchowanie Małego Włóczykija w podróży.

Mały Włóczykij nawiązuje znajomości

Przesadnie przesądni

Chińczycy tak mocno wierzą w pechowość cyfry „4” , że hotele nie mają czwartego piętra, numeracja pokoi hotelowych przeskakuje z trójki bezpośrednio do piątki. Podobno numery telefonów, które zawierają czwórkę są tańsze od pozostałych, a te posiadające szóstkę (ich szczęśliwa cyfrę) są droższe. Szkoda, że podobnie nie robią z piętrami i pokojami w hotelach, bo z chęcią byśmy na tym oszczędzili.
Trochę ironicznie wyszły mi akurat cztery pierwsze zdziwienia, ale szczęśliwie nie jestem przesadną Chinką.

Selfie w windzie bez czwartego piętra

Jedziemy w podróż!

Odkąd pamiętam, wśród rzeczy, które bardzo chciałabym zrobić, ale nigdy bym się odważyła, mogłam bez zastanowienia wymienić podróż dookoła świata. Nigdy nie miałam na nią konkretnego planu czy pomysłu, tym bardziej funduszy i w zasadzie wygodnie mi ją było pozostawiać w fazie marzeń. Zawsze można było do niej wrócić, kiedy za oknem było szaro i brzydko, ale jednocześnie nie było trzeba było wychodzić z własnej strefy komfortu.

Z szalonymi marzeniami tak to już jest, że żeby je faktycznie zrealizować, trzeba trochę wskoczyć na głęboką wodę, trochę zaryzykować, zrobić krok w nieznane- inaczej nie nazywałoby się ich szalonymi. I pewnie wiele z nich na zawsze pozostaje tylko takimi szalonymi marzeniami, które nigdy nie były zrealizowane, ale do których miło się wraca przy kubku ciepłej herbaty w wygodnym fotelu. Chyba że spotka się osobę, która ma podobne marzenie lub która tym marzeniem zarazi się tak mocno, że jest jak jej własne. Tak było w moim przypadku.

Czas, kiedy z Krukiem ze zwykłych znajomych, staliśmy się dla siebie świetnymi kompanami do rozmawiania przez długie godziny i nocnych wypadów nad morze, był dla nas też czasem, kiedy razem odkrywaliśmy, że bardzo lubimy podróżować. Zaczęło się od szalonych podróży stopem i spania pod namiotem albo poprzez couchsurfing, potem przyszła kolej na tanie loty, a potem na całkiem długie eskapady po innych kontynentach. W planach mieliśmy ciągle nasze wspólne wielkie szalone marzenie, podróż przez duże „P”, ale ciągle było mnóstwo innych, krótszych podróży do zrobienia, a oprócz tego normalne życie, praca i studia. Ale im dalej wyjeżdżaliśmy, tym byliśmy sobie bliżsi i właściwie mimochodem, między jedną podróżą a drugą, zaręczyliśmy się, wzięliśmy ślub i zostaliśmy rodzicami. I pomimo, że nawet z dzieckiem staraliśmy się nie zwalniać tempa i już z czteromiesięcznym Stasiem, naszym synkiem, wybraliśmy się w pierwszą wyprawę, to w pewnym momencie, gdzieś mnie uderzyło, że nasza podróż powoli odchodzi do strefy tych marzeń, tych, które nigdy nie zostaną zrealizowane, o których dobrze się myśli, ale strach je zrealizować. Podzieliłam się tymi obawami z Krukiem.

Niewiele minęło czasu, kiedy Kruk wrócił do domu z informacją, że znalazł tanie loty do Chin, że znalazł dogodny termin pod koniec roku na trzy miesiące i chciałby, żeby to było wstępem do naszej wielkiej podróży. Rzecz jasna, Chiny to nie cały świat, a i trzy miesiące, to mniej, niż kiedyś planowaliśmy, ale powiedzmy sobie szczerze- jeśli nad zakupem tych biletów debatowaliśmy tydzień, to znaczy, że to nie byle jaka wyprawa. Jeszcze z dzieckiem! To nie przypominało żadnej naszej wcześniejszej podróży i zdecydowanie było jej bliżej do naszej podróży przez wielkie „P”. A więc stało się- lub też- stanie się- jedziemy do Chin i Azji Południowo-Wschodniej. Rzucamy wszystko i spełniamy nasze wielkie, wspólne marzenie.

Po co Wam o tym piszę? Kiedy wyruszaliśmy w którąś z naszych małych podróż, wielu z naszych znajomych pisało, jak bardzo nam zazdrości, że chciałoby też, wypytywało o szczegóły. Rzecz nasiliła się, kiedy wróciliśmy z Izraela, który zwiedzaliśmy ze Stasiem.Postanowiłam więc opowiedzieć w jednym miejscu o wszystkich praktycznych aspektach podróżowania, o wszystkim, czego w drodze zdążyliśmy się nauczyć (lub czego ciągle się uczymy), pokazać, że jedyne, czego naprawdę człowiek potrzebuje, żeby wyruszyć w podróż, to wyzbyć się strachu i po prostu wyruszyć. Poza tym, jest też powód bardziej pragmatyczny- mam nadzieję, że ten blog zmotywuje nas do systematycznego spisywania naszych wrażeń z naszej najbliższej podróży. Zapraszamy do lektury!