Wielki Chiński Mur

Chyba pierwsze skojarzenie z Chinami, “must see” każdego odwiedzającego ten kraj- Wielki Mur Chiński. No, może poza Krukiem, którego do Muru trzeba było sporo przekonywać, ale ostatecznie dał się namówić i zdecydowanie nie żałował.

O Wielkim Murze

Wielki Mur Chiński to pojęcie, które odnosi się do całego szeregu umocnień na północy Chin i w zdecydowanej większości miejsc wcale nie wygląda, jak ten Wielki Mur, który przywykliśmy oglądać w mediach. W tylko nielicznych jest ładnie odrestaurowany i udostępniony dla zwiedzających. To sprawia, że te miejsca są lepem na turystów, do których prowadzą drogie busy lub prywatne taksówki, na miejscu można zakupić całą masę pamiątek, a na sam Wielki Mur wjechać kolejką linową. A żeby było ciekawiej, zjechać można w wielkiej zjeżdżalni na specjalnym siedzisku. Powaga.
Krukowi najbardziej marzyło się zobaczyć taki nieodrestaurowany, dziki fragment Muru, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że szkoda by było podjechać spory kawałek drogi, by na miejscu odkryć, że z jakiegoś powodu nie jesteśmy w stanie do takiej nieodrestaurowanej części Muru dotrzeć i wcale Muru nie zobaczyć.

Podróż do Muru

Postaraliśmy się więc wybrać na najmniej uczęszczany, ale turystyczny fragment Muru- padło na miejscowość Mutianyu. Okazało się, że w pobliże jeździ miejski autobus z Pekinu, a z jego przystanku można się zabrać taksówką (można też dalej jechać autobusami, ale te na ostatnim kawałku nie jeżdżą przesadnie regularnie)- i całość nie wychodzi wcale drogo. Jeszcze w autobusie spotkało nas niemiłe zaskoczenie, bo oto pewien pan w pewnym momencie zaczął nas instruować, że do „Great Wall” mamy wysiadać tutaj, energicznie postulując jakiś przystanek. Rzeczywiście powinniśmy byli wysiąść znacznie później, ale owy pan chciał nas wyciągnąć do swojej prywatnej taksówki i zwyczajnie naciągnąć na większe pieniądze. Ja mu zaufałam, jeszcze się cieszyłam, że spotykamy takich uczynnych ludzi na trasie, ale Kruk trzymał rękę na pulsie (a wzrok na GPSie) i nie dał się wykiwać. Toteż bez większych problemów i tylko z planowanymi uszczerbkami w portfelu, dotarliśmy do Wielkiego Chińskiego Muru. Widok już z dołu był imponujący: biała wstęga Muru wiła się między szczytami i nie sposób było określić, gdzie właściwie się kończy, a gdzie zaczyna. Nawet pomimo mgły (lub smogu), Mur robił naprawdę duże wrażenie.

Podróż pod Murem

Czytaliśmy, że piesze podejście pod Mur zajmuje około pół godziny, uznaliśmy że nawet ze Stasiem w chuście powinniśmy dać radę, toteż z kolejki linowej zrezygnowaliśmy. Zjeżdżalnia w drodze powrotnej trochę nas kusiła, ale raz, że Staś, a dwa, że to całkiem droga atrakcja, także chcąc niechcąc, na Mur wspinaliśmy się pieszo z bobasem na plecach lub na brzuchu, zawstydzając tym samym prawie sto procent pozostałych turystów. I faktycznie, nie trwało to długo.

Na trasie pustki

Podróż wzdłuż Muru

A widoki z góry rekompensowały wszystko. Piękne szczyty, porośnięte bujną, zieloną roślinnością poprzedzielane surowym, masywnym Murem, który wił się dookoła nich, jak gdyby był tam od zawsze, jakby był naturalnym elementem tych wzgórz.
Dodatkowo albo mieliśmy sporo szczęścia, albo dokonaliśmy naprawdę dobrego wyboru miejsca, bo zdarzało się, że na Murze nie widzieliśmy nikogo poza nami (może to kwestia mgły. Czy tam smogu). Toteż przechadzaliśmy się w tą i z powrotem rozkoszując się widokami; pierwotnie mieliśmy pomysł, żeby dojść aż do nieodrestaurowanej części, ale długi spacer w jedną stronę uświadomił nam, jak wielki jest ten Wielki Mur i spasowaliśmy. Zamiast tego pozwoliliśmy Stasiowi pokonać parę stopni samodzielnie (pokonał! Powspinał się po Wielkim Chińskim Murze!) i spędzaliśmy po prostu spokojny czas na tym niesamowitym tworze ludzkich rąk. Mamy dla Was kilka zdjęć:

Mama mówi, że widoki zachwycające
Parę schodów zdobyłem samodzielnie. A co!
Mama zachwyca się też swoimi chłopakami
Na koniec uznałem, że taki mur to dobra okazja do posiłku i gimnastyki

Bardzo polecamy

Zgodnie przyznaliśmy, że było naprawdę warto. Kruk, bardzo lubiący przyrodę i ja, lubiąca wytwory ludzkich rąk, oboje znaleźliśmy coś dla siebie. Staś też, bo miał sporo czasu na fikanie. Wielki Mur Chiński naprawdę robi niesamowite wrażenie. A na nieodrestaurowane części przyjdzie czas w kolejnej podróży, jeśli jeszcze kiedyś tu wrócimy. Na zjazdy wielkimi zjeżdżalniami też.

Złotowłose dziecko, które przynosi szczęście- czyli mały biały człowiek w Chinach

Generanie nie jesteśmy bardzo spięci w życiu. Inaczej nie wybralibyśmy się w trzymiesięczną podróż po Azji z rocznym dzieckiem. Pozwalamy Stasiowi eksplorować na własną rękę restauracje, dworce, pociągi. Je z nami jedzenie na ulicy (unika tylko surowego), o knajpkach nie wspominając, bawi się pałeczkami, zapoznaje się z lokalnymi dziećmi. Lokalni ludzie zapoznają się ze Stasiem. Wszystko pięknie. Ale czasem przesadzają i atencja, jaką otaczają Chińczycy nasze dziecko, czasem doprowadza nas do białej gorączki.

Chusta robi robotę

Kiedy dziecko jest tak blisko rodzica, obcy ma mniej odwagi, żeby podejść i zaczepiać. Czasem dotknie wystającej z chusty nóżki, ale zazwyczaj tylko się uśmiechnie, powie coś po chińsku albo strzeli poważną sesję zdjęciową. Inaczej jest jak nosimy Stasia po prostu na rękach. Wtedy Chińczycy często mają odwagę chwycić za rączkę, co sprytniejsi próbują zachęcać Stasia do przejścia do nich na ręce. Na szczęście nasz pierworodny bardzo lubi kontakty z obcymi, ale zachowuje dystans i takie propozycje zwyczajnie go peszą. Chińczyków to nie peszy. Potrafią być naprawdę namolni w okazywaniu Stasiowi atencji.

Takie znajomości jak widać nas cieszą

Czas dla Stasia

Najgorzej jest, kiedy dajemy Stasiowi czas dla niego, żeby rozprostował nogi i trochę pofikał. Roczne dziecko potrzebuje sporo takiego czasu, żeby ćwiczyć nowe umiejętności, takie jak wstawanie czy stawianie pierwszych małych kroczków. Czasem po prostu chce się pobawić. Staramy się wybierać spokojne miejsca, zdala od dużych tłumów, najlepiej w ładnych okolicznościach przyrody, ale często to Staś dyktuje, kiedy takiego czasu potrzebuje. Z racji tego, często czas dla siebie wypada w pobliżu atrakcji turystycznej, której nasze złotowłose dziecko odbiera nagle tłumy turystów. Stają w pewnej odległości, czasem podchodzą. Robią zdjęcia z ukrycia albo bez krępacji i rzadko pytają o zgodę. Robią miliony zdjęć, naprawdę nie znają umiaru. Czasem chcą dotknąć rączki, pogłaskać po główce, co zazwyczaj ukrócamy. Staś nie wydaje się tym przejęty, czasem nie odrywa się od zabawy, czasem z uśmiechem pozuje do zdjęć. To my zaczynamy po pewnym czasie mieć dość. Zwłaszcza, że takie sytuacje pojawiają się kilkanaście razy dziennie.

Staś ze swoimi fanami. Zastanawiamy się nad pobieraniem jakichś opłat za zdjęcia czy coś

Ale mogło być gorzej

Spotkaliśmy w Luoyang parę Polaków podróżujących z dwójką dzieci- w wieku szkolnym i przedszkolnym. Kiedy zaczęliśmy opowiadać, z jaką atencją spotyka się tu Staś, powiedzieli że ich dzieci mają tak samo. Z tym że ich dzieci nie są noszone w chuście, która odcina je od zewnętrznego świata, a taka ilość nieproszonej uwagi zwyczajnie je denerwuje. Toteż myślę, że mogło być gorzej.

Czy polecamy?

Myślę, że Chiny z tak małym dzieckiem mogą być męczącym pod tym względem doświadczeniem. Nie jest bardzo źle, ale potrafi to działać na nerwy. Dodatkowo, myślę, że wózek pogorszyłby sprawę (zwiększa odległość dziecka od rodzica, myślę, że mogłoby to zachęcić Chińczyków do wzmożonej atencji). My Chiny z dzieckiem będziemy wspominać dobrze, ale zasługa między innymi chusty i zapasu nerwów ze stali.
Na pocieszenie jednak dodam, że moim zdaniem sytuacja będzie zmieniała się na lepsze. Chińczycy z czasem przyzwyczają się do młodych turystów (których pewnie będzie coraz więcej), a i sami może powyjeżdżają za granicę, gdzie będą mieli szansę nacieszyć się złotowłoaymi dziećmi do woli- w końcu chińskich wycieczek w Europie sporo.