Cztery pierwsze zdziwienia

Chociaż już trochę w życiu widzieliśmy, podczas tej podroży jesteśmy co chwile czymś zadziwieni. Ta kultura jest tak odmienna od naszej i tak ciekawa, że nie sposób się nie zachwycać i nie dziwić jednocześnie. Poniżej przedstawiam Wam moją subiektywną listę zdziwień.

Park pełen parasolek

Zdecydowanie numer jeden w kategorii zaskoczeń.
Park w centrum miasta, z ciekawymi roślinami, chyba liliami, których liście miały ponad metr średnicy i kształt foremki do tarty- były idealnie okrągłe z wysokim prostym brzegiem; jednak to nie rośliny nas tam przyciągnęły. Było odrobinę ciszej, niż przy głównych drogach, ale choć zwykle uciekamy z miejskiego tłoku, tym razem nie tego tu szukaliśmy.
Według naszych informacji byliśmy już spóźnieni, a dalej nie wiedzieliśmy jak znaleźć interesujące nas miejsce, toteż trochę niepocieszeni wolnym krokiem przemierzaliśmy kolejne parkowe alejki. W pewnym momencie zrobiło się trochę bardziej tłoczno- wzdłuż jednej z alejek siedziało sporo osób w średnim wieku z parasolkami, do których przypięte były karteczki z chińskimi literami. To musiało być to. Cyfry na ogłoszeniach, a sporadycznie i zdjęcia upewniły nas, że znaleźliśmy to, czego szukaliśmy- miejsce poszukiwań matrymonialnych, gdzie zdesperowani rodzice opisują swoje dzieci na wydaniu. Powaga. Wcześniej o tym czytaliśmy, ale ja uwierzyłam dopiero, jak to zobaczyłam- były tam roczniki, wzrost, wymiary i krótkie opisy, czasem zdjęcia. Z ciekawości sprawdzałam roczniki, przeważały lata ‚`80, ale były i ‚`70, a rekordowy w drugą stronę był mój, czyli ‚`92. Na szczęście to oznacza, że mamy ze Stasiem jeszcze trochę czasu, zanim wystawimy mu ogłoszenie.

Parający się parowaniem zatroskani rodzice w jednym z parków w centrum Szanghaju

Jesteś tym, co jesz

Jeśli to prawda, jestem kaczymi flaczkami. Z porem, ale bez ryżu. Mogłabym być wołowym mózgiem, ale nie byłam na tyle odważna. A poważnie- tutejsza kuchnia jest zdecydowanie zaskoczeniem numer dwa.
Okazuje się, że dania kuchni chińskiej, które można znaleźć w polskich knajpkach są w jakimś stopniu odzwierciedleniem tutejszych potraw, ale jest też cała gama rzeczy, których u nas zwyczajnie się nie je, więc i w naszych chińskich knajpkach się ich nie serwuje.
Jako przekąskę można tu kupić w sklepie w paczuszkach kacze języki albo kurze nóżki, na ulicy można dostać pieczone skorpiony (nadziane na patyki jeszcze żywe, ruszające się), macki ośmiornicy, karaluchy albo koniki morskie. W menu restauracji pełno jest tak nietypowego mięsa i podrobów, że aż nie mieliśmy odwagi spróbować. Z całą pewnością, żadna część mięsa tutaj się nie marnuje. Udało nam się kupić sushi na wynos z żółtym serem i szynką, a na deser zamówiliśmy papaję i jabłko z majonezem i cukrową posypką. Jest dziwnie. Na ogół jemy bardzo smacznie i całkiem różnorodnie. Ale dopiero co przyjechaliśmy, a już odkryliśmy wiele zadzwijających oblicz kuchni chińskiej- zapowiada się, że to będzie bardzo ciekawa pod względem kulinarnym podróż.

Chcieliśmy spróbować. Zanim nie zobaczyliśmy, jak się ruszają

Mały Włóczykij i inne dzieci

To, że nasze dziecko będzie przyciągało dorosłych i inne dzieci, nie było dla nas zaskoczeniem. Podejrzewam, że nieczęsto typowy Chińczyk ma okazję widzieć dziecko zza granicy, nasze do tego jest złotowłose, co tutaj jest niezwykle oryginalne.
Zanim tu przyjechaliśmy, słyszeliśmy, że część tutejszych dzieci w ogóle nie nosi pieluszek- rozważaliśmy nawet podjęcia się odpieluchowania tutaj Stasia- jest ciepło i nie jest to nic dziwnego, że dziecko paraduje bez pieluszki, ale póki co nosimy Stasia w chuście lub na rękach i trochę nam to nie idzie w parze. Jednakże wielka sympatia Chińczyków do Stasia, pozwoliła mi zgłębić temat braku pieluszek u chińskich dzieci. Oczywiście, część nosi jednorazówki. Wielorazówek nie widziałam. Garderoba małych smyków uwzględnia naturalną higienę niemowląt, więc spodenki mają po prostu duże wycięcie w kroku. I teraz najlepsze- dorosłym absolutnie nie przeszkadza to w noszeniu swoich pociech. Jeszcze nie widzieliśmy, co dzieje się w przypadku wypadku, ale pewnie to tylko kwestia czasu. Nabieramy ponownej nadziei na odpieluchowanie Małego Włóczykija w podróży.

Mały Włóczykij nawiązuje znajomości

Przesadnie przesądni

Chińczycy tak mocno wierzą w pechowość cyfry „4” , że hotele nie mają czwartego piętra, numeracja pokoi hotelowych przeskakuje z trójki bezpośrednio do piątki. Podobno numery telefonów, które zawierają czwórkę są tańsze od pozostałych, a te posiadające szóstkę (ich szczęśliwa cyfrę) są droższe. Szkoda, że podobnie nie robią z piętrami i pokojami w hotelach, bo z chęcią byśmy na tym oszczędzili.
Trochę ironicznie wyszły mi akurat cztery pierwsze zdziwienia, ale szczęśliwie nie jestem przesadną Chinką.

Selfie w windzie bez czwartego piętra

Jedziemy w podróż!

Odkąd pamiętam, wśród rzeczy, które bardzo chciałabym zrobić, ale nigdy bym się odważyła, mogłam bez zastanowienia wymienić podróż dookoła świata. Nigdy nie miałam na nią konkretnego planu czy pomysłu, tym bardziej funduszy i w zasadzie wygodnie mi ją było pozostawiać w fazie marzeń. Zawsze można było do niej wrócić, kiedy za oknem było szaro i brzydko, ale jednocześnie nie było trzeba było wychodzić z własnej strefy komfortu.

Z szalonymi marzeniami tak to już jest, że żeby je faktycznie zrealizować, trzeba trochę wskoczyć na głęboką wodę, trochę zaryzykować, zrobić krok w nieznane- inaczej nie nazywałoby się ich szalonymi. I pewnie wiele z nich na zawsze pozostaje tylko takimi szalonymi marzeniami, które nigdy nie były zrealizowane, ale do których miło się wraca przy kubku ciepłej herbaty w wygodnym fotelu. Chyba że spotka się osobę, która ma podobne marzenie lub która tym marzeniem zarazi się tak mocno, że jest jak jej własne. Tak było w moim przypadku.

Czas, kiedy z Krukiem ze zwykłych znajomych, staliśmy się dla siebie świetnymi kompanami do rozmawiania przez długie godziny i nocnych wypadów nad morze, był dla nas też czasem, kiedy razem odkrywaliśmy, że bardzo lubimy podróżować. Zaczęło się od szalonych podróży stopem i spania pod namiotem albo poprzez couchsurfing, potem przyszła kolej na tanie loty, a potem na całkiem długie eskapady po innych kontynentach. W planach mieliśmy ciągle nasze wspólne wielkie szalone marzenie, podróż przez duże „P”, ale ciągle było mnóstwo innych, krótszych podróży do zrobienia, a oprócz tego normalne życie, praca i studia. Ale im dalej wyjeżdżaliśmy, tym byliśmy sobie bliżsi i właściwie mimochodem, między jedną podróżą a drugą, zaręczyliśmy się, wzięliśmy ślub i zostaliśmy rodzicami. I pomimo, że nawet z dzieckiem staraliśmy się nie zwalniać tempa i już z czteromiesięcznym Stasiem, naszym synkiem, wybraliśmy się w pierwszą wyprawę, to w pewnym momencie, gdzieś mnie uderzyło, że nasza podróż powoli odchodzi do strefy tych marzeń, tych, które nigdy nie zostaną zrealizowane, o których dobrze się myśli, ale strach je zrealizować. Podzieliłam się tymi obawami z Krukiem.

Niewiele minęło czasu, kiedy Kruk wrócił do domu z informacją, że znalazł tanie loty do Chin, że znalazł dogodny termin pod koniec roku na trzy miesiące i chciałby, żeby to było wstępem do naszej wielkiej podróży. Rzecz jasna, Chiny to nie cały świat, a i trzy miesiące, to mniej, niż kiedyś planowaliśmy, ale powiedzmy sobie szczerze- jeśli nad zakupem tych biletów debatowaliśmy tydzień, to znaczy, że to nie byle jaka wyprawa. Jeszcze z dzieckiem! To nie przypominało żadnej naszej wcześniejszej podróży i zdecydowanie było jej bliżej do naszej podróży przez wielkie „P”. A więc stało się- lub też- stanie się- jedziemy do Chin i Azji Południowo-Wschodniej. Rzucamy wszystko i spełniamy nasze wielkie, wspólne marzenie.

Po co Wam o tym piszę? Kiedy wyruszaliśmy w którąś z naszych małych podróż, wielu z naszych znajomych pisało, jak bardzo nam zazdrości, że chciałoby też, wypytywało o szczegóły. Rzecz nasiliła się, kiedy wróciliśmy z Izraela, który zwiedzaliśmy ze Stasiem.Postanowiłam więc opowiedzieć w jednym miejscu o wszystkich praktycznych aspektach podróżowania, o wszystkim, czego w drodze zdążyliśmy się nauczyć (lub czego ciągle się uczymy), pokazać, że jedyne, czego naprawdę człowiek potrzebuje, żeby wyruszyć w podróż, to wyzbyć się strachu i po prostu wyruszyć. Poza tym, jest też powód bardziej pragmatyczny- mam nadzieję, że ten blog zmotywuje nas do systematycznego spisywania naszych wrażeń z naszej najbliższej podróży. Zapraszamy do lektury!