W laotańskiej dżungli

Mniej lub bardziej dziewicza dżungla pokrywa znaczną część powierzchni Laosu. Na pierwszy rzut oka, są tu tylko malutkie mieścinki przy wąskich, kiepskiej jakości drogach i jak okiem sięgnąć połacie pięknych lasów rozpostarte na wzgórzach. Nic więc dziwnego, że tubylcy, zaprawieni w przemierzaniu tych terenów, zaczęli organizować w dżungli trekkingi dla odważnych turystów, którzy przez krórtki czas chcieliby zanurzyć się w dzikość i niesamowitość dżungli.

Jest w czym wybierać

My na nasz pierwszy nocleg w Laosie wybraliśmy Luang Namtha, miejscowość rozpostartą wzdłuż głównej drogi i dwóch równoległych do niej uliczek. Całość do przejścia pewnie w nie więcej, niż pół godziny, chociaż technicznie w skład miasta wchodzą też okoliczne wioseczki wraz z dworcem autobusowym i nawet lotniskiem (!), oddalone od centrum miasta o dziesięć kilometrów.

Ścisłe centrum Luang Namtha

W Luang Namtha poza targiem nocnym nie ma zbyt wiele do roboty, a mimo to pełno jest miejsc oferujących noclegi, biur podróży i samych turystów. A to właśnie za sprawą możliwości wyjścia na trekking do dżungli. Możliwości jest sporo- można wyjść na dzień, dwa, trzy lub cztery do dżungli, można popływać kajakiem po okolicznej rzece albo pojeździć rowerem po okolicznych wzgórzach. Można spać w dżungli albo w małej wioseczce, podpatrując życie tubylców. Jedno z biur podróży oferuje nawet wycieczkę, w której przewodnik na bieżąco, specjalnie pod wycieczkę, wycina w dżungli trasę maczetą. My zdecydowaliśmy się na dwudniowy trekking z noclegiem w dżungli, chociaż rozważaliśmy też spanie w lokalnej wiosce. Ciężko mi cały ten trekking jednoznacznie ocenić, zaraz opowiem, dlaczego.

Poziom trudności: trudny. Bardzo

Trekking polubiliśmy stosunkowo niedawno, jesteśmy w tej dziedzinie amatorami. Bardzo zdeterminowanymi, ale jednak amatorami. Z dzieckiem w chuście. A trekking w dżungli to bardzo wymagająca przeprawa po błotnistych, śliskich ścieżkach, przechodzenie przez strumienie, marsze nad przepaściami, strome podejścia i zejścia. Nie raz poślizgnęliśmy się w błocie, parę razy któreś z nas straciło równowagę. Sama w sobie ta trasa była bardzo trudna, a dodatkowo robiliśmy ją z bardzo ciężkimi bagażami, bo oprócz standardowego bagażu nosiliśmy wodę na dwa dni, maty i śpiwory (jedzenie niósł nasz przewodnik). Były pijawki podgryzające nas w nogi, ale przy tym wszystkim, to było najmniejsze zmartwienie. Pierwszego dnia poważnie rozważałam, czy nie lepiej byłoby się cofnąć.

Trudne trudnego początki
Cieszę się, że przez chwilę idziemy po płaskim i prawie nie śliskim

W dziewiczej dżungli

Sporą część trekkingu skupiałam się na tym, żeby utrzymać równowagę i zwyczajnie dać radę, ale miejsca przez które przechodziliśmy, były niewiarygodnie piękne. Część trekkingu, którą przemierzaliśmy po płaskim w dziewiczej dżungli, była warta każdego wysiłku. Ten, kto myśli, że w tak dziewiczym miejscu, jest głusza, jest w poważnym błędzie. Byliśmy w samym środku najprawdziwszego koncertu cykad, świerszczy, gałęzi- sami nie wiemy czego. Od rana do środka nocy, w dżungli jest naprawdę głośno. Naprawdę przyjemnie głośno. Poza tym, dżungla pachnie. Trochę jak słodki gotowany ryż, trochę ziołami, różnie w zależności od miejsca. Nawet z katarem było to czuć. No i widoki- motyle wielkości małej dłoni (ale nie Stasia. Małej dorosłej dłoni), czasem o skrzydłach grubych, czarnych i trochę jakby puszystych, czasem cieniutkich i przeźroczystych. Niebieskie, żółte albo idealnie białe. Pająki większe od tych motyli na pajęczynach o ogromnej powierzchni. Bywały takie o bardzo chudych nogach, bardzo grubych nogach, podłużnych lub okrągłych odwłokach. Czarne albo z zielonkawymi plamkami. Był też żuk, patyczak, termity, mrówki i wszelkiej maści nieznane nam owady. Niczego większego nie udało nam się wypatrzeć- na nieszczęście i na szczęście.

Duży żuczek i mały Staszek
Duży, podłużny pająk, którego nikt do ręki nie wziął

Były za to bambusy, liany, bananowce, wszelkiej maści kwiaty, drzewa obrastające inne drzewa, tak potężne, że nie sposób było nie tylko ogarnąć je obiektywem aparatu, ale ciężko było ogarnąć je wzrokiem. Dżungla jest po prostu oszałamiająca w swej różnorodności i mnogości życia, które się w niej znajduje. I jest zdecydowanie czymś, co warto doświadczyć chociaż raz w życiu.

Dżunglowy roślinny przepych
Drzewo, które jest hipsterem
I przeogromne drzewo, które obrosło inne drzewo

Obozowisko w dżungli

Dodatkowo, coś, co zdecydowanie polecamy, to trekking z noclegiem w dżungli. O ile trekkingiem w tak wymagającej okolicy można się nasycić w jeden dzień i o ile na zachwyt dżunglą jeden dzień też by wystarczył, to samo spanie w tej dziczy było tak ciekawym i tak niepodobnym do żadnego noclegu wcześniej doświadczeniem, że zdecydowanie warto.
Obóz mieliśmy pod daszkiem z bananowych liści (nieprzemakającym nawet podczas poważnego deszczu- mieliśmy okazję sprawdzić), na bambusowym podłożu pół metra nad ziemią.

Nocleg pod gwiazdami

Nasz przewodnik gotował pyszne posiłki (tym smaczniejsze po dużym wysiłku) na palenisku obok, uraczył nas też pieczonymi ślimakami zebranymi po drodze (nam smakowało, dla Stasia były za trudne do pogryzienia), a kąpaliśmy się w zimnym strumieniu. Zaraz po zmierzchu obóz ogarniała całkowita ciemność- właściwie nic się nie zmieniało po otworzeniu oczu; jeśli wyjść poza obóz i zajrzeć poza bananowy daszek, niebo było niesamowicie rozgwieżdżone, a dżungla, tak głośna za dnia, stawała się jeszcze głośniejsza w nocy. Roje ciem oblatywały nasze przepocone ubrania i buty, które zostawiliśmy poza moskitierą. Takiego doświadczenia nie moglibyśmy mieć, gdyby nie nasz wymagający i bardzo męczący trekking.

Staś przyczynił się do zebrania chrustu na opał
Po czym zmęczył się i poszedł spać
Posiłek lepszy, niż w niejednej restauracji- po dużym wysiłku, pod gołym niebem, a w dodatku pyszny
A nad ranem tacy szczęśliwi wyglądamy zza moskitiery

Wioska nieopodal

Kolejnym cennym doświadczeniem, choć nie tak porywającym, jak nocleg w dżungli, była wizyta w lokalnej wiosce następnego dnia. Wioska, do której wiodła jedna jedyna droga, oddalona o wiele kilometrów od kolejnych ludzkich siedzib, zachowała dość pierwotny wygląd, nie pozbawiony jednak znamion nowoczesności. Były więc tam drewniane, dwuizbowe chaty budowane na podwyższeniu- pod chatą było miejsce, żeby schować się w cieniu; a w środku wioski wielki talerz satelitarny. Dookoła ludzie zajęci swoimi sprawami, drobnym rzemiosłem, doglądaniem małego inwentarza, część z nich przysiadła, żeby na nas (głównie na Stasia) popatrzeć i się pouśmiechać. Dzieci chciały się ze Stasiem pobawić, część z nich nosiła w prostych wersjach chusty swoje młodsze rodzeństwo. Pod jedną z chat leżał mocno zdezylowany, plastikowy chodzik, dzieciaki miały koszulki z postaciami z bajek albo nazwiskami sportowców.
Nasz przewodnik służył nam za tłumacza, ale bariera językowa zrobiła swoje i naszym głównym zajęciem było uśmiechanie się do ludzi i dyskretne przypatrywanie się ich codziennemu życiu.

Staś nawiązuje znajomości. W przeciwieństwie do nas, nie ma problemu z barierą językową
Można by pomyśleć, że czas się tam zatrzymał…
… gdyby nie wielki talerz satelitarny pośrodku wioski. I parę innych detali
Chustowane maluchy zawsze mnie cieszą

Jednakowoż pomimo, że pewna ustalona część pieniędzy, którą zapłaciliśmy za trekking, trafiła do ludzi z tej wioski i był to dla nich zapewne spory zastrzyk finansowy, to ja czułam się tam odrobinę nieswojo, wchodząc z moimi trekkingowymi butami w ich życie i ich spokojną codzienność. Więc pomimo że doświadczenie to było ciekawe, mam co do niego mieszane uczucia.

Czy polecamy?

Trekking w dżungli był dla nas zdecydowanie niesamowitym doświadczeniem, jednym z najciekawszych, które mieliśmy w tej podróży. Złożyło się na to wiele czynników- satysfakcjonujące zmęczenie, niesamowite piękno dziewiczej dżungli, nocleg w samym środku dziczy. Była też wioseczka, kąpiel w strumyku i podgryzające pijawki. To może zabrzmieć przewrotnie, ale w zasadzie cieszę się, że nie zdawałam sobie sprawy, jak wymagający to trekking, bo nie wiem, czy bym się na to porwała jako amatorka z dzieckiem w chuście, a jednak daliśmy radę i przeżyliśmy coś niesamowitego.