Luang Prabang- tam, gdzie w Laosie warto chorować

Luang Prabang jest jednym z tych miast, których klimat wytworzył się trochę samoistnie. Nie ma tam żadnego podróżniczego „must see”: jest wodospad, ale nie za duży, są jaskinie z posągami Buddy, jest parę świątyń, jest nocny targ, jak też w wielu innych miastach Południowo- Wschodniej Azji. A jednak przyciąga rzesze turystów, oferując im wspaniały klimat i tych kilka pomniejszych atrakcji. Bywa nawet nazywany mekką podróżników; Po pobycie tam (przedłużonym o parę dni choroby) zdecydowanie dołączamy do fanów tego miasta. Luang Prabang ma świetną atmosferę, trochę ciekawych rzeczy do zaoferowania i niezbyt wysokie ceny. Nie jest to może najbardziej laotańskie z laotańskich miast, ale jest świetną od nich odskocznią z przyjemnym klimatem.

Nocny targ, który skradł nasze serca

Stamtąd właśnie przywieźliśmy worek pamiątek i prezentów. Dzielnie się trzymaliśmy przez całe Chiny, kupowaliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, ale wystarczyło kilka dni w Luang Prabang i świadomość, że wkrótce spotkamy się z Kasią i Kamilem, którzy nasze zakupowe grzeszki odkupią i zabiorą rzeczy do Polski.
Na targu w Luang Prabang można kupić ubrania, rękodzieło, zabawki, rzeczy codziennego użytku. Słowem- wszystko, piękne i w dobrych cenach. Co ciekawe, jest też parę stoisk, gdzie sprzedawane są metalowe pamiątki przetopione z bomb, które spadły na Laos podczas wojny domowej w latach ’50 ubiegłego wieku. Otwieracze do piwa, łyżeczki, pałeczki, breloczki i inne gadżety utożsamiające ideę „make love, not war”. I jedzenie- małe, kokosowe naleśniczki, sajgonki ze słodko- ostrą sałatką z papai, mnóstwo wersji smażonego ryżu i makaronu. Są też robione na europejską modłę kanapki i pyszne soki owocowe.
Jak później odkryliśmy, podobne targi można znaleźć w wielu miastach Azji Południowo- Wschodniej i ten w Luang Prabang nie wyróżniał się wśród nich, ani jakością i wyborem rzeczy, ani cenami. Jednak skradł nasze serca, bo był dla nas pierwszym takim targiem i wracam do niego z dużym sentymentem.

W Laosie łączenie macierzyństwa z pracą zawodową jest na porządku dziennym. A że przy okazji mały słodki bobas zdobywa serca turystów, to nawet lepiej
Stragan z rękodziełem wytworzonym z przetopionych części samolotów i bomb używanych podczas laotańskiej wojny domowej. I laotański maluch
Kto raz spróbuje mini naleśników z kokosa, nie będzie mógł się im oprzeć. Słowo

Wodospad Kuang Si

Około godzinę drogi od Luang Prabang (oczywiście uwzględniając laotańskie drogi i ich ograniczenia do 30 kilometrów na godzinę. Całkiem zresztą rozsądne, czasem wręcz zbyt optymistyczne) znajduje się wodospad Kuang Si. Jest o tyle ciekawą atrakcją, że można się wykąpać w jego wartkim nurcie. Temperatura wody, co prawda, jak w Bałtyku w sezonie, ale to miła odmiana dla gorącego, parnego powietrza. Nawet Staś kąpał się przez chwilę. Trochę dłuższą, niż powinien, sądząc po trzęsących się usteczkach, ale protestował zawzięcie na wcześniejsze wychodzenie z wody.
Poza tym, na terenie wodospadu jest mały rezerwat azjatyckich niedźwiedzi księżycowych. Przyjemnie usytuowany, sprawia że spacer do wodospadu nie dłuży się, a i niedźwiedzi nie ogląda się w nieskończoność.
Wszystkie te elementy składowe: sam wodospad, kąpiel i wizyta u niedźwiedzi, złożyły się na bardzo przyjemny, półdniowy wypad.

Groźny miś księżycowy na szczęście za ogrodzeniem
Widok na wodospad Kuang Si akurat w miejscu, gdzie nikt się akurat nie kąpał
-Ale tato, proszę. Wyjdziemy, jak tylko zrobi się chłodno!

Zachód słońca nad Mekongiem

Luang Prabang położone jest nad Mekongiem i jedną z atrakcji w mieście, jest podziwianie zachodzącego nad rzeką słońca. Z tego powodu przy nadbrzeżu pełno jest mniej lub bardziej urokliwych knajpek, w których można zamówić kawę albo piwo i oglądać to niesamowite, acz codzienne zjawisko. Zachodzące tam słońce wygląda naprawdę spektakularnie, sprawia, że kokosowe palmy na tle pomarańczowego nieba wyglądają jeszcze bardziej zachwycająco. Zdecydowanie warte przeżycia.

A do takiego widoku, pyszna kawa i coś słodkiego. I bobas, który akurat chce chodzić w zupełnie innej części knajpki.

Grota Pak Ou

Podobnie jak w chrześcijaństwie, w buddyzmie nie ma prostego sposobu na utylizację sztuki sakralnej, gdy przestanie nadawać się do użytku. W okolicy Luang Prabang wykorzystano więc groty Pak Ou do trzymania w nich nieprzydatnych już posągów Buddy. Są tam posągi Buddy leżącego, siedzącego, stojącego- bez rąk, nóg, głów, czasem porysowane, czasem zniszczone. Wszystkie koło siebie, ciasno poustawiane- jak kolekcja zabawek, z których się wyrosło. Widok to dość oryginalny, zwłaszcza, że w skład grot Pak Ou wchodzą dwie jaskinie i jedna z nich pogrążona jest w mroku- zwiedzać ją można tylko z latarką. Jednakowoż, dojazd do grot zajął nam skuterem ponad godzinę i była to dość męcząca przeprawa, co rozbudziło w nas wątpliwości, czy było warto. Alternatywą było płynięcie slow boat’em, czyli „wolną łódką”, bardzo popularnym środkiem transportu na Mekongu. Myślę, że samo przepłynięcie, doświadczenie życia na łodzi (dotarcie do grot zajmuje około godzinę, ale są trasy, które wymagają spędzenia na tych łódkach dwóch dni) i przepiękne, dziewicze brzegi Mekongu mogłyby być przyjemnym doświadczeniem i nadawałyby więcej sensu grotom Pak Ou. Slow boat na tej trasie płynie tylko raz dziennie z samego rana i to jest główny powód, dla którego my zdecydowaliśmy się na skuter, jednak gdybym miała możliwość, następnym razem zdecydowałabym się na wczesną pobudkę, żeby podróż do grot była sama w sobie ciekawym doświadczeniem.

By dotrzeć do grot Pak Ou przeprawiliśmy się przez Mekong, jednak całą trasę do rzeki pokonaliśmy skuterem. Alternatywą było płynięcie tzw. slow boatem aż z Luang Prabang. Myślę, że takie widoki nie znudziłyby się przez całą drogę.
Całe mnóstwo niechcianych posągów Buddy
Niechcianym posągom Buddy w grotach Pak Ou również oddawało się cześć. Stały tam również małe kapliczki

Poranne karmienie mnichów

Stara buddyjska tradycja mówi, że mnisi powinni jeść dwa posiłki w ciągu dnia- po wschodzie słońca i o dziesiątej rano. Powinni też zjeść tylko to, co zostanie im ofiarowane przez ludność.
Nie wiem, czy współcześni buddyjscy mnisi sumiennie przestrzegają obu tych zasad, jednakowoż widok mnicha ze specjalną miską na pasku przechadzającego się o poranku w Azji Południowo- Wschodniej nie jest widokiem niezwykłym. Widzieliśmy takich mnichów w miastach Tajlandii, Birmy i Laosu, jednak ci z Luang Prabang, byli szczególnie warci uwagi.
Trzeba było wstać przed wschodem słońca i wybrać się przed buddyjskie świątynie w centrum miasta- niesposób przegapić to miejsce, bo wzdłuż całej ulicy siedziała spora ilość mieszkańców Luang Prabang, gotowa karmić mnichów. Żeby nie przeszkadzać w tym rytuale, turyści powinni stanąć po drugiej stronie ulicy i ze sporej odległości, w ciszy zjawisko obserwować i robić zdjęcia. Mieszkańcy mieli ze sobą koszyczki z ugotowanym ryżem, słodkie napoje i słodycze. Mnisi pojawili się wraz z pierwszymi zapowiedziami promieni słonecznych- szli długimi kolumnami, jeden za drugim, a mieszkańcy wrzucali im jedzenie- oddzielając rękoma małe kulki ryżu lub wrzucając gotowe produkty. Zabawne, bo datków było znacznie więcej, niż mnisia miska mogła pomieścić, toteż co jakiś czas stały skrzynki, do których mnisi odrzucali nadmiar jedzenia, by móc dalej przyjmować dary. Cała rzecz trwała tak długo, aż wszyscy mnisi (których było sporo) przeszli wzdłuż wszystkich mieszkańców miasta (których również było sporo)- a zatem całkiem długo. W żadnym innym mieście poranne karmienie mnichów nie było aż tak ciekawą rzeczą do zobaczenia, dla której zdecydowanie warto było wstać przed wschodem słońca.

Mieszkanka Luang Prabang gotowa na rozpoczęcie porannej ceremonii
Pewnie jeszcze niedawno taki widok był zwyczajny w wielu miejscach w Azji Południowo- Wschodniej
Dziś to jedna z atrakcji turystycznych. Biura podróży organizują nawet uczestnictwo turystom w tej buddyjskiej tradycji i możliwość wręczenia osobiście porannej strawy mnichom.

Luang Prabang w pigułce

Dla nas Luang Prabang był pierwszym dużym, turystycznym miastem w Azji Południowo- Wschodniej, toteż wiele typowych dla tej strony świata atrakcji, tam nas urzekło. Dodatkowo, spędziliśmy w tym mieście więcej czasu, niż zamierzaliśmy, bo dopadła nas w nim choroba- jednak mieliśmy sporo szczęścia; jeśli gdzieś w Laosie musieliśmy zachorować, to najlepiej właśnie tam. Luang Prabang nie bez powodu szczyci się mianem „mekki podróżników”- jest tam przyjemnie, ładnie i niezbyt drogo. Jest kilka miejsc wartych odwiedzenia i ciekawy klimat i wreszcie: można tam prawdziwie odpocząć. Moim zdaniem, podróżując po Laosie, nie można przegapić wizyty w Luang Prabang.

Co łączy dziadka Kruka z Laosem?

Dziadek Benek mieszka w Borach Tucholskich, godzinę drogi od Bydgoszczy, w małej miejscowości niedaleko jeziorka. Chyba nigdy nie był za granicą i mógłby nie wiedzieć, zapytany, gdzie jest Laos. A jednak ma pewną cechę, która sprawia, że czułby się tutaj jak ryba w wodzie.

Gdyby dziadek żył w Laosie

Dziadek Benek prowadzi małe gospodarstwo, z małym inwentarzem i małym polem do obsiewania. Jego dzień jest podporządkowany rutynowym pracom w gospodarstwie, zależnymi od pory roku, oprócz tego zajmuje się drobnymi naprawami, handelem wymiennym i krótkimi rozmowami z sąsiadami. Każdy wie, co u kogo słychać. Dziadek wstaje o świcie i chodzi spać z kurami, po osiemnastej lepiej do niego nie dzwonić. W domu ma telewizor i radio, ale sam nigdy ich nie włącza. Nie czytuje książek i nie rozwiązuje krzyżówek. Swój wolny czas spędza siedząc pod orzechem przed domem i myśląc. Czasem, gdy przechodzi jakiś sąsiad, zamieni z nim parę słów, czasem przejedzie jakiś samochód; przez większość czasu nie będzie działo się nic. Dziadek będzie siedział i myślał. I to mu się nie znudzi.
Takich właśnie siedzących na ganku i myślących Laotańczyków mijamy przejeżdżając z miasta do miasta, siedząc w busie. Jest nam trochę niedobrze, bo drogi wyjąkowo kręte- żałujemy, bo tyle moglibyśmy rzeczy zrobić podczas przejazdów. Zwłaszcza, jak Staś śpi. Poczytać o miejscach, do których się wybieramy, zarezerwować noclegi. Odpisać na wiadomości, napisać zaległe notatki na blogu. Albo chociaż obejrzeć razem jakiś film, może poczytać coś dla przyjemności. Ale nie, walczymy z nudnościami i nie możemy zrobić nic.
To skłania nas do refleksji, że ludzie, których mija nasz autobus, siedzą zapewne wiele godzin przed swoimi domostwami, z rzadka zamieniają z kimś parę słów. Mają talerze satelitarne, ale jednak nie oglądają telewizji. Siedzą i myślą. Nudzą się, jak na moje. Ale to ich styl bycia. Mieszkańcy Laosu zdecydowanie żyją powoli. Oczywiście, zapewne wielu z nich książki czyta i zna na pamięć epizody tajskich telenoweli; to jednak, co ich od nas różni, to to, że powolny, spokojny czas nie jest dla nich czasem zmarnowanym. I nam się to podoba, choć przyzwyczajenie do pośpiechu jest w nas silne.

Dobrze wykorzystany spokojny czas w stylu Lao

To nie tylko kwestia wiosek

Taki styl bycia widać też w codziennych sytuacjach, nawet w większych miastach. W Luang Prabang pewnego razu weszliśmy do sklepu po wodę. Pani ekspedientka siedziała na podłodze razem ze swoją małą córeczką. Przywitaliśmy się i zapytaliśmy o wodę, pani gestem dłoni wskazała, gdzie są butelki z wodą. Mieliśmy się obsłużyć sami. Po czym rzuciła cenę; nie podeszła do lady odebrać pieniędzy, ani nawet sprawdzić, czy banknotów nie rozwiewa wiatr. Ot, siedziała sobie z córeczką na podłodze i spędzała z nią miły czas. Innym razem, w małej miejscowości Oudomxay, chciałam kupić Stasiowi kask na wypadek, gdyby udało nam się trochę popodróżować tutaj na skuterze. Udało mi się znaleźć sklep z rowerkami dziecięcymi, ale pani ekspedientka leżała sobie przykryta kołdrą na łóżku w tyłach sklepu i nie podeszła nawet, by zapytać, po co przyszłam. Nie sądzę, żeby była niemiła. Myślę raczej, że uznała, że nie ma nic, co mogłaby mi sprzedać, albo że zwyczajnie nie będzie się w stanie ze mną porozumieć, więc nie ma sensu, żeby wstawała z łóżka.

Pewna knajpka w godzinach otwarcia. Proponujemy zabawę w „znajdź sprzedawcę”

Bądźmy bardziej Lao

Nam czasem trudno to zrozumieć, czasem się denerwujemy. Jak autobus się spóźnia, albo jak kierowca robi milion przerw podczas podróży, bo autobus się przegrzewa. Bo chcemy mieć wszystko dokładnie wyliczone, zaplanowane. Wszystko musi się zgadzać. Ale w głębi duszy trochę Laotańczykom zazdrościmy tego spokoju, tego, że nie czują presji, żeby coś robić, bo inaczej czas będzie zmarnowany.
Podczas pobytu w Laosie, zwłaszcza w Luang Prabang, gdzie dopadła nas choroba, uczymy się, jak żyć trochę wolniej, jak nie gonić z miejsca na miejsce. Odpoczywamy. Trochę nam z tym nieswojo, ale siedzimy w jednym miejscu, mamy czas na wszystko i dużo myślimy. Jest bardzo przyjemnie.

W laotańskiej dżungli

Mniej lub bardziej dziewicza dżungla pokrywa znaczną część powierzchni Laosu. Na pierwszy rzut oka, są tu tylko malutkie mieścinki przy wąskich, kiepskiej jakości drogach i jak okiem sięgnąć połacie pięknych lasów rozpostarte na wzgórzach. Nic więc dziwnego, że tubylcy, zaprawieni w przemierzaniu tych terenów, zaczęli organizować w dżungli trekkingi dla odważnych turystów, którzy przez krórtki czas chcieliby zanurzyć się w dzikość i niesamowitość dżungli.

Jest w czym wybierać

My na nasz pierwszy nocleg w Laosie wybraliśmy Luang Namtha, miejscowość rozpostartą wzdłuż głównej drogi i dwóch równoległych do niej uliczek. Całość do przejścia pewnie w nie więcej, niż pół godziny, chociaż technicznie w skład miasta wchodzą też okoliczne wioseczki wraz z dworcem autobusowym i nawet lotniskiem (!), oddalone od centrum miasta o dziesięć kilometrów.

Ścisłe centrum Luang Namtha

W Luang Namtha poza targiem nocnym nie ma zbyt wiele do roboty, a mimo to pełno jest miejsc oferujących noclegi, biur podróży i samych turystów. A to właśnie za sprawą możliwości wyjścia na trekking do dżungli. Możliwości jest sporo- można wyjść na dzień, dwa, trzy lub cztery do dżungli, można popływać kajakiem po okolicznej rzece albo pojeździć rowerem po okolicznych wzgórzach. Można spać w dżungli albo w małej wioseczce, podpatrując życie tubylców. Jedno z biur podróży oferuje nawet wycieczkę, w której przewodnik na bieżąco, specjalnie pod wycieczkę, wycina w dżungli trasę maczetą. My zdecydowaliśmy się na dwudniowy trekking z noclegiem w dżungli, chociaż rozważaliśmy też spanie w lokalnej wiosce. Ciężko mi cały ten trekking jednoznacznie ocenić, zaraz opowiem, dlaczego.

Poziom trudności: trudny. Bardzo

Trekking polubiliśmy stosunkowo niedawno, jesteśmy w tej dziedzinie amatorami. Bardzo zdeterminowanymi, ale jednak amatorami. Z dzieckiem w chuście. A trekking w dżungli to bardzo wymagająca przeprawa po błotnistych, śliskich ścieżkach, przechodzenie przez strumienie, marsze nad przepaściami, strome podejścia i zejścia. Nie raz poślizgnęliśmy się w błocie, parę razy któreś z nas straciło równowagę. Sama w sobie ta trasa była bardzo trudna, a dodatkowo robiliśmy ją z bardzo ciężkimi bagażami, bo oprócz standardowego bagażu nosiliśmy wodę na dwa dni, maty i śpiwory (jedzenie niósł nasz przewodnik). Były pijawki podgryzające nas w nogi, ale przy tym wszystkim, to było najmniejsze zmartwienie. Pierwszego dnia poważnie rozważałam, czy nie lepiej byłoby się cofnąć.

Trudne trudnego początki
Cieszę się, że przez chwilę idziemy po płaskim i prawie nie śliskim

W dziewiczej dżungli

Sporą część trekkingu skupiałam się na tym, żeby utrzymać równowagę i zwyczajnie dać radę, ale miejsca przez które przechodziliśmy, były niewiarygodnie piękne. Część trekkingu, którą przemierzaliśmy po płaskim w dziewiczej dżungli, była warta każdego wysiłku. Ten, kto myśli, że w tak dziewiczym miejscu, jest głusza, jest w poważnym błędzie. Byliśmy w samym środku najprawdziwszego koncertu cykad, świerszczy, gałęzi- sami nie wiemy czego. Od rana do środka nocy, w dżungli jest naprawdę głośno. Naprawdę przyjemnie głośno. Poza tym, dżungla pachnie. Trochę jak słodki gotowany ryż, trochę ziołami, różnie w zależności od miejsca. Nawet z katarem było to czuć. No i widoki- motyle wielkości małej dłoni (ale nie Stasia. Małej dorosłej dłoni), czasem o skrzydłach grubych, czarnych i trochę jakby puszystych, czasem cieniutkich i przeźroczystych. Niebieskie, żółte albo idealnie białe. Pająki większe od tych motyli na pajęczynach o ogromnej powierzchni. Bywały takie o bardzo chudych nogach, bardzo grubych nogach, podłużnych lub okrągłych odwłokach. Czarne albo z zielonkawymi plamkami. Był też żuk, patyczak, termity, mrówki i wszelkiej maści nieznane nam owady. Niczego większego nie udało nam się wypatrzeć- na nieszczęście i na szczęście.

Duży żuczek i mały Staszek
Duży, podłużny pająk, którego nikt do ręki nie wziął

Były za to bambusy, liany, bananowce, wszelkiej maści kwiaty, drzewa obrastające inne drzewa, tak potężne, że nie sposób było nie tylko ogarnąć je obiektywem aparatu, ale ciężko było ogarnąć je wzrokiem. Dżungla jest po prostu oszałamiająca w swej różnorodności i mnogości życia, które się w niej znajduje. I jest zdecydowanie czymś, co warto doświadczyć chociaż raz w życiu.

Dżunglowy roślinny przepych
Drzewo, które jest hipsterem
I przeogromne drzewo, które obrosło inne drzewo

Obozowisko w dżungli

Dodatkowo, coś, co zdecydowanie polecamy, to trekking z noclegiem w dżungli. O ile trekkingiem w tak wymagającej okolicy można się nasycić w jeden dzień i o ile na zachwyt dżunglą jeden dzień też by wystarczył, to samo spanie w tej dziczy było tak ciekawym i tak niepodobnym do żadnego noclegu wcześniej doświadczeniem, że zdecydowanie warto.
Obóz mieliśmy pod daszkiem z bananowych liści (nieprzemakającym nawet podczas poważnego deszczu- mieliśmy okazję sprawdzić), na bambusowym podłożu pół metra nad ziemią.

Nocleg pod gwiazdami

Nasz przewodnik gotował pyszne posiłki (tym smaczniejsze po dużym wysiłku) na palenisku obok, uraczył nas też pieczonymi ślimakami zebranymi po drodze (nam smakowało, dla Stasia były za trudne do pogryzienia), a kąpaliśmy się w zimnym strumieniu. Zaraz po zmierzchu obóz ogarniała całkowita ciemność- właściwie nic się nie zmieniało po otworzeniu oczu; jeśli wyjść poza obóz i zajrzeć poza bananowy daszek, niebo było niesamowicie rozgwieżdżone, a dżungla, tak głośna za dnia, stawała się jeszcze głośniejsza w nocy. Roje ciem oblatywały nasze przepocone ubrania i buty, które zostawiliśmy poza moskitierą. Takiego doświadczenia nie moglibyśmy mieć, gdyby nie nasz wymagający i bardzo męczący trekking.

Staś przyczynił się do zebrania chrustu na opał
Po czym zmęczył się i poszedł spać
Posiłek lepszy, niż w niejednej restauracji- po dużym wysiłku, pod gołym niebem, a w dodatku pyszny
A nad ranem tacy szczęśliwi wyglądamy zza moskitiery

Wioska nieopodal

Kolejnym cennym doświadczeniem, choć nie tak porywającym, jak nocleg w dżungli, była wizyta w lokalnej wiosce następnego dnia. Wioska, do której wiodła jedna jedyna droga, oddalona o wiele kilometrów od kolejnych ludzkich siedzib, zachowała dość pierwotny wygląd, nie pozbawiony jednak znamion nowoczesności. Były więc tam drewniane, dwuizbowe chaty budowane na podwyższeniu- pod chatą było miejsce, żeby schować się w cieniu; a w środku wioski wielki talerz satelitarny. Dookoła ludzie zajęci swoimi sprawami, drobnym rzemiosłem, doglądaniem małego inwentarza, część z nich przysiadła, żeby na nas (głównie na Stasia) popatrzeć i się pouśmiechać. Dzieci chciały się ze Stasiem pobawić, część z nich nosiła w prostych wersjach chusty swoje młodsze rodzeństwo. Pod jedną z chat leżał mocno zdezylowany, plastikowy chodzik, dzieciaki miały koszulki z postaciami z bajek albo nazwiskami sportowców.
Nasz przewodnik służył nam za tłumacza, ale bariera językowa zrobiła swoje i naszym głównym zajęciem było uśmiechanie się do ludzi i dyskretne przypatrywanie się ich codziennemu życiu.

Staś nawiązuje znajomości. W przeciwieństwie do nas, nie ma problemu z barierą językową
Można by pomyśleć, że czas się tam zatrzymał…
… gdyby nie wielki talerz satelitarny pośrodku wioski. I parę innych detali
Chustowane maluchy zawsze mnie cieszą

Jednakowoż pomimo, że pewna ustalona część pieniędzy, którą zapłaciliśmy za trekking, trafiła do ludzi z tej wioski i był to dla nich zapewne spory zastrzyk finansowy, to ja czułam się tam odrobinę nieswojo, wchodząc z moimi trekkingowymi butami w ich życie i ich spokojną codzienność. Więc pomimo że doświadczenie to było ciekawe, mam co do niego mieszane uczucia.

Czy polecamy?

Trekking w dżungli był dla nas zdecydowanie niesamowitym doświadczeniem, jednym z najciekawszych, które mieliśmy w tej podróży. Złożyło się na to wiele czynników- satysfakcjonujące zmęczenie, niesamowite piękno dziewiczej dżungli, nocleg w samym środku dziczy. Była też wioseczka, kąpiel w strumyku i podgryzające pijawki. To może zabrzmieć przewrotnie, ale w zasadzie cieszę się, że nie zdawałam sobie sprawy, jak wymagający to trekking, bo nie wiem, czy bym się na to porwała jako amatorka z dzieckiem w chuście, a jednak daliśmy radę i przeżyliśmy coś niesamowitego.