Jak podejść do słonia?

To trochę symbol egzotycznych wakacji- zaraz po rajskich plażach z palmami i kolorowych drinkach- słonie. Jako wzór na ubraniach albo te żywe. W różnych wersjach- można na nich jeździć, karmić, myć je, po prostu spędzać z nimi czas. Można wreszcie udać się na safari, by poszukiwać tych dziko żyjących, nie zamkniętych w ośrodkach czy rezerwatach. Jednak nie wszystkie z tych opcji są do końca etyczne i warto mieć to na uwadze planując swoje egzotyczne podróże. Chciałabym Wam napisać trochę kwestii etycznej właśnie, a trochę o naszym doświadczeniu ze słoniem.

Jak (etycznie) podejść do (kwestii) słonia?

Powiem Wam szczerze, że wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, czy turystyka związana ze słoniami jest etyczna czy nie. Słonie były dla mnie po prostu egzotycznym doświadczeniem; pierwszy raz (nie licząc zoo) miałam z nimi styczność w Indiach dwa lata temu. I jeździłam wtedy na słoniu, jakoś tak odruchowo zakwalifikowałam go do zwierząt jucznych, jak koń czy wielbłąd. Pięć minut jeżdżenia w kółko, ale zawsze nowe, ciekawe doświadczenie.

W turystycznych miejscowościach Tajlandii taki widok nikogo nie dziwi

Podczas tej podróży zwróciliśmy jednak uwagę, że część biur turystycznych w swoich ofertach podkreśla, że podczas ich wycieczek nie jeździ się na słoniu. W innych nie używa się wielkich siodeł, w innych haków. To dało nam do myślenia i zgłębiliśmy trochę temat. Okazuje się, że słonie ze względu na swoje gabaryty były wykorzystywane w przeszłości jako zwierzęta pociągowe. W Tajlandii wykorzystywało się je przy wycince drzew- wynosiły drewno na swoich grzbietach z dżungli. Ludzie kupowali je, wykorzystywali do pracy, a w zamian dawali im schronienie i żywili je. Używali różnych metod, by zdobyć posłuszeństwo zwierząt, od zwykłej tresury zaczynając, a kończąc na batach z hakami, którymi uderzano słonie w głowy.
Tak było do czasu, gdy rząd Tajlandii zakazał używania słoni w takiej roli, a to z powodu ich słabych kręgosłupów. To postawiło ich właścicieli przed sporym problemem- tak duże i tak wymgające zwierzę, nagle przestało być użyteczne, prawdopodobnie ciężko było je też sprzedać. Trzeba było zatem wymyślić inny sposób, żeby słoń stał się na nowo użyteczny. I wymyślono- prężnie rozwijająca się gałąź turystyki w Tajlandii okazała się strzałem w dziesiątkę- słonie stały się atrakcją dla turystów z dalekich stron. I tak jak wcześniej, słonie sporo musiały nosić, właściciele, którzy używali haków, dalej ich używali, a teraz doszli do tego turyści zadowoleni ze swoich zdjęć ze słoniem i z jeżdżenia na tak wielkim zwierzęciu. Pewnie to tylko kwestia czasu, kiedy rząd zakaże i takich praktyk, tymczasem jednak powstają ośrodki, w których na słoniach się nie jeździ i nie stosuje się wobec nich przemocy- wystarczy dobrze się rozejrzeć, by znaleźć opcję, która nie tylko okazuje większy szacunek samym słoniom, ale też pokazuje okolicznym właścicielom wielkich ssaków, że taka turystyka też może przynosić zysk.

Wyprowadzisz mojego słonia na spacer?

Jak się domyślacie, po takim zgłębieniu tematu, my zdecydowaliśmy się na taką opcję i bardzo ją polecamy. I to nie tylko ze względu na spokojne sumienie- w porównaniu do mojego indyjskiego doświadczenia, to było znacznie lepsze, znacznie bardziej prawdziwe, znacznie bardziej emocjonujące. Nasze doświadczenie polegało na spędzeniu ze słoniem jednego dnia. Jednego, zwykłego dnia ze słoniowej codzienności. Nasz właściciel posiadał tylko jedną słonicę, miała tajskie imię zaczynające się od „Ma”, więc dla nas została po prostu Ma. Nasza przygoda (pomijając godzinną podróż samochodem) zaczęła się od przygotowania dla niej posiłku, czyli wielkiego kosza bananów, które dla niej myliśmy. Wydało to mi się przesadą, ale nasz przewodnik wytłumaczył to tym, że banany mogą być pryskane, a Ma będzie jadła je ze skórą. Czy przesada czy nie- Ma dostała banany umyte. Karmiliśmy ją podając prosto do trąby po kilka bananów. Widać było, że to łasuch i nie mogła doczekać się kolejnych porcji do tego stopnia, że każde nasze ociąganie się, kończyło się obwąchiwaniem jej wielką trabą. Ja na początku podchodziłam do niej z dystansem, oswojona czy nie, jest ogromnym zwierzęciem, przy którym nie czułam się komfortowo. Za to Staś szybko odkrył w niej wielkie „kogo” (tak Staś nazywa zwierzęta) i był przeszczęśliwy, mogąc podejść do niej blisko i ją pogłaskać.

Słoń się uśmiecha, my się uśmiechamy

Potem poszliśmy z Ma na spacer do dżungli. Mieliśmy torby pełne bananów, żeby w kluczowych momentach zachęcić ją do pójścia w określonym kierunku, ale generalnie Ma chodziła, gdzie chciała i tylko co jakiś czas wracała na naszą ścieżkę. Robiła długie postoje na pożywianie się bezpośrednio roślinnością z dżungli, które my wykorzystywaliśmy na podpatrywanie jej i rozmowy z naszym przewodnikiem- zarówno o słoniach, jak i o Tajlandii, Polsce i życiu w ogólności. To był niesamowity czas, bardzo swobodny i bardzo naturalny, a doświadczenie słonia tak blisko zapewniało naprawdę dużą dawkę emocji.

Taki wielki towarzysz, dyszący w kark (dosłownie!), idący zaraz za plecami, może wzbudzić niepokój
A tutaj ujawniamy powód, dla którego słonica tak chętnie za nami podążała- mieliśmy ze sobą jej ulubioną przekąskę
Ale, jak wiadomo, dżungla jest duża, a nie samymi bananami słoń żyje

Po skończonym spacerze zjedliśmy przygotowany przez właścicieli lunch, a potem sami przygotowaliśmy dla Ma jeszcze jeden posiłek. Tym razem był to ryż z bananami, owocami tamaryndowca i solą. Wszystko wymieszane i zawinięte w liście bananowca. Ma zjadła to po kąpieli, którą przygotowaliśmy dla niej w rzece- polegało to na polewaniu ją wodą (uprzednio właściciel trochę przekonywał ją do kąpieli, woda była dla niej odrobinę chłodna), a potem uciekaniu w popłochu, bo po kąpieli słonie mają zwyczaj polewania się błotem, żeby nawilżyć swoją skórę i ochronić ją przed palącym słońcem. Na szczęście udało nam się uciec na czas.

Komenda „siad” w wersji tajskiej. I zwierzę odrobinę większe
Ma dała się przekonać, że jest wystarczająco ciepło na krótką kąpiel

Całe spotkanie ze słoniem, jak to w tych stronach bywa, było niespieszne, bardzo naturalne i bardzo ekscytujące. Byliśmy gośćmi w słoniowej codzienności, trochę w niej uczestniczyliśmy, ale głównie ją podpatrywaliśmy. Przez jeden dzień mogliśmy się poczuć jak starzy, dobrzy przyjaciele wielkiego, egzotycznego zwierza.

Bardzo polecamy

Doświadczenie podobało mi się nieskończenie bardziej, niż krótka przejżdżka na słoniu dwa lata temu w Indiach- teraz nawiązaliśmy z naszym słoniem przelotną znajomość, podglądaliśmy jego codzienność i uczestniczyliśmy w niej, ale nie napastowaliśmy swoją obecnością. Po słoniu widać było, że jest zrelaksowany i- zupełnie jak nasz Staś- ma sporo czasu na swoje fikanie (chociaż wyglądało to trochę inaczej w wydaniu ważącego trzy tony słonia, niż naszego dziecka). Zresztą, po Stasiu też było widać, że jest zachwycony obcowaniem z tak dużym zwierzęciem.
Uważamy, że taka forma turystyki ze słoniami jest nie tylko dużo bardziej etyczna, ale też bardziej ekscytująca i prawdziwa. Do tego świetnie nadaje się na podróż z dziećmi. My bardzo, bardzo polecamy.