Wąwóz Skaczącego Tygrysa

Wąwóz Skaczącego Tygrysa to drugi największy kanion na świecie (po Wielkim Kanionie Kolorado), znajdujący się w prowincji Yunnan, w północno-zachodnich Chinach. W najgłębszym miejscu przewyższenie wynosi niemal 3800 metrów, a w dole majestatycznie wije się rzeka Jangcy. Dla nas Wąwóz Skaczącego Tygrysa był miejscem pierwszego trekkingu. I to nie tylko w tej podróży, ale właściwie był naszym pierwszym poważnym trekkingiem w ogóle.

Poziom trudności: średni. Pod jednym warunkiem

Wzdłuż wąwozu biegną dwie ścieżki: dolna i górna. Dolna jest przeznaczona do ruchu samochodowego i by oglądać z niej Wąwóz Skaczącego Tygrysa trzeba albo mieć samochód albo zapłacić za autobusową wycieczkę; górna ścieżka jest natomiast pozostałością po niegdysiejszych trasach lokalnych ludzi, którzy przemieszczali się w ten sposób pomiędzy wioskami ukrytymi wysoko w górach. Teraz są to zazwyczaj dobrze oznakowane, dość szerokie ścieżki górskie, po których generalnie idzie się dość przyjemnie, choć nie jest to pozbawione wysiłku. Jednak co ważne: kluczową rolę odgrywa pogoda. A że rejon jest wysokogórski, tę przewidzieć niełatwo. Niektóre fragmenty trekkingu to wąska ścieżka, bez barierek, niczym nieodgrodzona od głębokiej przepaści. Do tego na ścieżce mogą pojawić się kozy albo mały wodospad, który trzeba przejść. Rzecz jasna, w deszczu takie utrudnienia urastają do rangi dużego problemu i my mieliśmy dusze na ramieniu, kiedy przez takie fragmenty przechodziliśmy. Cała trasa przeciętnemu piechurowi powinna zajmować dziewięć godzin i rekomenduje się, by robić ją w dwa dni, choć podobno dobrze zdeterminowanemu i przygotowanemu wędrowcowi wystarczy jeden dzień. My jednak zdecydowaliśmy się rozbić tę podróż na trzy dni, raz dlatego, że nie jesteśmy „przeciętnym piechurem”, przez wzgląd na nasze nikłe doświadczenie i dziecko w chuście, a dwa dlatego, że zaczęliśmy pierwszego dnia trekking wczesnym popołudniem. Na szczęście po drodze, w wioskach jest miejsce, by zostać na noc lub zrobić przerwę na obiad czy prysznic.

Etap pierwszy- pod górę i w dół

Nasz trekking zaczęliśmy w Qiatou, gdzie dowiózł nas autobus. Początkowo mieliśmy do przejścia asfaltową drogę (dolna i górna ścieżka w tym miejscu się łączą), po której jeździły wypluwające z siebie tonę spalin ciężarówki. Zajęło nam to więcej czasu, niż chcieliśmy, w dodatku przyjemność z marszu była umiarkowana, a my nawet dobrze nie zaczęliśmy wspinaczki. Gdy już udało nam się odnaleźć rozwidlenie i rozpoczęliśmy właściwą wędrówkę górną ścieżką, byliśmy już zmęczeni i sfrustrowani. Stasiowi również wędrówka nie przypadła do gustu i co chwilę zgłaszał swoje niezadowolenie, że jest noszony w chuście, co tylko pogarszało wszystkim humory. Trasa pierwszego dnia była bardzo męcząca- wspinaliśmy się po stromych zboczach w górę, by za połową trasy odkryć, że teraz musimy schodzić po stromych zboczach w dół- co wcale nie było mniej męczące, a bardziej od tego bolały kolana. Ostatecznie, przeszliśmy pierwszy etap w cztery godziny, zamiast dwóch i byliśmy ogromnie umęczeni. Na szczęście nocleg w pierwszej z wiosek- w Naxi Family Guesthouse zapewnił nam wszystko, czego po długim i męczącym marszu potrzebowaliśmy- dobre jedzenie i miejsce do odpoczynku z niesamowitymi widokami. Co więcej, z racji tego, że mało kto robi przerwę na nocleg już w pierwszej wiosce (oprócz nas było tylko kilka par wędrowców), w Naxi Family Guesthouse było przytulnie i niemal rodzinnie.

Tak wyglądał sam początek trasy. O ile przed chwilą nie przejechała ciężarówka i droga nie tonęła w spalinach
Po drodze spotkaliśmy dziko rosnącą marihuanę. Co sprytniejsi tubylcy zwietrzyli w tym interes i przy trasie były stragany, na których można było kupić gotowe skręty. Po minie Kruka widać, że też rozważał taki biznes
Później zrobiło się trochę ciężej, ale za to dużo bardziej malowniczo
Wieczorem po długim marszu zwykła herbata ogromnie nas cieszyła

Etap drugi- dwadzieścia osiem zakrętów. Podobno.

Następnego dnia wyruszyliśmy z rana, by zmierzyć się z najtrudniejszym etapem wędrówki- dwudziestoma ośmioma zakrętami. W rzeczywistości było ich znacznie więcej, a cała trasa pięła się ostro w górę i po przejściu jej zdecydowanie uznaliśmy ten etap za najtrudniejszy. Jednak zaprawieni pierwszym dniem wędrówki i w trochę lepszych humorach, zaczęliśmy bardziej doceniać miejsce, które przemierzaliśmy. Widoki z górnej ścieżki były niesamowite: w dole majestatycznie wiła się ogromna rzeka Jangcy, w górze, za mgłą chowały się strzeliste szczyty gór. Pomiędzy rzeką a szczytami, zielone połacie, na które składała się różnorodna górska flora. Widzieliśmy też na naszej trasie dwa wygrzewające się na słońcu węże i sporo kozic. Niestety, Chiński rząd nie dba przesadnie o dziewiczą i piękną naturę Wąwozu Skaczącego Tygrysa i planuje w okolicy przeprawę pociągową łączącą Tybet z pozostałą częścią kraju. To sprawia, że czasem poza pięknymi widokami, ogląda się budowy ogromnych tuneli, a czasem (nawet z samego rana lub późnym wieczorem) słychać wybuchy dynamitu daleko w górach.

Malowniczy Wąwóz Skaczącego Tygrysa i mniej malownicza budowa tuneli przezeń
Na jednym z wielu zakrętów
Maszerujemy z naprawdę pięknymi widokami w tle

Etap trzeci- po płaskim

Bardzo dobrze się złożyło, że rozbiliśmy ten trekking na trzy, a nie na dwa dni, bo szybko odkryliśmy, że dwa pierwsze etapy z czterech są dużo trudniejsze od pozostałych dwóch, toteż dwudniowy trekking byłby bardzo nierównomierny, jeśli chodzi o wysiłek. Etap trzeci był bardzo przyjemnym marszem, głównie po płaskim terenie. Nawet, gdy złapał nas deszcz, nie był dużą przeszkodą, bo ścieżki były wystarczająco szerokie, by czuć się na nich pewnie nawet przy nie najlepszej pogodzie. W dobrych humorach (nawet Staś pogodził się odrobinę z noszeniem w chuście), pomimo deszczu podziwialiśmy górskie widoki i cieszyliśmy się naszym marszem. Etap trzeci zakończyliśmy w Half Way Guesthouse, jednym z popularniejszych miejsc do przerwy, toteż było tam odrobinę tłoczniej i mniej przytulnie, niż byśmy tego chcieli.

Sen nad przepaścią
W dole widok na rzekę Jangcy

Etap czwarty- jak nie stracić zdrowia i życia

Pozornie nie bardzo trudny, czwarty etap powitał nas rzęsistym deszczem, przy którym nawet płaskie ścieżki okazywały się problematyczne do przejścia. W rzeczywistości, w tym etapie głównie szliśmy w dół i po płaskim, ale to właśnie tam przemierzaliśmy wąskie ścieżki z widokami na bardzo strome i głębokie przepaści. Widoki tyleż zapierające dech w piersiach, co napawające strachem. Nie raz któreś z nas poślizgnęło się na błotnistej ścieżce i zaczęliśmy się zastanawiać, czy ten trekking był na pewno słuszną decyzją. Nie było za bardzo możliwości, żeby się cofnąć, więc jedyne, co nam pozostawało, to iść dalej wąskimi ścieżkami. Ewentualnie przeciskać się koło stada kóz lub przeskakiwać przez mały wodospad spływający w poprzek wąskiej i tak już śliskiej od deszczu ścieżki. Z duszą na ramieniu. Gdy już niebezpieczeństwo minęło, a my cali i zdrowi dotarliśmy do Tina’s Guesthouse, skąd odjeżdżał powrotny autobus do miasta, zgodnie stwierdziliśmy, że to było niesamowite doświadczenie. Choć, nie ukrywam, że było to też odrobinę nierozważne z naszej strony.

Staś był dobrze przygotowany na deszcz
Na wąskiej górskiej ścieżce i w deszczu- kozice
Potem wodospad. To, co na zdjęciu wygląda przyjemnie, a czasem malowniczo, na górskim szlaku w deszczu jest nie lada wyzwaniem
Po przejściu wielu kilometrów i wielkim wysiłku, ostatni rzut oka na Wąwóz przed zejściem na dół

Czy polecamy?

Zdecydowanie polecamy trekking w Wąwozie Skaczącego Tygrysa, zwłaszcza zaprawionym górskim wędrowcom. Pod warunkiem ładnej pogody mogę polecić go nawet rodzinom z dziećmi w chustach i nawet na pierwszy trekking, choć to może wydawać się odrobinę nierozsądne. Jednakowoż, widoki z górnej ścieżki są warte tego wysiłku, jaki trzeba włożyć, by ową ścieżkę przejść, a trekking cieszy, nawet jeśli jest się amatorem i o górskich wędrówkach nie ma się wielkiego pojęcia. Natomiast na pewno warto uważnie śledzić pogodę i nie porywać się na tę wędrówkę w porze deszczowej, bo może to być niebezpieczne lub niemożliwe do zrobienia.

W laotańskiej dżungli

Mniej lub bardziej dziewicza dżungla pokrywa znaczną część powierzchni Laosu. Na pierwszy rzut oka, są tu tylko malutkie mieścinki przy wąskich, kiepskiej jakości drogach i jak okiem sięgnąć połacie pięknych lasów rozpostarte na wzgórzach. Nic więc dziwnego, że tubylcy, zaprawieni w przemierzaniu tych terenów, zaczęli organizować w dżungli trekkingi dla odważnych turystów, którzy przez krórtki czas chcieliby zanurzyć się w dzikość i niesamowitość dżungli.

Jest w czym wybierać

My na nasz pierwszy nocleg w Laosie wybraliśmy Luang Namtha, miejscowość rozpostartą wzdłuż głównej drogi i dwóch równoległych do niej uliczek. Całość do przejścia pewnie w nie więcej, niż pół godziny, chociaż technicznie w skład miasta wchodzą też okoliczne wioseczki wraz z dworcem autobusowym i nawet lotniskiem (!), oddalone od centrum miasta o dziesięć kilometrów.

Ścisłe centrum Luang Namtha

W Luang Namtha poza targiem nocnym nie ma zbyt wiele do roboty, a mimo to pełno jest miejsc oferujących noclegi, biur podróży i samych turystów. A to właśnie za sprawą możliwości wyjścia na trekking do dżungli. Możliwości jest sporo- można wyjść na dzień, dwa, trzy lub cztery do dżungli, można popływać kajakiem po okolicznej rzece albo pojeździć rowerem po okolicznych wzgórzach. Można spać w dżungli albo w małej wioseczce, podpatrując życie tubylców. Jedno z biur podróży oferuje nawet wycieczkę, w której przewodnik na bieżąco, specjalnie pod wycieczkę, wycina w dżungli trasę maczetą. My zdecydowaliśmy się na dwudniowy trekking z noclegiem w dżungli, chociaż rozważaliśmy też spanie w lokalnej wiosce. Ciężko mi cały ten trekking jednoznacznie ocenić, zaraz opowiem, dlaczego.

Poziom trudności: trudny. Bardzo

Trekking polubiliśmy stosunkowo niedawno, jesteśmy w tej dziedzinie amatorami. Bardzo zdeterminowanymi, ale jednak amatorami. Z dzieckiem w chuście. A trekking w dżungli to bardzo wymagająca przeprawa po błotnistych, śliskich ścieżkach, przechodzenie przez strumienie, marsze nad przepaściami, strome podejścia i zejścia. Nie raz poślizgnęliśmy się w błocie, parę razy któreś z nas straciło równowagę. Sama w sobie ta trasa była bardzo trudna, a dodatkowo robiliśmy ją z bardzo ciężkimi bagażami, bo oprócz standardowego bagażu nosiliśmy wodę na dwa dni, maty i śpiwory (jedzenie niósł nasz przewodnik). Były pijawki podgryzające nas w nogi, ale przy tym wszystkim, to było najmniejsze zmartwienie. Pierwszego dnia poważnie rozważałam, czy nie lepiej byłoby się cofnąć.

Trudne trudnego początki
Cieszę się, że przez chwilę idziemy po płaskim i prawie nie śliskim

W dziewiczej dżungli

Sporą część trekkingu skupiałam się na tym, żeby utrzymać równowagę i zwyczajnie dać radę, ale miejsca przez które przechodziliśmy, były niewiarygodnie piękne. Część trekkingu, którą przemierzaliśmy po płaskim w dziewiczej dżungli, była warta każdego wysiłku. Ten, kto myśli, że w tak dziewiczym miejscu, jest głusza, jest w poważnym błędzie. Byliśmy w samym środku najprawdziwszego koncertu cykad, świerszczy, gałęzi- sami nie wiemy czego. Od rana do środka nocy, w dżungli jest naprawdę głośno. Naprawdę przyjemnie głośno. Poza tym, dżungla pachnie. Trochę jak słodki gotowany ryż, trochę ziołami, różnie w zależności od miejsca. Nawet z katarem było to czuć. No i widoki- motyle wielkości małej dłoni (ale nie Stasia. Małej dorosłej dłoni), czasem o skrzydłach grubych, czarnych i trochę jakby puszystych, czasem cieniutkich i przeźroczystych. Niebieskie, żółte albo idealnie białe. Pająki większe od tych motyli na pajęczynach o ogromnej powierzchni. Bywały takie o bardzo chudych nogach, bardzo grubych nogach, podłużnych lub okrągłych odwłokach. Czarne albo z zielonkawymi plamkami. Był też żuk, patyczak, termity, mrówki i wszelkiej maści nieznane nam owady. Niczego większego nie udało nam się wypatrzeć- na nieszczęście i na szczęście.

Duży żuczek i mały Staszek
Duży, podłużny pająk, którego nikt do ręki nie wziął

Były za to bambusy, liany, bananowce, wszelkiej maści kwiaty, drzewa obrastające inne drzewa, tak potężne, że nie sposób było nie tylko ogarnąć je obiektywem aparatu, ale ciężko było ogarnąć je wzrokiem. Dżungla jest po prostu oszałamiająca w swej różnorodności i mnogości życia, które się w niej znajduje. I jest zdecydowanie czymś, co warto doświadczyć chociaż raz w życiu.

Dżunglowy roślinny przepych
Drzewo, które jest hipsterem
I przeogromne drzewo, które obrosło inne drzewo

Obozowisko w dżungli

Dodatkowo, coś, co zdecydowanie polecamy, to trekking z noclegiem w dżungli. O ile trekkingiem w tak wymagającej okolicy można się nasycić w jeden dzień i o ile na zachwyt dżunglą jeden dzień też by wystarczył, to samo spanie w tej dziczy było tak ciekawym i tak niepodobnym do żadnego noclegu wcześniej doświadczeniem, że zdecydowanie warto.
Obóz mieliśmy pod daszkiem z bananowych liści (nieprzemakającym nawet podczas poważnego deszczu- mieliśmy okazję sprawdzić), na bambusowym podłożu pół metra nad ziemią.

Nocleg pod gwiazdami

Nasz przewodnik gotował pyszne posiłki (tym smaczniejsze po dużym wysiłku) na palenisku obok, uraczył nas też pieczonymi ślimakami zebranymi po drodze (nam smakowało, dla Stasia były za trudne do pogryzienia), a kąpaliśmy się w zimnym strumieniu. Zaraz po zmierzchu obóz ogarniała całkowita ciemność- właściwie nic się nie zmieniało po otworzeniu oczu; jeśli wyjść poza obóz i zajrzeć poza bananowy daszek, niebo było niesamowicie rozgwieżdżone, a dżungla, tak głośna za dnia, stawała się jeszcze głośniejsza w nocy. Roje ciem oblatywały nasze przepocone ubrania i buty, które zostawiliśmy poza moskitierą. Takiego doświadczenia nie moglibyśmy mieć, gdyby nie nasz wymagający i bardzo męczący trekking.

Staś przyczynił się do zebrania chrustu na opał
Po czym zmęczył się i poszedł spać
Posiłek lepszy, niż w niejednej restauracji- po dużym wysiłku, pod gołym niebem, a w dodatku pyszny
A nad ranem tacy szczęśliwi wyglądamy zza moskitiery

Wioska nieopodal

Kolejnym cennym doświadczeniem, choć nie tak porywającym, jak nocleg w dżungli, była wizyta w lokalnej wiosce następnego dnia. Wioska, do której wiodła jedna jedyna droga, oddalona o wiele kilometrów od kolejnych ludzkich siedzib, zachowała dość pierwotny wygląd, nie pozbawiony jednak znamion nowoczesności. Były więc tam drewniane, dwuizbowe chaty budowane na podwyższeniu- pod chatą było miejsce, żeby schować się w cieniu; a w środku wioski wielki talerz satelitarny. Dookoła ludzie zajęci swoimi sprawami, drobnym rzemiosłem, doglądaniem małego inwentarza, część z nich przysiadła, żeby na nas (głównie na Stasia) popatrzeć i się pouśmiechać. Dzieci chciały się ze Stasiem pobawić, część z nich nosiła w prostych wersjach chusty swoje młodsze rodzeństwo. Pod jedną z chat leżał mocno zdezylowany, plastikowy chodzik, dzieciaki miały koszulki z postaciami z bajek albo nazwiskami sportowców.
Nasz przewodnik służył nam za tłumacza, ale bariera językowa zrobiła swoje i naszym głównym zajęciem było uśmiechanie się do ludzi i dyskretne przypatrywanie się ich codziennemu życiu.

Staś nawiązuje znajomości. W przeciwieństwie do nas, nie ma problemu z barierą językową
Można by pomyśleć, że czas się tam zatrzymał…
… gdyby nie wielki talerz satelitarny pośrodku wioski. I parę innych detali
Chustowane maluchy zawsze mnie cieszą

Jednakowoż pomimo, że pewna ustalona część pieniędzy, którą zapłaciliśmy za trekking, trafiła do ludzi z tej wioski i był to dla nich zapewne spory zastrzyk finansowy, to ja czułam się tam odrobinę nieswojo, wchodząc z moimi trekkingowymi butami w ich życie i ich spokojną codzienność. Więc pomimo że doświadczenie to było ciekawe, mam co do niego mieszane uczucia.

Czy polecamy?

Trekking w dżungli był dla nas zdecydowanie niesamowitym doświadczeniem, jednym z najciekawszych, które mieliśmy w tej podróży. Złożyło się na to wiele czynników- satysfakcjonujące zmęczenie, niesamowite piękno dziewiczej dżungli, nocleg w samym środku dziczy. Była też wioseczka, kąpiel w strumyku i podgryzające pijawki. To może zabrzmieć przewrotnie, ale w zasadzie cieszę się, że nie zdawałam sobie sprawy, jak wymagający to trekking, bo nie wiem, czy bym się na to porwała jako amatorka z dzieckiem w chuście, a jednak daliśmy radę i przeżyliśmy coś niesamowitego.