O cesarzu, który bardzo bał się śmierci- Terakotowa Armia i Xi’an

Jedna z największych atrakcji turystycznych Chin, Terakotowa Armia, mnie z jednej strony odrobinę rozczarowała, z drugiej zaskoczyła. Okazała się też jedną z najdroższych atrakcji Chin, na którą sobie pozwoliliśmy. Za to Xi’an, miasto koło którego się znajdowała, zdziwiło nas tylko pozytywnie. O tych wszystkich zdziwieniach napisałam dla Was poniżej.

Po co komu Terakotowa Armia?

To wszystko sprawka pierwszego cesarza dynastii Qin (zmarł w 210 roku p.n.e.), który podobno już w wieku trzynastu lat postanowił, że chce być pochowany wraz z ogromną (liczącą ponad osiem tysięcy posągów) armią z terakoty, która po śmierci miała go chronić i pomóc mu w odzyskaniu władzy. Jako cesarz mógł sobie pozwolić nie tylko na to, żeby jego mauzoleum zajmowało powierzchnię ponad sto metrów kwadratowych, ale i na to, by w prace nad teraktowymi żołnierzami strzegącymi jego pośmiertnego spokoju zaangażować ponad siedemset tysięcy ludzi na prawie czterdzieści lat. Badania nad Terakotową Armią sugerują, że każdy z żołnierzy ma nawet inny wyraz twarzy.
To wszystko brzmi niesamowicie. Próbowałam sobie wyobrazić tego trzynastolatka, który- oczywiście- nie bawi się z rówieśnikami, bo jest cesarzem; ale ciężko mi było zrozumieć, jak bardzo musiała zaprzątać mu głowę myśl o śmierci, że posunął się do aż takiego rozmachu w budowie swojego grobowca.

Mała część wielkiego mauzoleum
To najbardziej majestatyczny rzut oka na Armię

Co w tym rozczarowującego?

Rozczarowujące w tym wszystkim jest to, że tego rozmachu nie widać. Terakotowa Armia jest ciągle w trakcie rekonstrukcji dokonywanej przez grupy archeologów, toteż nie wszystko i nie tak, jak się spodziewałam, można tam obejrzeć. Na miejscu można wejść do oddzielnych budynków, w których są doły, a w dołach- zależy; w jednym wielkie wały ziemi i trzeba na słowo uwierzyć, że tam jest Terakotowa Armia, w innym odkopani już żołnierze, ale porozrzucani i zdekompletowani, jak stare, niechciane zabawki. W kolejnym można zobaczyć archeologów, którzy przypasowują torsy do nóg i układają koło siebie, jak wielkie, niezrozumiałe dla laika puzzle, a tylko w jednym z budynków, Terakotowa Armia dostojnie się pręży i można poczuć jej majestat. Ale jej żołnierze stoją w swoim dole, więc zobaczyć różnice w wyrazach twarzy niepodobna. Jedna z figur z każdego typu, ładnie zachowana i odrestaurowana, stoi co prawda dumnie u góry, na wysokości wzroku. Jak już się przebije przez tłum tyrustów można podejść i spojrzeć im głęboko w oczy, ale to wciąż nie sprawia, że można poczuć rozmach tego dzieła.
Toteż, w zderzeniu z moimi oczekiwaniami, Terakotowa Armia była trochę rozczarowująca- spodziewałam się figur w dużo większej ilości i bardziej dostępnych. A zobaczenie ich wymagało przedarcia się przez spory tłum i było całkiem drogie.

W tych kopcach na prawo i lewo też są szczątki Terakotowej Armii. Po środku porozrzucane elementy, czekające na swoją kolej

Co w Terakotowej Armii pozytywnie mnie zaskoczyło?

Jestem z natury optymistycznie nastawionym człowiekiem i w zwiedzaniu Terakotowej Armii również znalazłam mały pozytyw, który bardzo mnie zaskoczył i ucieszył. Mianowicie, nigdy nie miałam okazji podejrzeć pracy archeologów z tak bliska. Dopasowujących części terakotowych żołnierzy, jak ogromnej układanki albo siedzących za biurkiem z jakimś elementem, nad którym właśnie pracują. Co do końca robią? Nie wiem. Ale trochę im pozazdrościłam, że ich codzienna praca pozwala na obcowanie z czymś tak majestatycznym, nawet jeśli to tylko mały ułamek czegoś majestatycznego.
A przy okazji ucieszyłam się, że miałam okazję nie tylko zobaczyć Terakotową Armię, ale też podejrzeć archeologów podczas ich zwyczajnego dnia pracy. W tak niezwykłym miejscu.

Bardzo skomplikowane puzzle
Wygląda na niesamowitą pracę!

Co poza tym w Xi’an?

Xi’an słynie z tego, że nieopodal (niecałą godzinę drogi) znajduje się Terakotowa Armia. W związku z tym nie narzeka na brak turystów, ale samo w sobie raczej kusi nocnym życiem, niż atrakcjami. Są tam dwie wieże- Wieża Bębna i Dzwonu (Drum Tower i Bell Tower), które kiedyś obwieszczały ludności wschód i zachód słońca, a teraz po zachodzie słońca, są pięknie podświetlone. W ogóle w Xi’an po raz pierwszy odkryliśmy, że Chińczycy opanowali grę światłem w podświetlaniu obiektów do perfekcji. Można też na wieże wejść i obejrzeć podświetloną starówkę miasta. W dzielnicy muzułmańskiej prężnie działa nocny targ, na którym można zakupić zarówno bardzo dziwne, jak i bardzo smaczne jedzenie, a całe centrum Xi’an pełne jest barów i knajpek i aż kipi życiem po zmroku. Jako młodzi rodzice nie nacieszyliśmy się tym faktem przesadnie, ale nasz krótki pobyt w Xi’an, nawet pomimo deszczowej pogody, bardzo nam się podobał.

Pięknie podświetlona Bell Tower w Xi’an

Czy polecamy?

To wyjątkowo trudna kwestia, naprawdę sama nie wiem, czy to doświadczenie polecam. Uważam, że Terakotowa Armia nie jest warta swojej ceny, ale z drugiej strony jest czymś na tyle unikatowym, że trudno nie uwzględnić jej w swoich podróżniczych planach; rozczarowujące może być to, jak duża część Armii nie jest jeszcze przygotowana do oglądania, z drugiej strony samo przygotowywanie jej do oglądania też jest ciekawym do podpatrzenia zjawiskiem.
Xi’an jest miłym miejscem do spędzenia w nim czasu, zwłaszcza jeśli nie jest się młodym rodzicem, bo słynie z nocnego życia. Jednak uważam, że warto do niego zajrzeć tylko, jeśli ma się w planach odwiedzić Terakotową Armię.