Zabawki Małego Włóczykija

Jeśli jesteście rodzicami małych dzieci albo macie z nimi jakąś styczność, zapewne wiecie, że małe dzieci to lepy na zabawki. Przy dzieciach zabawki pojawiają się znikąd i jest ich pełno. Dostaje się je na wszelkiej maści okazje jako prezenty, w spadku po innych małych dzieciach albo zwyczajnje materializują się w domu, zupełnie nie wiadomo skąd. Można z tym walczyć, ale walka to żmudna i, wydaje się, niemożliwa do wygrania. O tym jak to u nas wygląda, w domu i w podróży, przeczytacie poniżej.

Minimalizm zabawkowy w codziennym życiu

My z Krukiem od samego początku bardzo staraliśmy się zabawek dla Stasia mieć jak najmniej. Ostatnio jesteśmy zainteresowani minimalizmem jako stylem życia, nie tylko w kwestii Stasia i jego zabawek, poza tym to doskonały trening przed podróżą, w której to, rzecz oczywista, tona zabawek z nami pojechać nie mogła. Toteż od samego początku staraliśmy się wszystkie zabawki Stasia zmieścić w jednej szufladzie i jednym koszu. Zaczęliśmy od pracy u podstaw: najpierw sami siebie mocno przekonywaliśmy, żeby nie kupować pięknych i bądź co bądź kuszących zabawek (jeszcze w czasach, jak Staś był po tamtej stronie brzucha, poddaliśmy się szałowi i kupiliśmy w Ikei wielką maskotkę rekina- od razu przyznam, nie mieści się ani w szufladzie, ani w koszu. Zajmuje honorowe miejsce na kanapie), potem próbowaliśmy nakłonić do tego hojnych darczyńców z rodzin i okolic. Preferowane prezenty to ubranka (chociaż w tej dziedzinie też łatwo o przesadę), pieluchy (dopóki nie przerzuciliśmy się na wielorazówki) albo rzeczy niematerialne (na przykład sesja zdjęciowa). Z zabawek najbardziej cieszymy się z książeczek- w naszej kolekcji są takie z wierszykami, z samymi obrazkami, wydające dźwięki i tańczące kankana (no dobra, książeczki tańczącej kankana nie mamy. Jeszcze). Dodam, że takim najlepszym najlepszym prezentem dla malucha i rodziców, jest trochę własnego czasu poświęconego maluchowi. Chyba każdy rodzic malucha przyzna mi w tej kwestii rację.
W każdym razie, w codziennym życiu udało nam się nie przesadzić z zabawkami, a Staś nigdy nie wyglądał na niezadowolonego z tego faktu. Druga sprawa, że zawsze pozwalaliśmy mu się bawić rzeczami codziennego użytku, więc pula zabawek zawsze była większa, niż suma zabawek. Doskonale sprawdziły nam się drewniane łyżki, zaparzecze do herbaty, opakowania po produktach spożywczych, a nawet ubrania. To już w pewnym sensie odpowiedź, jak radzimy sobie w podróży.

Zabawki made in China i made in Thailand

W naszych bagażowych listach napisałam, że wzięliśmy Stasiowi zabawki. Były to dwie maskotki, do których jednak Staś nie zapałał miłością w trakcie podróży- dla nich przygoda skończyła się w Bangkoku. Kupiliśmy mu w zamian za to małą książeczkę z obrazkami zwierząt- ma chińskie podpisy, ale przy wydawaniu dźwięków, to rodzic musi popisywać się kreatywnością, dmuchaną piłkę plażową i plastikowy zestaw małego majsterkowicza. Staś jest wielkim fanem zwierząt, dlatego książeczka potrafi go zająć na długie minuty (zwłaszcza strona z pieskiem i kotkiem jest mocno już wysłużona), zestaw małego majsterkowicza cieszy go umiarkowanie- służy głównie do potrząsania i wymachiwania (nie powinno mnie to dziwić, bo zdecydowaliśmy się na zestaw 3+), a piłką bawimy się rzadko. Często za to mamy pod ręką plastikową butelkę z wodą, dlatego nasze roczne dziecko opanowało sztukę odkręcania i zakręcania nakrętki i bawi go to niepomiernie. Staś lubi też pomagać przy rozpakowywaniu z worków ubrań (tudzież przeszkadzać w ich pakowaniu), pozwalamy mu też bawić się nie-delikatną elektroniką, na przykład powerbankiem. Zanim odesłaliśmy do Polski plastikowe naczynia i sztuće, służyły nam głównie jako zabawki dla Stasia właśnie. Pewnego razu dostaliśmy od pani Tajki origami słonia i bączka, które od tej pory jeździ z nami i na chwilę potrafi zająć Stasia. I zabawki, którą można znaleźć w każdej knajpce, a które jeszcze nie znudziły się Stasiowi- pałeczki. Do tego zabawki naturalne, czyli listki, kamyczki, gałązki i co tam jeszcze się znajdzie pod ręką, a rodzic zaaprobuje. Lista, jak widzicie jest całkiem długa, nawet jeśli nie zabrało się przesadnie dużo typowych dziecięcych zabawek.

Czy ta ruina wymaga naprawy? Mały Włóczykij sp. z o.o. już szykuje narzędzia
A tutaj zajmujemy się wkładaniem kijków do butelki. Będzie z nich pyszny napój!
Przyjmuję porady, jakie dźwięki wydają: tukan, delfin, meduza. I parę innych. Staś sporo da za te informacje

W podróży trochę łatwiej

Ułatwieniem dla podróżujących rodzin jest fakt, że częsta zmiana noclegów nie pozwala na nudę i wzmaga chęć do eksplorowania kolejnych przestrzeni. Staś sprawia wrażenie, jakby spanie w kolejnych nowych miejscach zupełnie mu nie przeszkadzało, często jednak komunikuje silną chęć wyjścia z pokoju nad ranem- wtedy zbawienna okazuje się przestrzeń wspólna w hostelu, przytulna i przyjemna, żeby rodzic nie był zmuszony do szukania czegoś na szybko w obcym mieście. Wtedy zazwyczaj żadne zabawki nie są potrzebne; nowe krzesła, fotele, stoliki i szafki są wystarczająco ciekawe, żeby zająć cały poranek ciekawskiemu maluchowi.

W podróży trochę trudniej

Z drugiej strony, czasem musimy dać prawdziwy popis kreatywności, jeśli na przykład zdecydujemy się na tanią, ale długą podróż. Autobusem. Z brakiem miejsca do fikania i prawie żadnymi zabawkami. W czasie drzemki Stasia, której uparcie nie chce uskutecznić. Wtedy bawimy się butelką, zakrętką, paczką słonej, suchej fasoli, puszką z napojem. Kombinerkami z zestawu małego majsterkowicza albo plastikowym workiem. Sznurkiem od mojej sukienki albo rękawem kruczej koszuli. Oglądamy widoki za oknem, łaskoczemy się, naśladujemy dźwięki. Wszystkie chwyty dozwolone. Po sześciu godzinach takiej jazdy ma się wrażenie, że cała kreatywność wyparowała z nas doszczętnie, ale zregeneruje się do następnej podróży. Na pewno. Nie będzie miała wyjścia.

Zabawki w podróży

W podróży nie sposób mieć dla dziecka ogromnej ilości zabawek, jednak jeśli pozwolić dziecku bawić się przedmiotami codziennego użytku, okazuje się, że nie są one niezbędnie potrzebne. Pewien niedosyt zabawkowy doskonale pobudza wyobraźnię- dziecka, ale przede wszystkim rodziców. I na co dzień i w podróży, czasem dobrze jest nie mieć przy sobie żadnej zabawki, dobrze rozejrzeć się dookoła i dać upust swojej kreatywności. Mały Włóczykij i rodzice bardzo to polecają.